09.08.2026
Nigdy nie przypuszczałem, że nadejdzie dzień, w którym z pewnym sentymentem pomyślę o Aleksandrze Kwaśniewskim.
A jednak nadszedł. Siedzę w ciepłe, pogodne sobotnie popołudnie, człowiek powinien myśleć o kawie, lodach, ewentualnie o tym, czy otworzyć białe wino przed siedemnastą, a tymczasem patrzę na sondaż najlepszych polskich prezydentów po 1989 roku i wzruszam się na widok Kwaśniewskiego.
Starość ma swoje niespodzianki. Najpierw człowiek zaczyna lubić kaszę. Potem wygodne buty, a na końcu Kwaśniewskiego.
W najnowszym sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski Aleksander Kwaśniewski dostał 44,7 procent wskazań jako najlepszy prezydent po 1989 roku. Drugi Lech Kaczyński ma 14,2 procent, trzeci Karol Nawrocki 12,3. Komorowski dostał 5,3, Duda 2,1, a Lech Wałęsa 0,3 procent.
Kwaśniewski nie wygrał. Kwaśniewski przejechał po konkurencji walcem, wysiadł, poprawił krawat i zapytał, czy ktoś jeszcze ma ochotę.
Czterdzieści cztery przecinek siedem. To nie jest ranking. To jest przypomnienie społeczeństwu, że kiedyś prezydent potrafił wejść do telewizora i nie powodować natychmiastowej potrzeby mierzenia ciśnienia.
I pomyśleć, że kiedyś mnie Kwaśniewski bawił. Te jego okrągłe zdania. Ta twarz człowieka, który nawet wiadomość o katastrofie potrafił przekazać tonem prezesa banku otwierającego nowy oddział. Ta nieśmiertelna fryzura, której przez dziesięć lat nie poruszyła ani polityka, ani NATO, ani Unia Europejska, ani nawet przeciąg.
Kwaśniewski był prezydentem o aerodynamice pomnika. Ale był normalny. To dzisiaj brzmi prawie jak najwyższe odznaczenie państwowe.
Oczywiście nie wprowadził Polski do NATO i Unii Europejskiej jednoosobowo, bo historia, na szczęście, nie jest programem telewizyjnym z jednym prowadzącym. Pracowały nad tym kolejne rządy, dyplomaci, ministrowie, parlament i społeczeństwo. Ale za jego prezydentury Polska weszła do NATO w 1999 roku i do Unii w 2004, a Kwaśniewski był jednym z najważniejszych politycznych uczestników tego kursu. Sam przed akcesją mówił, że od 1 maja 2004 roku Unia będzie już nie „oni”, lecz „my”.
Proszę dziś spróbować powiedzieć w polskiej polityce: „Unia to my”. Natychmiast ktoś zażąda badań toksykologicznych.
Wtedy jednak szliśmy na Zachód. Bez referendum, czy NATO pachnie wystarczająco suwerennie. Bez konferencji o tym, czy Bruksela chce nam odebrać schabowego. Bez prezydenta ogłaszającego, że zanim Polska wstąpi do Unii, Unia powinna podpisać Kartę Polskiej Rodziny, przyrzec, że nie ruszy pieców gazowych, i uznać pierogi za fundament europejskiej cywilizacji.
Weszliśmy i żyjemy. Co więcej — nawet ogórek kiszony przetrwał.
Kwaśniewski miał oczywiście swoje słabostki. Jedna z nich miała procenty. W 1999 roku w Charkowie prezydent był wyraźnie niedysponowany. Oficjalne tłumaczenie przeszło do historii medycyny jako „pourazowy zespół przeciążeniowy goleni prawej”. Po latach Kwaśniewski przyznał, że podczas tamtej wizyty pił alkohol, i przepraszał za swoje zachowanie.
Do dziś uważam, że „pourazowy zespół przeciążeniowy goleni prawej” był jednym z najwybitniejszych osiągnięć polskiej medycyny politycznej.
Przez całe życie sądziłem, że człowiek pije ustami. Pałac Prezydencki udowodnił, że można golenią.
Potem, już po prezydenturze, przyszła słynna choroba filipińska. Kwaśniewski tłumaczył kolejną niedyspozycję tropikalną infekcją nabytą na Filipinach i działaniem silnych leków. Sprawą zainteresował się nawet sanepid.
To były piękne czasy. Polska miała byłego prezydenta, którego stan zdrowia badał sanepid. Dzisiaj należałoby powołać komisję śledczą, dwóch biegłych konstytucjonalistów i kanał na YouTube.
Nie zamierzam z Kwaśniewskiego robić świętego Aleksandra od integracji europejskiej. Miał wady, popełniał błędy, lubił dobre życie i chyba nigdy nie sprawiał wrażenia człowieka przesadnie zainteresowanego ascezą.
Ale może właśnie dlatego był ludzki.
Kwaśniewski czasami tracił pion fizycznie. Nigdy jednak nie próbował z tego powodu zmieniać Konstytucji.
Miał też Leszka Millera. A właściwie Miller miał Kwaśniewskiego. Ich relacja przeszła do historii jako „szorstka przyjaźń” — określenie tak trafne, że powinno być sprzedawane jako papier ścierny.
