nathan gurfinkiel: nowa chusteczka cadyka

2013-01-06. opowiesć ta powstała piętnaście lat temu i byla drukowana w weekendowym dodatku “plus – minus” w czasach, kiedy “rzeczpospolita” była jeszcze solidną i przyzwoitą gazetą.

tekst został opublikowany w trzydziestą rocznicę marca ’68. numer. w którym się ukazał, był niemal w calości poświęcony temu epizodowi historii i ze zdumieniem stwierdziłem, ze moje prześmiewcze wygłupki figurowaly jako cover story.

kiedy przejrzałem tę opowieśc po latach, stwierdziłem z pewnym zdumieniem, że ostała się próbie czasu.

w wersji drukowanej tekst nie był poprzedzony prologiem. w obecnej wersji dodany zostal również epizod z prohitlerowskim okrzykiem,a ponadto dość obszerna sekwencja z leninem-stalinem gonzalezem. przeredagowany w ten sposób tekst zawiera również liczne mniej widoczne zmiany. chodzilo mi o to, by ta “chuteczka revisited” różniła się od pierwotnej wersji.

nie wszystko tu jest sumiennie zełgane. mimo łatwo rozpoznawalnych elementów fikcji autobiograficzny wątek jest nader widoczny, myślę przeto, że lektura może byc w jakiś sposób poznawcza.

prolog…

Pewnego ranka, już po zakrztuszeniu się wolnością, po sławetnej Machtübernahme, w wyniku której ludność obaliła komunę i po trzy czwarte litra na łeb, a wciąż czuła się nieszczęśliwa, choć według wszelkich naukowych obliczeń winna była podskakiwać z radości, stałem na pokładzie „Pomeranii”, zawijającej do Świnoujścia. Kiedy tak obserwowałem cumowanie do przystani, poczułem nagle jak ląd najeżdża na prom, usiłując odpędzić go od portu i wypchnąć na pełne morze.

Napór był coraz silniejszy…

chusteczka cadyka

Piszę te słowa pod wpływem nagłego jasnowidzenia, dzięki któremu zrozumiałem, że jestem depozytariuszem niezwykłej tajemnicy. Olśnienie było podobne do tego, jakie nawiedza nas przy lekturze opowieści chasydzkich. Jedna z nich traktuje o cadyku, który wyszedł z domu bez parasola. Niebo nagle zaniosło się chmurami i na ziemię spadła ulewa. A wówczas, jak zaświadczył jeden z chasydów, cadyk machnął chusteczką i stał się cud. Wszędzie ulewa, a nad cadykiem suchusieńko i świeci słońce. “To nie jest żaden prawdziwy cud” – odezwał się na to inny chasyd. “Mój cadyk jest dopiero cudotwórcą. Wyprawił się on podróż i wracał do domu, ale pogrążony w medytacjach nie zauważył, że bryczka skręciła w złą stronę. Musiał więc nadrobić szmat drogi i nie było sposobu, żeby zdążyć przed szabatem. Pobożnemu żydowi, a cóż dopiero cadykowi nie wolno podróżować w piątek po zmroku. Cóż na to zrobił mój cadyk? Machnął chusteczką i stał się cud: wszędzie był już piątek, a wokół niego nadal trwał czwartek”.

Przypomniałem sobie tę zasłyszaną przed laty opowieść, bo oto ukazała mi się jakaś sala owalna, coś sejmopodobnego, bo mimo że – sądząc z oświetlenia – widziałem ją za dnia, panowie mieli na sobie wszyscy garnitury z wełny-setki i innych materiałów zohydzających socjalistyczny pejzaż. Panie nie brały udziału w tym szkalowaniu i tak już obrzydliwej rzeczywistości. Wręcz przeciwnie, były żywym świadectwem wzrostu stopy życiowej. Ich trudnego do określenia koloru suknie z długimi rękawami i zapięte na wszystkie guziki garsonki, choć nieskończenie odległe od prowokacyjnej obcisłości, nie mogły w żaden sposób zamaskować wysokokalorycznej diety swych właścicielek. Na sali było duszno i melancholijnie. Z leniwie pracujących wentylatorów sączyła się nuda i nie bardzo rozumiałem co tu robię. Od tej duszności zacząłem zapadać w drzemkę. Nie zasnąłem jednak na dobre, jak to się często przytrafiało na różnych przymusowych zgromadzeniach a raz nawet w czasie ustnego egzaminu na studiach, bo między jednym a drugim ziewnięciem nagle rozbłysło mi przed oczami. Dostrzegłem jak jeden z dumnych posiadaczy wełno-setkowego wyrobu wkroczył na mównicę. Zagłębiwszy się w przyniesionych z sobą notatkach, wypowiedział zdanie: “najważniejszym problemem jest spadający od kilku już lat wskaźnik sikoryzacji ptactwa”. To nic, że słowa te były gęsto opatulone w watę frazesów. Nie zwiodła mnie też monotonia głosu referenta. Pojąłem w lot, że była to magiczna formuła do ogarnięcia całej naszej świetlanej przeszłości. Po takim oświadczeniu dzieje PRL doprawdy nie mogą już kryć żadnych tajemnic. Szafa została otwarta na oścież. Była pusta; ani jednego szkieletu. Nie ostała się najmniejsza bodaj kosteczka!

