21.09.2026
Od pewnego czasu ludzie pytają mnie, jakim cudem potrafię napisać trzy, czasem cztery felietony dziennie. Pytają z ciekawością, ale czasami wyczuwam w tym również subtelne podejrzenie, że albo jestem grafomanem o wydajności przemysłowej, albo trzymam gdzieś w piwnicy kilku emerytowanych dziennikarzy, którym za miskę zupy każę pisać teksty pod moim nazwiskiem.
Najbardziej podejrzliwi patrzą na mnie przy tym z miną człowieka, który właśnie zauważył, że sąsiad od pięciu lat ma nowego Mercedesa i najwyraźniej postanowił ustalić źródła finansowania.
Prawda jest znacznie mniej romantyczna. Mam sztuczną inteligencję. I tutaj część ludzi kiwa głową z satysfakcją, jakby właśnie rozwikłała aferę Watergate.
– Aaaa, no tak. To AI panu pisze.
Oczywiście. Mniej więcej tak samo jak Word napisał „Lalkę”, bo Prus używał papieru, a Mickiewicz nie napisałby „Pana Tadeusza”, gdyby ktoś wcześniej nie wynalazł atramentu.
Podejrzewam zresztą, że gdyby Mickiewicz miał ChatGPT, część krytyków również napisałaby: „łatwo mu było”. Następnie sami otworzyliby ChatGPT, wpisali „napisz epopeję narodową trzynastozgłoskowcem” i po piętnastu minutach odkryli, że technologia, niestety, nie dostarcza talentu w abonamencie.
Sztuczna inteligencja rzeczywiście bardzo mi pomaga. I to ogromnie. Tyle że nie w sposób, jaki wyobrażają sobie ludzie, którzy sądzą, że cały proces wygląda następująco: rano otwieram komputer, wpisuję „napisz coś śmiesznego o Nawrockim”, idę zrobić jajecznicę, a po powrocie czeka gotowy felieton, Nagroda Nike i propozycja ekranizacji Netflixa.
Gdyby to było aż tak proste, polska literatura liczyłaby dziś czterdzieści milionów wybitnych pisarzy, a Facebook należałoby przemianować na Związek Literatów Polskich.
AI nie zastąpiła mi głowy. Dała mi natomiast redakcję.
Mam więc przy biurku reportera, researchera, archiwistę, analityka, fact-checkera, korektora, tłumacza, sekretarza, bibliotekarza i redaktora, który na dodatek nie wychodzi na papierosa, nie bierze urlopu i nie mówi o siedemnastej: Krzysztof, ja już dzisiaj nie dam rady.
Daje radę. Co więcej, jeżeli powiem mu o drugiej w nocy, że wszystko jest do dupy i trzeba zacząć od początku, nie obraża się, nie trzaska drzwiami, nie idzie do HR i nie wysyła CV do konkurencji.
Jeżeli powiem: „To jest nudne”, nie odpowiada, że nie zrozumiałem jego koncepcji. Jeżeli powiem: „Skróć”, skraca. Jeżeli powiem: „Za grzecznie”, nie urządza mi seminarium o kulturze dyskursu. A kiedy mówię: „Kurwa, pełnymi zdaniami, to nie lista zakupów”, przyjmuje uwagę z godnością, której życzyłbym wielu ludziom.
To jest przewaga technologiczna trudna do przecenienia. Nasz dzień pracy wygląda zresztą już prawie rytualnie. Rano pojawia się polecenie: „Przejrzyj najnowsze portale. Zobacz, co wydarzyło się w nocy. Nie bierz pierwszego nagłówka za prawdę. Sprawdź Reutersa, PAP, Rzeczpospolitą, Onet, TVN24, a jeżeli polityk coś powiedział, znajdź wypowiedź w całości, bo już na pewno ktoś wyciął z niej pół zdania”.
Potem: „Co tu jest naprawdę ważne?” Następnie: „To już było. Znajdź coś innego”. Później: „Napisz ostrzej”. Po chwili: „Nie aż tak”. Następnie: „To jest dobre, ale powtarzasz dowcip z poprzedniego felietonu”. I wreszcie, zwykle gdzieś pomiędzy drugą a trzecią kawą: „Teraz zaczyna brzmieć jak człowiek”.
Tak powstaje część moich poranków.
Kiedy dawniej chciałem napisać felieton o wydarzeniach nocy, musiałbym sam otworzyć „Rzeczpospolitą”, Onet, TVN24, PAP, Reutersa, „Newsweek”, kilka zagranicznych portali, przeczytać kilkadziesiąt tekstów, wyłowić fakty, sprawdzić daty, zanotować cytaty i dopiero wtedy zastanawiać się, gdzie właściwie znajduje się dowcip.
Dzisiaj mogę powiedzieć: przejrzyj, co się wydarzyło od wczoraj wieczorem, sprawdź kilka niezależnych źródeł, oddziel informację od komentarza i zobacz, co naprawdę powiedzieli Tusk, Nawrocki, Trump albo Putin, bo trzy portale zdążyły już zrobić z jednej wypowiedzi cztery różne wydarzenia.
I po chwili mam materiał roboczy. Nie felieton. Materiał.
To ważna różnica, której krytycy używania AI jakoś nie potrafią przyjąć do wiadomości. Dla nich istnieją tylko dwie możliwości. Albo autor siedział samotnie przy świecy, cierpiał, palił papierosy, pił wódkę i każde zdanie wydobył z własnej duszy, albo oszukiwał.