Panowie byli z tej samej politycznej rodziny, co w Polsce oczywiście oznaczało, że najbardziej przeszkadzali sobie nawzajem. Spierali się o wpływy, politykę zagraniczną, pozycję lewicy, a nawet o to, kto powinien reprezentować Polskę przy podpisywaniu traktatu akcesyjnego w Atenach.
Dwóch ludzi prowadziło Polskę do Unii Europejskiej i jednocześnie zastanawiało się, który ma wejść pierwszy.
To bardzo polskie. Możemy wspólnie zdobyć Europę, ale przy drzwiach zaczyna się bój o klamkę.
Miller z Kwaśniewskim przypominali stare małżeństwo na przyjęciu.
Publicznie: „Ależ oczywiście, Leszku”. „Naturalnie, Olku”.
A po powrocie do domu: „I po co się tam odzywałeś?”
Dzisiaj nawet tę „szorstką przyjaźń” wspominam z czułością. Bo była szorstka, ale jednak przyjaźń. Współczesna polityka pozostawiła szorstkość, a przyjaźń wykreśliła jako przejaw słabości.
Przed Kwaśniewskim był Wałęsa. Lech Wałęsa dostał w tym sondażu 0,3 procent. To wynik tak kameralny, że cały jego obecny elektorat można by prawdopodobnie posadzić przy większym stole weselnym.
A przecież to Nobel, Solidarność, historia świata. Tyle że prezydentura Wałęsy przypominała koncert jazzowy człowieka, który nie zna nut, ale jest absolutnie przekonany, że orkiestra za nim nadąży.
Wałęsa pozostawił język polski wzbogacony o wałęsizmy: plusy dodatnie, plusy ujemne, bycie „za, a nawet przeciw” i cały system logiki, w którym zdanie zaczynało się w Gdańsku, skręcało w Radomiu i kończyło czasami w zupełnie innym ustroju.
Wałęsa nie odpowiadał na pytania. On je przeżywał. Dziennikarz pytał o gospodarkę, a po pięciu minutach wszyscy byli przy Matce Boskiej, elektryczności, komunizmie i lewej nodze. Ale Wałęsa miał jedną wielką zaletę. Nigdy nie udawał kogoś innego. Był Wałęsą w stu procentach. Nawet gdyby chciał przestać, prawdopodobnie by mu się nie udało.
Potem był Lech Kaczyński, którego ocena jest już mocno związana z tragicznym końcem jego prezydentury, więc zostawiam go dziś poza konkursem na dowcip.
A następnie nadszedł Bronisław Komorowski.
5,3 procent. Prezydent w sam raz na piwo bezalkoholowe. Niby jest, ale człowiek nie potrafi powiedzieć po co. Komorowski był prezydentem, którego największą zaletą było to, że po kilku dniach nie pamiętało się, co powiedział. Dzisiaj jest to cecha wręcz egzotyczna.
Pojechał do Japonii, zawołał do generała Kozieja „chodź, szogunie!”, a podczas wizyty w parlamencie wszedł w butach na podest/fotel przeznaczony dla przewodniczącego izby, co natychmiast stało się internetowym symbolem jego dyplomatycznej subtelności. Komorowski w Japonii wyglądał trochę jak wujek na wycieczce z biura podróży, który zapomniał, że ambasador stoi obok.
Ale nikogo nie obraził strategicznie. Nie zmienił sojuszy. Nie zawetował Japonii. Nie zapowiedział przebudowy ustroju Kraju Kwitnącej Wiśni. Krzyknął „chodź, szogunie”, wszedł gdzie nie trzeba i wrócił do domu. Państwo przetrwało.
Następnie przyszedł Andrzej Duda. Wynik: 2,1 procent. Dwa przecinek jeden. To już nie poparcie. To napiwek.
Dziesięć lat człowiek był prezydentem i na koniec dostaje wynik, który restaurator uznałby za demonstrację niezadowolenia. Duda przez dekadę podpisał około 1850 ustaw, zawetował 19 i 61 skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Był więc najbardziej zapracowanym długopisem III Rzeczypospolitej.
Urządzenie działało według prostej instrukcji: otworzyć dokument, sprawdzić, kto przysłał, podpisać, odłożyć, uśmiechnąć się, pojechać na narty.
Oczywiście zdarzały mu się weta, również wobec ustaw własnego obozu. Ale w zbiorowej pamięci utrwalił się przede wszystkim jako człowiek, który bardzo długo próbował udowodnić, że jest samodzielnym prezydentem, pozostając jednocześnie w niezwykle bliskiej relacji politycznej z partią, która go wystawiła. To trochę jak syn mieszkający z rodzicami, który podczas obiadu oznajmia: „Jestem całkowicie niezależny. Mamo, podaj ziemniaki.”
Duda miał jeszcze jedną cechę. Potrafił mówić bardzo długo, z wielką emocją, a człowiek po zakończeniu przemówienia miał wrażenie, że wydarzyło się coś ważnego, tylko nie wiadomo co. Unosił ręce. Ściągał brwi. Głos drżał. Polska rosła. Publiczność czekała. Po czym wracaliśmy do domu.