defekt w życiorysie

W moim życiu istniała od dzieciństwa pewna nieprzezwyciężalna awersja. Były nią adresowane do mnie pytania. Choć najbardziej ze wszystkiego pragnąłem mieć spokój, ciągle musiałem składać jakieś pisemne, lub bodaj ustne wyjaśnienia i wciąż na coś odpowiadać. Szczególnie natarczywe w tym zadawaniu pytań były przeróżne urzędy. Kiedy w czasach mojej bardzo wczesnej młodości rzucono hasło: “cały naród buduje swoje urzędy” poczułem się od razu jakbym sam bez niczyjej pomocy wybudował ich milion. Cały ten milion instytucji wysyłał potem do mnie pisma, w których najczęściej występowało zdanie: “Proszę sporządzić własnoręcznie napisany życiorys”. Zabrałem się przeto do tworzenia tego dzieła moich rąk. Najpierw trzeba było poinformować odpowiednie instancje o dacie i miejscu mojego urodzenia. Zawiadomiłem więc szerokie rzesze zainteresowanych urzędników o fakcie przyjścia na świat w wysoce niewłaściwym momencie historycznym, w fatalnie wybranym na mapie zakątku Europy, a w dodatku z rodziców, których pochodzenie również mogło pozostawiać niejedno do życzenia. To ostatnie spostrzeżenie wypomniano mi z całą powagą pewnego wiosennego miesiąca, po wielu latach od napisania tych słów. Zarzucono mi, że wyszczególniony w życiorysie genealogiczny defekt uwarunkował przyjęcie określonej opcji politycznej. Nieprzyjazna ta orientacja, ów straszliwy Nizm nie miał w dodatku sprecyzowanej do końca nazwy. Nigdy bowiem nie ustalono jednoznacznie pisowni mojej dewiacji.

piękny mój niedoszły pogrzeb

Biograficzna skaza utrudniała mimikrę. Gdyby nie ten defekt, wtopiłbym się w tłum, a mój życiorys zostałby wpięty do jakiejś teczki, odłożonej na jakąś tam daleką półkę w odległym zakamarku urzędu. Mógłbym nazywać się Ski, a w chwili, kiedy moja niezauważalna egzystencja dobiegłaby kresu, zostałbym wreszcie dostrzeżony. W prasie ukazałby się nekrolog, podsumowujący całe moje życie: „Z głębokim smutkiem zawiadamiamy że zmarł Ski, emeryt starego portfela, długoletni pasażer MPK, abonent gazu i elektryczności, klient MHD, WSS i Państwowego Przedsiębiorstwa Bary Mleczne, aktywny radiosłuchacz i odbiorca programów telewizyjnych w wersji czarno-białej, wytrwały konsument grysiku czterojajecznego, zasłużony petent licznych wydziałów dzielnicowej Rady Narodowej, wielki przyjaciel dzieci, psów i zieleni miejskiej”.

Pochowanoby mnie na komunalnym cmentarzu, a poczciwy działacz szczebla dzielnicowego, jąkając się i gubiąc kartki, wygłosiłby mowę pożegnalną nad trumną, upstrzoną barwami narodowymi i chłoporobotniczymi.

– Był jednym z nas, powiedzałby aktywista. To prawda, że zmarły Ski musiał nieraz długo wyczekiwać na przystankach, nim nadjechał upragniony tramwaj, ale jego słuszne rozgoryczenie nigdy nie prowadziło do pochopnych uogólnień, ani tym bardziej nie przybierało charakteru jałowej negacji. Wiedział, że pracownicy komunikacji miejskiej pracują ofiarnie, dzięki czemu współczynnik niepunktualności tramwajów zmniejszył się o całe 23,7 procent w porównaniu z minionym okresem sprawozdawczym. Mógł to niejednokrotnie stwierdzić na swoim zegarku, wyprodukowanym przez dzielną załogę zakładów „Błonie”, wytwarzającą coraz dokładniejsze chronomentry.

Zdarzało się, że niekiedy marzł na swojej oddanej przedterminowo do użytku powierzchni mieszkaniowej, ale nie obwiniał o to pracowników elektrociepłowni. Wiedział z prasy, której był wytrwałym czytelnikiem, że elektrociepłownicy podejmują liczne zobowiązania produkcyjne. Jednakże zimy w naszej dzielnicy potrafią być bardzo srogie. W taki mróz trudno niekiedy zrealizować plan dostawiennictwa mleka do sklepów, bo butelki rozłupują się w drodze wskutek obniżonej temperatury powietrza, a transport ciężarówkowy odmawia niestety uruchomienia samego siebie. Wiadomo też skądinąd, że w poprzednim okresie popełniono liczne błędy na odcinku mlecznym. Jak wielka jednak musiała być ofiarność pracowników handlu, skoro ten, którego dziś żegnamy, mógł przynajmniej raz na kilka dni otrzymać w swoim sklepie butelkę z życiodajnym napojem. Zmarły wiedział o tej ofiarności i sprzyjał jej z całego serca. On, który w dzieciństwie cierpiał od carskiego ucisku, a w latach młodości nie mógł rozwinąć obydwu swych skrzydeł jednocześnie wskutek sanacyjnego wyzysku człowieka przez człowieka, cieszył się z osiągnięć. Radowało go, kiedy czytał o dodatkowych, tonach, metrach, milionach sztuk i setkach tysięcy litrów wyprodukowanych ponad plan. Cieszły go kwintale z hektara, szkoły tysiąclecia, dodatkowe kilometry nawierzchni i wzrastające pogłowie. Uskrzydlony duchem internacjonalizmu solidaryzował się również z masami pracującymi chińskiej herbaty ludowej pierwszego i drugiego gatunku oraz Ulung. Nade wszystko jednak gustował w wolnej od ideologicznych zanieczyszczeń herbacie gruzińskiej.

