15.09.2026
Jeżeli w rosyjskim departamencie propagandy istnieje dział odpowiedzialny za skłócanie Polaków z Ukraińcami, to jego pracownicy mogą dziś wyjść wcześniej do domu.
Robotę wykonaliśmy za nich.
Dwudziestu jeden posłów z PiS, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej i środowiska Mateusza Morawieckiego podpisało interpelację, w której proponują, żeby 11 listopada polski rząd zorganizował we Lwowie oficjalne obchody Narodowego Święta Niepodległości, w tym polski Marsz Niepodległości ulicami miasta.
Pomysł jest tak subtelny, że przy nim Antoni Macierewicz z wiertarką wygląda jak mediator ONZ.
Lwów jest miastem ukraińskim. Ukraina prowadzi wojnę z Rosją. Rosyjskie rakiety i drony atakują również zachodnią część kraju. Moskwa od lat przekonuje Ukraińców, że Polska tylko czeka na dogodny moment, żeby odzyskać Lwów i zachodnią Ukrainę. Do tej pory rosyjscy propagandyści musieli fałszować zdjęcia, wymyślać polskie plany inwazji i produkować fikcyjne wypowiedzi naszych polityków.
Teraz wystarczy im link do strony Sejmu. Postęp technologiczny jest imponujący.
Autorzy interpelacji wychodzą z założenia, że skoro w Polsce organizuje się obchody Dnia Niepodległości Ukrainy, to Polska powinna odpowiedzieć podobnym świętem we Lwowie.
Logika jest piękna. Jeżeli Francuzi obchodzą 14 lipca w Warszawie, powinniśmy urządzić 3 maja defiladę na Polach Elizejskich. Skoro Amerykanie świętują 4 lipca w Krakowie, wyślijmy husarię na Times Square. A ponieważ Irlandczycy celebrują dzień świętego Patryka w polskich pubach, oczekuję lajkonika maszerującego środkiem Dublina.
Dyplomacja jeszcze nigdy nie była tak prosta. Potrzebny jest tylko autokar.
Kłopot polega na tym, że Marsz Niepodległości nie jest niewinnym spacerem chóru parafialnego z chorągiewkami. Od lat odbywa się w Warszawie, organizowany przez środowiska narodowe i prawicowe. Towarzyszą mu tysiące zwyczajnych ludzi z biało-czerwonymi flagami, ale także race, agresywne hasła, policyjne kordony, burdy, a w niektórych latach bójki, podpalenia i starcia z policją. Pamiętamy płonącą tęczę, kostkę brukową, gaz, płonące mieszkanie przy trasie marszu i coroczne dyskusje, czy tym razem było już spokojnie, czy tylko spokojniej niż poprzednio.
I właśnie ten produkt eksportowy chcielibyśmy zawieźć do Lwowa. Trzeba mieć talent.
To trochę tak, jakby po kilku awanturach rodzinnych dojść do wniosku, że najlepszym sposobem poprawienia stosunków z sąsiadem będzie przeniesienie następnej imprezy do jego mieszkania.
Lwów jest przy tym jednym z najbardziej naładowanych symbolicznie miejsc w relacjach polsko-ukraińskich. W listopadzie 1918 roku Polacy i Ukraińcy naprawdę walczyli o to miasto z bronią w ręku. Dla nas są Orlęta Lwowskie i polska historia miasta, dla Ukraińców jest ich własna pamięć narodowa. Do tego dochodzą Wołyń, UPA, Bandera, ekshumacje i dziesiątki nierozliczonych ran.
O tym wszystkim trzeba rozmawiać. Twardo, uczciwie i bez historycznej amnezji. Ukraińska polityka pamięci wielokrotnie dawała Polakom powody do gniewu i Polska ma pełne prawo domagać się ekshumacji ofiar, ochrony polskich miejsc pamięci oraz uczciwego stosunku do zbrodni UPA.
Tylko państwo poważne robi to za pomocą dyplomacji. Państwo kabaretowe wysyła marsz z racami.
Najbardziej fascynujące jest jednak polityczne braterstwo, jakie zrodził Lwów. Prawicowe środowiska, które na co dzień z trudem ustalają, kto spośród nich jest prawdziwszym patriotą, nagle przemówiły jednym głosem. Nie udało się ich połączyć podatkami, gospodarką, Unią Europejską, programem społecznym ani wspólną wizją państwa.
Wystarczyło powiedzieć „Lwów” i wszyscy odnaleźli kompas.
To także znakomity prezent dla Rosji. Kreml od lat próbuje przekonać Ukraińców, że polska pomoc jest tylko zasłoną dla ukrytych roszczeń terytorialnych. Teraz rosyjska telewizja nie musiałaby nawet niczego specjalnie wymyślać. Wystarczyłoby pokazać kilka tysięcy Polaków idących ulicami Lwowa 11 listopada. Jedna raca, jeden transparent „Lwów zawsze polski”, jeden idiota szukający bójki i obrazek jest gotowy.
Propaganda nie potrzebuje kontekstu. Potrzebuje obrazka. Napis „POLACY MASZERUJĄ PO LWOWIE” zrobi resztę.
Nie twierdzę oczywiście, że autorzy interpelacji pracują dla Kremla. Byłoby to oskarżenie bez podstaw. Obawiam się czegoś bardziej banalnego: pracują na własne zasięgi. Pomysł jest świetny medialnie. Zawiera Lwów, Kresy, Ukrainę, Banderę, patriotyzm, narodową dumę i możliwość napisania kilku słów wielkimi literami.
Czy służy polskiej racji stanu, jest pytaniem znacznie mniej atrakcyjnym.
A przecież istnieje prawdziwy problem. Polacy mieszkający w Ukrainie potrzebują wsparcia. Polskie szkoły i organizacje można finansować lepiej. Cmentarze i miejsca pamięci trzeba chronić. O ekshumacje należy zabiegać konsekwentnie. Można organizować we Lwowie polskie uroczystości, koncerty, msze, spotkania i składanie kwiatów, uzgodnione z miejscową społecznością oraz władzami Ukrainy.
To wszystko jest jednak nudne. Nie ma rac. Nie ma zadymy. Nie ma transmisji na żywo. Nie można też stanąć na początku kolumny i przez pięć minut wyobrażać sobie, że jest się Piłsudskim.
Dlatego mam prostszy pomysł. Niech prawica nadal organizuje Marsz Niepodległości w Warszawie. Ma doświadczenie. Zna trasę. Policja również ją zna. Warszawiacy wiedzą, które ulice omijać, służby wiedzą, gdzie postawić barierki, a straż pożarna ma niedaleko.
Nie eksportujmy tego osiągnięcia polskiej kultury politycznej do kraju objętego wojną. Bo patriotyzm nie polega na tym, żeby demonstrować swoją dumę na cudzym chodniku, zwłaszcza kiedy wspólny wróg bardzo chciałby zobaczyć nas pokłóconych.
Jeżeli zaś dwudziestu jeden posłów naprawdę ma nieodpartą potrzebę maszerowania, proponuję imprezę nową i znacznie bardziej potrzebną. Marsz Rozsądku. Trasa może prowadzić spod Sejmu. Obawiam się tylko o frekwencję.
Krzysztof Bielejewski
