Sto smaków Aliny: Z podróży na Wschód

2013-01-10. Ten wpis zamierzałam zamieścić w Święto Trzech Króli, ale ponieważ miałam intensywną pracę – nie dałam rady. Dziś pracy nadal nie brakuje, ale ponieważ czekam na dalsze jej etapy, mogę sięgnąć do bardzo ciekawego tekstu, który znalazłam w tygodniku „Bluszcz” z roku 1937.

Otóż opis podróży, z podtytułem: Urywek z „Pamiętnika podróży na Wschód”, zamieściła tam Izabela wówczas Gelbard, nam znana jako Izabela Czajka-Stachowicz. Barwna postać warszawskiego świata przed-, ale i powojennego. Czytałam jej książki jako dziewczynka, śmiejąc się przy nich do bólów brzucha i zastanawiając, ile w nich prawdy. To między innymi ona nauczyła mnie kochać przedwojenny świat moich rodziców. Książki były pisane jako autobiografie, ale fantastyczne, odzwierciedlające szaloną osobowość autorki. Była przed wojną muzą środowisk artystycznych, siadywała w kawiarni przy słynnym stoliku Gombrowicza, opisał ją Witkiewicz w jednej z powieści oraz Zbigniew Uniłowski – jako wampa – w budzącej wiele kontrowersji powieści o grupie młodych poetów o znamiennym tytule „Wspólny pokój” (nawiasem, mieścił się przy ul. Dobrej na Powiślu). Ta szalona osobowość być może ocaliła jej życie podczas okupacji, gdy wydostała się z getta; jak i pewien kowal, któremu zawdzięczała nazwisko Czajka, po wojnie przyjęte jako oficjalne – uhonorowany nawet tytułem jednej z powieści „Uratował mnie kowal”.

Ale na razie jest rok 1937. Izabela podróżuje na Bliski Wschód, do Palestyny. I opisuje tę podróż w „Bluszczu” pod pseudonimem Iza Bell. Oto fragmenty jej reportażu:

„Druga w nocy wybiła, gdy wróciłam do mego pokoju w hotelu. Leżąc w łóżku, uświadomiłam sobie, że przecież przez cały dzień – na dnie świadomości tliło się ciągle, niewypełnione oczekiwanie jutra, – tak jutro, jutro pojadę do Betlehem. … Dlaczego nagle zapachniało żywicą, świerkiem i jabłkami? (…)

[Rano] Konsul rumuński już czeka na mnie w swojej pięknej maszynie, którą pojedziemy do Betlehem. (…) Dzień jest wyjątkowo radosny – upał tak okrutny – hamsin nie wieje – jedziemy wśród gór piękną asfaltową szosą, która w żarzącym się blasku słońca wydaje się biała, jak ta ze snu, tylko że ta nie od śniegu biała, ale od żaru słonecznego. (…) W tym pejzażu [pustym] na pół godziny przed Betlehem, widok pasterza z baranem staje się tak silnym doznaniem, że serce w piersiach nagle być przestaje. Przecież to zupełnie tak, jak wtedy… jak przed dwudziestu wiekami. Barany skubią nędzne źdźbła – pasterz w białych szatach, na głowie chusta biała, w ręku kij długi o zakrzywionym końcu – za nim u wzgórza las dziwny. I znowu tak, jak w Nazarecie drugi raz w tej najcudowniejszej mojej podróży straciłam poczucie czasu… Biblia ożyła (…). Czytałam znowu Ewangelię, każde słowo chwytało za gardło z siła prawdy: (Łuk. II w). Szedł też i Józef od Galilei z miasta Nazaretu do Żydowskiej Ziemi – do miasta Dawidowego, które zowią Betlehem. Pismo poświadczyło o prawdzie tego, co widziały oczy – niebo, palmy przy drodze – pasterz z trzodą – szare mury miasta, do którego się zbliżaliśmy – świadczyły o prawdzie Pisma”.

Taki obraz widziała Izabela na dwa lata przed okrucieństwami wykwitu europejskiej cywilizacji. Moim marzeniem jest podążenie jej śladami. Postać Izabeli przypomniano w wydanej niedawno biografii. Mam do niej wiele zastrzeżeń, wartość ma jedną: przypomina tę żywiołową, niezwykłą kobietę.

Lecz wróćmy na ziemię, czyli na posadzkę mojego bloga kulinarnego. Co Izabela mogła jeść w Palestynie? Oczywiście wspaniałe owoce. Palestyńskie pomarańcze i grefpfruty. Ale i figi. Jak je opisywano przed wojną, można sprawdzić w przedwojennym „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” . Tekst, jak zwykle, w pisowni oryginału, podpisany inicjałami B. Bmg.:

„Tak powszechnie znane figi są nietylko pożywieniem, lecz także używką i nawet środkiem leczniczym. Jako środek leczniczy służą pokrajane i w mleku ugotowane figi, które się przykłada na wrzody, by prędzej naciągły, odwarem z nich płócze się [tak] bolące gardło, figi jedzone na surowo lub też w formie syropu, leczą niektóre przypadłości żołądkowe.