Zmarły był uświadomionym obywatelem, który na każdym etapie popierał jedyniesłuszną politykę kierownictwa. Entuzjastycznie sprawdzał listy wyborców, sporządzone przez dzielnych aktywistów iwzorowo korzystał ze swego obywatelskiego obowiązku głosowania bez skreśleń i poprawek. Bezlitośna śmierć wyrwała go z naszych szeregów w momencie, kiedy stał w kolejce do kasy dzielnicowego punktu sprzedaży artykułów żywnościowych. Umarł na atak serca w czasie upału. Lata w naszej dzielnicy potrafią być bardzo upalne. W taki właśnie upalny dzień elektrociepłownicy przeprowadzali próbę funkcjonowania urządzeń ogrzewczych przed spodziewanym za kilka miesięcy atakiem mrozu, kiedy to sytuacja na ich odcinku stanie się gorąca. Do ostatniej chwili życia obserwował ofiarną pracę załogi uspołecznionej placówki handlowej. Zabrakło zaledwie kilkunastu minut by, podobnie jak inni kolejkowicze, został ofiarnie obsłużony mimo trudnych warunków klimatycznych i lokalowych. Nie dane mu było doczekać. Umarł, rozumiejąc, że tam gdzie istnieje tak wielka ofiarność, muszą również padać ofiary…

polonez ogińskiego

Nie muszę przypominać, że moje rozstanie z zagęszczoną codziennością było zupełnie inne. Nie popełniłem, tak jak Ski, wyrafinowanego samobójstwa na raty, zakończonego efektownym finałem. Mój – jak mi się wówczas wydawało – PRL-owski pogrzeb odbył się przed obliczem funkcjonariusza z Pałacu Mostowskich, który wpatrzywszy się we w mnie, najwidoczniej w nadziei odkrycia fizjonomicznego uzasadnienia mojej dewiacji, oznajmił:

– Towarzysz Pierwszy powiedzlał, że tacy jak pan nie muszą.

Mogłem oczywiście się uprzeć. Mogłem powiedzieć, że nie wyobrażam sobie życia bez melancholijnego krajobrazu z wierzbami i bez nieuregulowanej rzeki. Wydukanie tego banału nie załatwiłoby jednak sprawy, bo szuflada nie była pusta. Na podobieństwo cyrografu diabła spoczywał w niej mój własnoręcznie napisany życiorys. – Jak to – mógłby zareplikować funkcjonariusz – przecież sam pan powiedział, sam pan napisał. Niewłaściwy moment historyczny? Czy to epoka budowania lepszego ustroju, za który ginęli najlepsi synowie, jest pana zdaniem dziejową pomyłką? A co z fatalnie wybranym na mapie zakątkiem Europy? Sam się pan przecież wyparł swego miejsca urodzenia. Czy sądzi pan, że można to wszystko skwitować wzdychaniem do szlochających wierzb? Mogę, oczywiście, pójść na rękę, ale trzeba na to zapracować. Musi pan zdemaskować własną nikczemność i napiętnować ideologię Nizmu. Proszę, tu jest papier i długopis. I nie żadne tam płaczące wierzby i rzeka. Te dyrdymały może pan pozostawić wierszokletom. Jak będzie pan pisał o Polsce, to ma być rozpalony do czerwoności socjalizm i ludowość taka, żeby wszystkim aż w uszach zadzwoniło! A konkretnie to musi pan napisać: wypieram się znaczy tego, co kiedyś niesłusznie głosiłem i oświadczam, że odtąd będę lojalny wobec wszystkiego co obowiązuje dziś i zostanie uchwalone jutro. Najważniejsze jest jednak stanowcze napiętnowanie Nizmu. Od tego ma się zacząć całe oświadczenie i na tym ma się skończyć.

Przesadziłbym gdybym powiedział, że aż świerzbiło mnie do pisania, ale nie miałem też wielkiej ochoty, by spłonąć na stosie za sprawę. Człowiek bardziej ode mnie skłonny do poetyckich metafor określiłby mój stan jako rozdarcie duszy, trapionej zmaganiem się dobrego ze złym. Tyle tylko, że strzałka mojej busoli moralnej wędrowała jak zwariowana po skali i ani rusz nie można było odczytać co jest słuszne. Na szczęście miałem na półce dwa ukochane dzieła literatury ojczystej: Nowe Ateny i Kodeks Boziewicza. Ten ostatni zwłaszcza wybawił mnie z rozterki. Zrozumiałem, że w życiu dżentelmena i oficera rezerwy bywają chwile, kiedy ucieczka jest jedynym honorowym wyjściem z sytuacji. Dałem przeto sobie wmówić, że moja życiorysowa skaza jest nie do pogodzenia z płynącą samopas rzeką i rosnącymi nad nią wierzbami. Gdybym bowiem dał się nakłonić do napisania aktu strzelistego i wykazał gorliwość w piętnowaniu Nizmu, mógłbym jeszcze nie daj Boże zostać z rozpędu Żydowniczym Polski Ludowej, bo władza nikogo tak nie lubi, jak nawróconych grzeszników. Wkrótce więc po rozmowie z funkcjonariuszem mogłem spakować plecak i po raz ostatni wsiąść do tramwaju, by pojechać na dworzec. – Czy będziesz za nami tęsknił? – zapytali żegnający mnie tłumnie przyjaciele. – Postaram się nie wylewać łez – powiedziałem – ale nie mogę wam tego obiecać.
– Dobrze mówi – odezwał się któryś z nich. Dać mu wódki!

na zachód od edenu

Myślałem, że już z racji samego znalezienia się po drugiej stronie kurtyny skończy się nareszcie plaga pytań. Zostały one wszelako zadane i skandynawski urzędnik policyjny, przed którym zasiadłem nazajutrz po przyjeździe, udawał nawet zaciekawienie moimi odpowiedziami.