A teraz mamy Karola Nawrockiego. 12,3 procent i trzecie miejsce po jednym roku urzędowania. To trochę tak, jakby po pierwszym odcinku serialu przyznać aktorowi nagrodę za całokształt twórczości.
Nawrocki sam mówi, że ma nadal 100 procent baterii. W ciągu pierwszego roku zawetował rekordowe 41 ustaw — ponad dwa razy tyle, ile Duda przez całe dziesięć lat — a rocznicę prezydentury wykorzystał do przedstawienia własnego bilansu i zapowiedzi zmiany modelu urzędu.
Duda potrzebował dekady, żeby zawetować dziewiętnaście ustaw. Nawrocki zrobił czterdzieści jeden w rok.
To jest postęp technologiczny. Jak między ręczną maszynką do golenia a kombajnem. Duda był długopisem. Nawrocki jest niszczarką dokumentów z funkcją Bluetooth. I do tego ma sto procent baterii.
Najbardziej fascynujące jest jednak to, że Nawrocki jest już trzeci w rankingu najlepszych prezydentów. Po roku. Nie zdążył jeszcze skończyć kadencji, ale część obywateli już uznała ją za historycznie wybitną.
To pokazuje, że w Polsce ocena polityka coraz mniej przypomina recenzję restauracji. Nie trzeba czekać na danie. Wystarczy lubić kelnera.
Jeszcze ciekawiej wygląda elektorat Konfederacji. Wśród jego wyborców po 22 procent wskazało zarówno Kwaśniewskiego, jak i Nawrockiego. To jest wynik, nad którym socjologia powinna pochylić się z termometrem.
Wyborca Konfederacji budzi się rano. Z jednej strony chce radykalnej prawicy, mniej Unii, więcej suwerenności i politycznego dynamitu. Z drugiej patrzy na Aleksandra Kwaśniewskiego i myśli: „Jednak równy gość.”
Człowiek jest istotą skomplikowaną. Zwłaszcza w sondażu telefonicznym i właśnie dlatego najbardziej rozbawił mnie mój własny stosunek do zwycięzcy, bo przecież pamiętam Kwaśniewskiego. Pamiętam jego wpadki. Pamiętam Charków. Pamiętam Millera. Pamiętam tę całą polską lewicę przełomu wieków, która miała tyle garniturów, że człowiek podejrzewał istnienie państwowego programu wspierania krawiectwa.
A mimo wszystko patrzę dziś na Kwaśniewskiego i myślę: Panie Aleksandrze, wróć pan na chwilę. Nawet z golenią. Nie dlatego, że był idealnym prezydentem. Nie był, ale jego ambicją było raczej umieszczenie Polski przy zachodnim stole niż ustawienie własnego fotela wyżej od pozostałych.
Nie twierdził codziennie, że jest narodem. Nie informował, że parlament, który mu się sprzeciwia, sprzeciwia się obywatelom. Nie urządzał jubileuszu własnej doskonałości po pierwszym roku. Nie zapewniał o stanie baterii. Miał zwykły organizm. Czasem nawet zbyt zwykły.
I tu chyba tkwi cały paradoks tego sondażu. Polacy niekoniecznie tęsknią za Kwaśniewskim. Być może tęsknią za normalnością, która z perspektywy trzydziestu lat zaczęła wyglądać jak mąż stanu.
Czas działa cuda. Wałęsa, który kiedyś trząsł polską polityką, ma dziś 0,3 procent. Komorowski, kiedyś urzędujący gospodarz Pałacu, dostał 5,3. Duda po dziesięciu latach — 2,1. A człowiek z „golenią prawą” ma prawie 45.
To również piękna nauka o życiu. Nie trzeba być doskonałym. Wystarczy, że następcy odpowiednio długo pracują na twoją reputację.
I dlatego patrząc dziś na kolejnych prezydentów, dochodzę do wniosku całkowicie sprzecznego z tym, co sądziłem trzydzieści lat temu.
Kwaśniewski? Proszę bardzo. Niech czasem wypije. Niech się pokłóci z Millerem. Niech nawet zachoruje na Filipinach. Byle Polska była w NATO, w Unii, Konstytucja leżała spokojnie na półce, a prezydent nie próbował codziennie udowadniać, że półka należy do niego.
Bo człowiek z wiekiem staje się tolerancyjny. Kiedyś chciałem prezydenta bez wad. Dzisiaj moje wymagania są skromniejsze.
Niech ma wady ludzkie, a nie ustrojowe. Niech czasem źle stanie. Niech się pomyli. Niech powie głupstwo. Niech nawet ma przeciążoną goleń.
Bo po doświadczeniach ostatnich lat dochodzę do przekonania, że wolę prezydenta, którego od czasu do czasu trzeba podtrzymać, niż takiego, przed którym trzeba podtrzymywać Konstytucję.
Aleksandrze Kwaśniewski — nigdy nie przypuszczałem, że to napiszę.
Z perspektywy czasu nawet ta goleń wygląda państwowo.
Krzysztof Bielejewski