Pod względem zawartości cukru przewyższają figi wszystkie inna owoce. Słońce południa grzeje mocniej i wytrwałej, niż w naszych, tak ubogich w słońce szerokościach geograficznych, Figi jeszcze dalej na południu rosnące daktyle i rodzynki mają 50–60% cukru, figi niekiedy 70%. Często krystalizuje się cukier fig jako mączny, biały osad, często jednak są roztocze i pleśń, albo w celu większej trwałości posypana mąka kasztanowa, przyczyną owej białej powłoki. W świeżym stanie zawiera figa około 70% wody, w suszonym tylko 28%. Szczególnie wartościową czyni ją zawartość 3 do 4% białka i 1 do 2% tłuszczu; zawiera zatem wszystkie trzy główne części składowe naszego pożywienia. Dlatego nie powinniśmy się dziwić że żebracy i „słodcy próżniacy” krajów, leżących nad morzem Śródziemnym, zadawalniają się [tak mówiono] kilkoma figami jako codziennem pożywieniem. Figi są więc 3 razy tak pożywne, jak chleb.

W starożytności uchodziły figi za ważne pożywienie ludu; w czasie nieurodzajów i drożyzny był n. p. w Atenach, zakazany wywóz fig. Nad przestrzeganiem tego rozporządzenia czuwali urzędnicy nadzorujący, tak zwani „sykofanci“, nie cieszyli się oni dobrą sławą, gdyż słowo „sykofant“ oznaczało tyle, co denuncja. U Kabylów Afryki Północnej są figi i dzisiaj jeszcze nieodzownem i najważniejszem daniem każdego posiłku. Ulubionym przedmiotem handlu są chleby i sery figowe, ysyłane w najodleglejsze krańce Sahary – są to tłoczone w formie bochenków i serów figi z korzeniami i ziołami; wytwarza je także Hiszpanja i Grecja. Uprawa fig – dzika jej odmiana – była rozpowszechnioną już w zamierzchłej przeszłości na zachodniem wybrzeżu morza Śródziemnego i pochodzi ze Wschodu.

Starożytność jej uprawy udowadniają staroegipskie pisma z czasów XII dynastji, podanie o Romulusie i Remusie, których wilczyca karmiła pod figowem drzewem, a wkońcu biblja w opowiadaniu o pierworodnym grzechu. Dzisiaj uprawiają powszechnie figi w Ameryce północnej i południowej i w Australji.

W obecnym handlu przychodzą do nas tanie gatunki fig – figa jest bowiem, jak wszystkie rośliny hodowane, bardzo rozmaitą – w workach 30-kilowych, lepsze we wiankach, szczególniej o grubej skórce, trwałe, małe greckie figi – delikatniejsze odmiany w koszykach, n. p. włoskie figi koszykowe – bardzo słodkie, małe, ale nie trwałe trjesteńskie w beczkach . Tyrolskie figi – już w południowych krajach alpejskich rośnie figa na wolności – są pakowane w rozmarynowe i wawrzynowe liście ; najlepszy rodzaj, mianowicie smyrneńskie figi , są wysyłane w okrągłych, różnej wielkości, pudełkach wykładanych również wawrzynowemi liśćmi . Hiszpańskie figi z Sevilli i Malagi są wysyłane w koszach i skrzyniach dziesięciokilowych, najwięcej do Anglji.

Figi – co również można zauważyć i u [!] wszystkich innych owocach [!] – przy zrywaniu, pakowaniu, wysyłce przechodzą przez tyło rąk wątpliwej czystości, nadto opakowanie może być rozmaicie zanieczyszczone – należy je przeto ze względów estetycznych, a bardziej jeszcze higienicznych przed spożyciem najstaranniej opłókać”.

Opis pakowania fig w handlu – jaka rozmaitość, dziś jej nie osiągnęliśmy! – jest bardzo ciekawy dla znajomości realiów przedwojennego życia. Historyczne i żywieniowe wiadomości – pouczające i dla nas. Jak i końcowa uwaga higieniczna.

A co można z fig zrobić? Oto przepis z „Bluszczu” z roku 1938. Mam szczerą ochotę go wypróbować, ale czasu mi brakuje. Gdy zakończę prace terminowe, dołączę zdjęcie. Na razie tylko przepis:

Alina Kwapisz-Kulińska

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com