– No właśnie – powiedział, wysłuchawszy wywodu na temat moich geograficzno-historycznych igenealogicznych powikłań z przyjściem na świat. Zainteresował się też z czego władze mojego kraju były najbardziej niezadowolone gdy chodziło o mnie. Zwierzyłem mu się zatem z tego jak to niegdyś zostałem oskrażony o prohitlerowskie sympatie. Wiem – powiedziałem – że osławiony A. Hitler straszliwym był zbrodniarzem i narobił siła złego. Osobiście jednak miałem mu to i owo do zawdzięczenia. Rodzice moi powzięli bowiem podejrzenie że mam zupełnie nieprzeciętne uzdolnienia muzyczne i żeby cały ten rodzinny kapitał nie poszedł na marne, zainwestowali w fortepian. Przerabianie mnie na Rubinsteina miało rozpocząć się natychmiast po letnich wakacjach. I wtedy właśnie, w dniu kiedy rozpoczynała się szkoła, ów zbrodniarz nad zbrodniarzami rozkazał swoim żołnierzom odsunąć na bok szlaban graniczny. Można było później zobaczyć przed seansami w kinach całego świata jak odchylony szlaban wybrania mnie przed torturą pobierania lekcji. Właściwie można było wcale nie ruszać tego symbolu siły, zwartości igotowości mojego kraju. Wyzwolenie od tortur i tak zwaliło się na mnie z nieba. Jeszcze na długo nim wojska lądowe wkroczyły do mego udręczonego miasta, nad domem pojawiły się samoloty. Jedna z bomb ugodziła w budynek i fortepian zupełnie bez dotknięcia moich palców wydał z siebie ostatni rozpaczliwy akord. Tresura muzyczna została odłożona do lepszych czasów, które dzięki Bogu nigdy potem już nie nastały. Wszystko to opowiedziałem kiedyś swemu przyjacielowi, a ten, uznawszy historię mego niedoszłego muzykowania za przednią facecję opowiedział ją komuś innemu, poczem jeszcze ktoś inny przekazał ją następnemu słuchaczowi. Moje przygody muzyczne szybko stały się więc własnością publiczną, co było wielkim ułatwieniem dla oskarżycieli. Zostałem negatywnym bohaterem sezonu i pewnego dnia ujrzałem w wydziałowej gazetce ściennej artykuł, zatytułowany: „Usiłował przebaczyć ludobójcom hitlerowskim ich nikczemne zbrodnie”.

W tym demaskowaniu mnie wyróżniał się szczególnie mój zagraniczny kolega z roku. Od razu po wojnie, na długo przed maturą i zapisaniem się na studia marzyłem o wyjeździe do Argentyny. Mieszkała rodzina mego ojca, która z radości, że przynajmniej my dwaj przeżyliśmy zagładę, chciała nas ściągnąć. Tata jednak się uparł.

– Dość już tułaczki – mówił. Najwyższy czas osiąść i zacząć budować nową egzystencję. Nie dotarłem więc nigdy do Argentyny. To ona, a właściwie Ekwador, dosięgnął mnie w postaci Diego Vareli. Niski i krępy miał śniadą cerę i szeroką indiańską twarz, na której odciśnięty był cały smutek uciskanych ludów Trzeciego Świata.

Diego nigdy się nie śmiał. Jako wzorowy komunista starał się zgłębić naturę śmiechu z punktu widzenia dialektyki marksistowskiej, by ustalić czy taki nagły wybuch wesołości jest postępowy i jako taki akceptowalny, czy wręcz przeciwnie – spowalnia budowę socjalizmu w Polsce. Diego zarzucił mi pewnego dnia to właśnie spowolnienie  i pryncypialnie zdemaskował na zebraniu moje szkodliwe zachowanie.

Gdy mieszkał jeszcze w Quito i był działaczem komunistycznej młodzieżówki, parze jego przyjaciół urodziło się dziecko. Komunistycznoateistyczni rodzice postanowili nadać nowonarodzonemu Gonzaleziątku imiona wodzów rewolucji. Rewolucyjny poryw serca przyjaciół Diega natrafił jednak na przeszkody. Beznadziejnie wsteczny ratusz stołecznego miasta Quito odmówił zarejestrowania nowego obywatela pod wybranym przez rodziców imieniem i księgi stanu cywilnego nie zostały wzbogacone o Lenina – Stalina Gonzaleza. Rodzice próbowali było dochodzić swych praw i zaskarżyli decyzję władz municypalnych do sądu.

– Nadanie tych imion – dowodził ojciec dziecka, prawnik z wykształcenia, jest w pełni uprawnione, mimo że wybór ma znamiona manifestacji politycznej. Jednakże po pierwsze, każde imię zawiera jakiś szczególnie ulubiony przez rodziców symbol, a po drugie w Ameryce Łacińskiej żywa jest tradycja nadawania chłopcom imion Jezus Maria, skoro więc chrześcijanie obrządku rzymskokatolickiego mogą w ten sposób dawać wyraz swej pobożności, to ateistom również należy umożliwić kultywowanie wybranych przez nich symboli.

Sądy dwóch kolejnych instancji oddaliły pozew i sprawa otarła się o Sąd Najwyższy. Orzeczenie niższych instancji zostało utrzymane w mocy, zmieniło się jedynie uzasadnienie. Naczelna władza sądownicza uznała za nieważne powoływanie się przez trybunały niższych szczebli na fakt, że w imionach dziecka zakodowane jest wezwanie do politycznej subwersji. Jak dowodził Sąd Najwyższy, działalność partii komunistycznej jest legalna, a poddawanie nowonarodzonych dzieci ceremonii chrztu nie jest nakazem prawa, lecz wyborem rodziców. Słowa „Lenin-Stalin” mogłyby zostać umieszczone przed rodowym nazwiskiem González, gdyby nie fakt, że w powszechnym odczuciu nie są to imiona – tak jak na przykład Jezus Maria – lecz nazwiska i poprzedzanie własnego nazwiska dwoma innymi, przed którymi nie figuruje jedno bodaj imię, wprowadziłoby konfuzje. Życie dziecka, w miarę jego dorastania i wynikającej z tego konieczności kontaktu ze sferą publiczną napotykałoby na poważne utrudnienia.

Małżeństwo Gonzalezów nie dało jednak za wygraną i po uprawomocnieniu się tej wykładni przepisów zeszło do podziemia, nazwawszy dziecko Vladimir Yosif González – z łatwo odczytywalną alegorią.

Kiedy mnie i kilku innych kolegów ogarnął śmiech na sam dźwięk nazwiska Lenin-Stalin González, Diego uznał, że ten wybuch wesołości jest nie tylko wysoce niestosowny, lecz perfidniereakcyjny. Zamiast bowiem wspierać walkę ekwadorskich Gonzalezów o ustanowienie ustroju, który nie zakazuje nazywania niemowląt okrytymi chwałą imionami, polscy studenci zachowują się jakby siedzieli na przedstawieniu w kabarecie. Ten chóralny rechot studentów dziennikarstwa stał się czymś na podobieństwo salwy, oddanej w serce ekwadorskiego rewolucjonisty. Od czasu tej symbolicznej egzekucji Diego zaczął dostrzegać liczne nieprawidłowości życia codziennego.

Widział nie tylko mało znaczące fakty, jak to, że czasami brakuje niektórych rodzajów sznurowadeł do poszczególnych typów obuwia. Polska nie była już owa wyśnioną Rzeczpospolitą Powszechnej Szczęśliwości, o której marzył w chwili otrzymywania stypendium. Pod wpływem tej manifestacji szyderstwa zrozumiał, że nosił w sercu błędny i wypaczony obraz rzeczywistości. Rechotanie kolegów było kluczem, pozwalającym wejrzeć w tajemne zakamarki polskiej duszy. Z przerażającą ostrością dostrzegł w niej miazmaty kapitalistycznej przeszłości. Jednakże – jak jeszcze w ojczystym kraju nauczyli go compañeros – komunista umiera, ale się nie poddaje. Diego Varela wydał więc sam sobie komendę: adelante! Z impetem ruszył do walki z przeżytkami znienawidzonego ustroju. Na najbliższym zebraniu grupy studenckiej najpierw oskarżył mnie, że – śmiejąc się z walki Gonzalezów o swe słuszne prawa – popadłem w subiektywizm i burżuazyjny obiektywizm, a ponadto zdiagnozował mój frywolny nastrój jako bardzo poważny przypadek nieuzasadnionej wesołości. Po dokonaniu tej demaskacji przeszedł do ogólnych objawów choroby, toczącej społeczność studencką.

– Jest dużo takie studenci, wywodził, którzy wyciągają na egzamin. Wyciąganie jest niemoralny i w socjalistyczny kraj nie powinno mieć miejsce, bo nosi stygmat burżuazyjny mentalność i jest charakterystyczne dla społeczeństwo kapitalistyczny. Jeżeli ktoś w socjalistyczny kraj wyciąga na egzamin – to jest wróg klasowy.

Staszek – zaprzyjaźniony ze mną starosta grupy poparł w zasadzie wystąpienie Diego. Uznał, że ściąganie istotnie jest czymś nagannym, ale łączenie tego z walką klasową uznał za przejaw egzaltacji i nadmiar rewolucyjnego zapału, czym wymierzył ostateczny cios w serce ekwadorskiego rewolucjonisty.

Wkrótce potem Diego stał się roztargniony i przestał rozmawiać z kolegami. Tak przedtem aktywny na ćwiczeniach, począł teraz opuszczać wykłady, a w czasie zajęć seminaryjnych robił wrażenie nieobecnego.

-Muszę pojechać do Paryża, oświadczył mi pewnego dnia.

Jako posiadacz ekwadorskiego paszportu z pozwoleniem na stały pobyt w Polsce, mógł dowoli przekraczać zaryglowaną dla jego kolegów z grupy granicę PRL. Wrócił po trzech dniach z pokaźnych rozmiarów torbą yerba mate. Pod wpływem naparu Diego szybko wrócił do swego normalnego stanu, znowu stał się wzorowym studentem i nawet śmiertelne strzały w serce odczuwał odtąd mniej boleśnie…

Po skończeniu studiów Diego osiadł w Polsce. Ożenił się z koleżanką z roku i podjął działalność naukową. Tuż przed obroną swej pracy doktorskiej, tego wiosennego miesiąca, kiedy oskarżono mnie o dewiację z niesprecyzowaną nazwą, Diego wmieszał się w tłum manifestantów i dzielnie wspierał swych młodszych kolegów- studentów w nierównej walce z milicją.

Spotkałem go wkrótce po spacyfikowaniu studenckich wystąpień i oznajmiłem, że wyjeżdżam z Kraju.

– Ja też, uśmiechnął się melancholijnie. Dostałem dwa tygodnie na opuszczenie Polski. Nie pozwolą mi nawet obronić doktoratu.

– Co masz zamiar robić? – zapytałem.

– Nie wiem. Mogę na przykład występować w cyrku jako jedyny Ekwadorczyk rdzennego pochodzenia, który zna język polski.

W przeciwieństwie do czasów studenckich, Diego mówił już składną polszczyzną, a też często się uśmiechał i spoglądał na mnie z wyraźną sympatią. Wspominał ze wstydem, ale też nie bez rozbawienia, jak zagadnął mnie kiedyś po wykładzie z literatury polskiej: – powiedz mi, bo ty wiedzieć najlepiej, czi Broniewski jest żidowski?

-Dokąd chcesz jechać? – zapytał. Jak cię znam, to chyba nie do Izraela?

Rozłożyłem ręce. – Po pierwsze, bardziej muszę, niż chcę. Po drugie nie wiem jeszcze dokąd. Póki co, wiem tylko skąd wyjeżdżam…

Funkcjonariusz polskiej tajnej policji wypomniał mi ponadto rzeczy, o których nie wiedział autor demaskatorskiego artykułu w gazetce ściennej. W czasie przełuchania, poprzedzajego mój wyjazd wydobył z szuflady ręcznie zapisaną kartkę papieru.

– Nie będzie pan chyba tak niemądry, żeby wypierać się autorstwa – powiedział podając mi kserokopię listu do dziewczyny, z którą niegdyś zapadałem w sen…

“Mon ange,
dziś o godzinie 7.13 rano doznałem iluminacji (a nawet iluminazi). Ledwom bowiem zdażył wczoraj wieczorem przyłożyć skołataną głowę do poduszki, a już zostałem oskarżony o wznoszenie prohitlerowskich okrzyków. Padły one z okazji przejścia przez skrzyżowanie na czerwonym świetle. Kiedy umundurowany przedstawiciel władzy postanowil mnie ukarać, wzniosłem okrzyk i stanąłem przed Volksgerichtem w starym germańskim burgu Warschau. Sędzia powołal milicjanta na świadka i nakazał zacytować zawołanie, które z inicjatywy oskarżyciela publicznego stało się przedmiotem postępowania. Funkcjonariusz zaczerwienil się jak dziewica ze świętego miasta Czestochowa i powiedzial, że instrukcja zabrania mu wymawiania nieprzystojnych wyrazów. Dlatego – wyjaśniał sądowi – kiedy zatrzymany przezeń onegdaj i doprowadzany na komisariat domniemany przestępca zaczął zlosliwie puszczać bąki, narobił mi tylko ponadnormatywnej pracy, bo trzeba było sporządzić raport, w którym nie wolno bylo nawet przytoczyć tych niewymawialnych słów. Musiałem więc – tłumaczył – napisać, że zapodany charczał urągliwie odbytnicą w moim kierunku. Już samo wymyślenie czegoś takiego jest przecież dużym wysiłkiem dla człowieka mego zawodu i winno być uhonorowane premią”.

Wysoki sąd, najwidoczniej w trosce o finanse resortu, zwolnił natychmiast zmundurowanego przedstawiciela władzy od przestrzegania instrukcji i nakazał bezzwłocznie zacytować ową głośną wypowiedź, a wówczas zuniformizowany funkcjonariusz, wskazując na mnie, oświadczyl, że gdy wypisywał mandat, wzniosłem nazistowskie zawołanie: ty chuju! Sąd poczuł się zaciekawiony gdzie w tym pełnym ekspresji i tak drogim narodowi polskiemu zwrocie ukryte jest prohitlerowskie ostrze. – No jak to, Wysoki Sądzie, przecież jak obywatel nie wykonuje poleceń władzy ludowej, a wręcz się im sprzeciwia, to jest faszysta, nie?...

Twoj do cna,
N. Azinatan
P.S.
Dobrze przynajmniej, że moje nocne majaczenia nie przekładają się na rzeczywistość. Wyobrażam sobie Twoje zdumienie, gdybym nagle w środku nocy obudził Cię okrzykiem: ty chuju”…

-To jest najniewinniejsze z tego, co wiemy o panu, powiedział funkcjonariusz gdy zróciłem mu kopię listu.

-Przecież ten niby sen, opisany w liście, to czysta konwencja. Rozprawa sądowa  rzeczywiście miała miejsce i jej przebieg został opisany w miarę dokładnie.  – To są nędzne wymówki. Nazywanie polskiego sądu  Volksgerichtem, a Warszawy germańskim burgiem, choćby nawet w prywatnym liście, dyskwalifikuje pana całkowicie. I proszę się mi tu nie powoływać na tajemnicę korespondencji, bo przecież nie podjęliśmy żadnych kroków. Rozumie więc pan, że tym razem  nie można wyłgać się byle czym… 

– Ale przecież zostałem oczyszczony z zarzutu wznoszenia prohitlerowskich okrzyków i skazany na grzywnę za drobne naruszenie przepisów ruchu drogowego – powiedziałem.

– A czy wie pan dlaczego zapadł taki wyrok? – zapytał funkcjonariusz. Mam panu powiedzieć? Dobrze, powiem. Prowadzący rozprawę sędzia podobnie jak pan jest pochodzeniowcem  Być może należało zbadać dlaczego orzekł tak łagodny wyrok, gdy obraził pan funkcjonariusza publicznego na służbie. Moglibyśmy to zrobić nawet teraz,  gdyby nie to, że wyjechał do ojczyzny swych przodków. Nie byłoby to wcale takie głupie, gdyby poszedł pan w jego ślady…

Policjant skrzętnie notował to co mówiłem, zadając od czasu do czasu pomocnicze pytania w rodzaju „jakie konsekwencje administracyjne mogło mieć negowanie potrzeby sikoryzacji ptactwa”, lub „czy był pan prześladowany politycznie: tak, nie – niepotrzebne skreślić”. Zupełnie inaczej zachował się dziennikarz, reprezentujący wielki – jak oznajmił – dziennik o konserwatywnej orientacji.

– Najlepiej niech pan opowie o swoich cierpieniach pod rządami komunistów – zaproponował z miejsca. Zafrasował się głęboko, usłyszawszy że wcale nie cierpiałem, a jeżeli już, to głównie od nudy.

-To po co w ogóle pana tutaj mamy? – jęknął.

ręce precz od języka!

Nim jeszcze wyjechałem, przyjaciele znad nieuregulowanej rzeki lamentowali, że jako człowiek profesji do pewnego stopnia intelektualnej jestem niewolnikiem polszczyzny i pobyt zagranicą mnie zabije. Nie nauczę się przecież – dowodzili – myśleć w innym języku. To najmę się w termin do piekarza – zwykłem był odpowiadać, a wówczas przyjaciele moi drętwieli z przerażenia na myśl o czekającym mnie piekle degradacji. Przyjaciele tylko w teorii mieli rację. W praktyce głęboko się mylili.

Na dobrą sprawę nie było tak bardzo czego się uczyć. Jeszcze przed moim przyjazdem język był w stanie agonii. Po znalezieniu się tutaj sam mogłem stwierdzić jak zaprzęgnięty do walki o coraz słuszniejsze poglądy i ciężko okaleczony w tych bojach, wydawał z siebie ostatnie tchnienie. Na kursie nauki języka dla nowych imigrantów dowiedziałem się od nauczyciela, że gramatyka jest reakcyjna. Jest to perfidny instrument używany przez klasy posiadające do ochrony swoich przywilejów. Nie dajcie się zwieść – mówił – frazesom na temat państwa opiekuńczego, które jakoby zapewnia każdemu bezpłatny dostęp do nauki. Jak można mówić o możliwościach, kiedy wymaga się znajomości niezrozumiałej dla zwykłych ludzi gramatyki i dyskryminuje się na każdym kroku tych nie mogą się jej nauczyć?

Tak zwana poprawność językowa jest błędem w założeniu. Dlaczego mamy ciągle na nowo odgrzebywać muzealny sposób mówienia klas posiadających? Najwyższy czas, żeby to one zaczęły opanowywać język szerokich mas. Gramatyki nie trzeba sobie przyswajać. Jedyne czego trzeba się uczyć, to jak najskutecznej ją zwalczać. Dlatego – poinformował nas – rada nauczycielska kursu podjęła uchwałę, by wyeliminować z programu relikty obskurantyzmu w rodzaju koniugacji czasowników i deklinacji rzeczowników. Uchwaliliśmy też, że będziemy prowadzili nieubłaganą walkę pokój, rozbrojenie atomowe, likwidację agresywnego bloku NATO, zalegalizowanie haszyszu i zniesienie zasad ortografii.

Nauka trwała pół roku i na zakończenie otrzymaliśmy wszyscy zaświadczenia. Miałem nadzieję, że moi nauczyciele wprowadzą swe hasła w życie. Myślałem przeto, że przeczytam w świadectwie:”Wyrzej wymieniony utrzenszczał na kórs jenzyka, ktury ukączył”, ale dokument był do obrzydliwości poprawny. Walka ciała pedagogicznego nie została uwieńczona zwycięstwem. Armie odbydwu bloków nadal stały naprzeciw siebie. Wyrzutnie rakiet z głowicami atomowymi tkwiły na dawnych miejscach, policja nadal wyłapywała pusherów i ćpunów, a reakcyjne władze wciąż usiłowały narzucić ludności znienawidzone zasady pisowni.

samo życie

Wróciwszy pewnego dnia z przedszkola, moja córka przyjrzała mi się ze szczególną uwagą.
-Szkoda, że jesteś taki rekcyjny! – powiedziała.
-Co to znaczy rekcyjny? – zapytałem.
-Jak to, nie wiesz? Przecież wszędzie dookoła toczy się walka postępu z rekcją. -Chyba z reakcją – usiłowałem ją poprawić. –
-Z rekcją – odpowiedziała stanowczo. Tylko kapitaliści i ci w parlamencie mówią reakcja, bo tak im każe gramatyka. Zwyczajni ludzie mówią rekcja. Nawet w telewizji mówi się tak jak u nas w przedszkolu.
Dobrze – powiedziałem – niech będzie rekcja. Dlaczego jestem rekcyjny? –
-Bo masz w swoim posiadaniu środki produkcji. Ci, którzy mają środki produkcji są rekcyjni, bo nie mogą być postępowi. Połowa ludności to kobiety, a prawie wszystkie środki produkcji są w rękach mężczyzn, więc mężczyźni są strasznie rekcyjni. W przedszkolu mówią, że jak się lubi kogoś rekcyjnego, to jest to bardzo niesłuszne. Przecież ja nie mogę niesłusznie cię lubić! Czy nie mógłbyś zrobić się kobietą? Tylko dopóki chodzę do przedszkola.

Wyszliśmy na spacer. Moja dzielnica była gęsto oblepiona plakatami. -No widzisz – ucieszyła się m córka, kiedy na jej żądanie odczytałem tekst pod rysunkami na afiszach – miałam rację! Jeden z plakatów oznajmiał, że wojowanie o prawa kobiet jest walką klasową. Na drugim widniało wezwanie: Kobieto, zrzeszaj się zawodowo i politycznie.

-A wiesz dlaczego jeszcze miałam rację? Bo gdybyś był kobietą, nie potrzebowaliśmy wcale przeprowadzać się tutaj. W przedszkolu powiedzieli mi, że musiałeś wyjechać z Polski, bo nie byłeś postępowy.

najprawdziwsza historia mojej emigracji

Tocząca się dookoła intensywna walka o postęp wyciskała u moich współemigrantów pianę na ustach. Szczęśliwie byłem wolny od takich emocji. Pamiętam rozmowę z pewnym Polakiem z Paragwaju czy być może z Boliwii. Zapytałem go jak może żyć wśród nieustannych zamachów stanu, przewrotów, rewolucji czy jak jeszcze to nazwać. –

Jest to trochę jak na wulkanie – powiedział – ale w gruncie rzeczy nie ma wielkiego niebezpieczeństwa. Należy tylko pamiętać pewnych środkach ostrożności. Najważnie jest żeby rano przed wyjściem z domu nastawić radio. Jeżeli z odbiornika sączy zwykła muzyka, wszytko jest w porządku i można bezpiecznie chodzić po mieście. Gdyby natomiast radio transmitowało bez przerwy marsze wojskowe, znaczyłoby to, że znów jakaś junta zrobiła golpe, a wówczas na wszelki wypadek trzeba poruszać się po ulicy tuż przy murze.

Moim rodakom wydawało się, że lada moment nastąpi lewicowy przewrót i zwycięzcy wywiozą ich kibitkami za krąg polarny – co pewnej zimy i tak niemal się zdarzyło bez żadnego lewicowego przewrotu i sowieckiej inwazji. Szaleni moi nadwiślanie, kamraci mej emigracyjnej niedoli czuli wystrychnięci na dudka przez Zachód. Nim jeszcze wyjechali taki im wydawał się wspaniały, a teraz ujawnił całą swą nikczemność. Wynikały z tego petycje do władz i listy do redakcji dzienników. Autorzy tych memorandów zapisywali ryzy papieru, by dowieść że kadry feministek są szkolone przez KGB, a czekające tylko na sygnał z Moskwy falangi terrorystów są dla niepoznaki rozproszone po całym mieście. Dla odwrócenia podejrzeń terroryści, na rozkaz swego tajnego dowództwa, chodzą brudni i zarośnięci, palą haszysz albo marię iwanownę i kopulują na każdym wolnym skrawku zieleni miejskiej.

Pod wpływem tej pisaniny władze zastanawiały się czy nie należy zwiększyć ilości łóżek na oddziałach psychiatrycznych. Wiedziałem oddawna, że paranoja moich rodaków była pozbawiona podstaw. Zachodu nigdy przecież naprawdę nie było i być nawet nie mogło. Udawał tylko przed nami samego siebie, a w rzeczywistości nigdy nie zaistniał. Już sam fakt, że na widok rozpasania, którego byłem świadkiem, nie rozwarły się niebiosa i nie rozległ się groźny głos Pana najlepiej dowodzi, że w owych czasach nie istniał ani Bóg, ani opatrzność a tylko komitet centralny PZPR.

Zrozumiałem, że wbrew pozorom nigdy nie ruszyłem się poza granice PRL. Byłem więc spokojny i pogodzony z kismetem. Strach przed dziecięcokwiecistym przewrotem czy sowiecką inwazją ani razu nie zmącił mi spokoju. Moim współnadwiślanom mrówki łaziły po plecach na samą myśl co ich jeszcze może czekać, a ja wiedziałem, że aneksję Zachodu albo mieliśmy już poza sobą, albo nie była ona w ogóle potrzebna. Odkąd ujrzałem owalną salę, od kiedy referent na mównicy rozjaśnił mój umysł, pojąłem wszystko. Wielki cadyk z Krosna machnął chusteczką i stał się cud: kapitalizm, a nawet imperializm lśnił wokół pełnym blaskiem, a nad spłoszonym stadkiem wypędzeńców z Polski nadal rozpościerała się PRL. Może tylko przedmioty sporządzone były z nieco lepszego surowca, a ptactwo czuło się odrobinę mniej zsikoryzowane…

(1998/2013)

nathan gurfinkiel

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com