Pomiędzy Dostojewskim w gorączce a przyciskiem „Generuj” najwyraźniej nie ma niczego.
AI jest tymczasem fantastyczna w przekopywaniu góry informacji. Potrafi w krótkim czasie porównać źródła, znaleźć wcześniejszą wypowiedź polityka, sprawdzić, czy liczba się zgadza, przeczytać raport liczący sto stron i wyciągnąć z niego pięć zdań, które naprawdę są ważne.
Człowiek przy takiej robocie po dwóch godzinach zaczyna czytać ten sam akapit trzeci raz i zastanawiać się, dlaczego w ogóle nie został ogrodnikiem.
Maszyna nie ma takich kryzysów. Ma inne. Czasami jest zbyt grzeczna i każdą głupotę pragnie „umieścić w szerszym kontekście”. Czasami pisze jak rzecznik prasowy banku po połączeniu z działem compliance. Czasami odkrywa metaforę i zakochuje się w niej do tego stopnia, że próbuje nią wyłożyć cały tekst, schody i łazienkę.
Bywa też, że powtarza mi z triumfem coś, co sam powiedziałem jej dziesięć minut wcześniej. Zupełnie jak człowiek.
A czasami zaczyna pisać zdaniami długości naboju do pistoletu. Wtedy muszę przypomnieć, że piszemy felieton, a nie komunikaty dla człowieka z zaburzeniami koncentracji. Po pewnym czasie nauczyła się, że ma pisać pełnymi zdaniami. Jest to więcej, niż można powiedzieć o części internetu.
Najważniejsza rzecz dzieje się jednak wcześniej. To ja decyduję, o czym warto pisać.
AI może przeczytać dwieście wiadomości, ale sama nie wie, która z nich pachnie felietonem. Potrafi ocenić wagę wydarzenia, znaleźć źródła i zestawić fakty, ale nie zawsze widzi ten jeden drobiazg, od którego nagle zaczyna się tekst.
Nie wie na przykład, że najbardziej zabawny nie jest sam fakt, iż ktoś oferował sponsorski pakiet za sto tysięcy dolarów, lecz to, że pakiet nazywał się Platinum, a gdzieś w jego pobliżu znajdował się Prezydent Rzeczypospolitej.
Maszyna widzi cennik. Felietonista widzi prezydenta w wersji premium.
Ja mówię więc: „Spójrz na to jeszcze raz. Przecież to jest gotowy kabaret”.
I zaczyna się właściwa robota. Szukamy centralnej metafory. Odrzucamy pierwsze trzy, bo są banalne. Czwarta bywa niezła. Piątą zostawiamy. Potem piszemy początek. Początek jest za słaby. Wyrzucamy. AI proponuje następny. Też niedobry. Piszę własne zdanie. Ona je rozwija. Ja skracam. Ona proponuje dowcip. Mówię, że dowcip jest głupi. Dostaję pięć kolejnych. Trzeci zostaje, ale przerabiam puentę.
Czasami wydaje mi się, że AI zbyt długo krąży wokół tematu, więc mówię: „Do rzeczy”. Czasami dochodzi do rzeczy zbyt szybko, więc mówię: „Nie strzelaj”. Czasami jest za łagodna. „Złośliwiej”. Czasami się rozpędzi. „Bez przesady, nie chcę go zabić, tylko wyśmiać”.
Współpraca twórcza polega również na hamowaniu współpracownika.
Tak powstaje tekst. Nie jest to więc sytuacja, w której sztuczna inteligencja pisze, a ja podpisuję. To raczej dziwne małżeństwo, w którym ja mam gust, doświadczenie, własne obsesje, złośliwość, poczucie humoru i ostatnie słowo, a ona ma niewyczerpaną cierpliwość, gigantyczną pamięć roboczą i tempo sekretariatu zatrudniającego trzydzieści osób.
I bardzo dobrze, że ostatnie słowo mam ja. Bo ona zawsze chętnie dopisałaby jeszcze jedno.
Potrafi też pracować z moimi starymi tekstami. Mogę dać jej artykuł o Balanced Scorecard sprzed dwudziestu lat, stare materiały szkoleniowe, moje wcześniejsze felietony, koncepcję „syndromu kreta” czy „syndromu kozy”, a ona potrafi znaleźć między nimi związki, których sam nie pamiętam.
To już nie jest zwykłe „napisz mi coś”. To jest rozmowa z własnym archiwum wyposażonym w silnik. Mogę wrzucić raport ekonomiczny i zapytać: „Co tu jest naprawdę ważne, a co napisano tylko dlatego, że raport musi mieć osiemdziesiąt stron?” Mogę dać artykuł publicystyczny i powiedzieć: „Sprawdź, gdzie autor ma rację, gdzie przesadza, gdzie myli fakty z własnym lękiem, a gdzie po prostu popłynął”. Mogę poprosić: „Zobacz, czy ten cytat rzeczywiście padł”. Albo: „Znajdź inne źródło, bo temu nie ufam”. Albo: „Wyjaśnij mi to tak, żeby człowiek przy śniadaniu zrozumiał, ale nie poczuł się traktowany jak idiota”. Mogę wreszcie powiedzieć: „Teraz napisz to śmieszniej”. A następnie: „Nie. Śmieszniej nie znaczy głupiej”.
Maszyna uczy się mojego sposobu pracy, a ja uczę się jej ograniczeń. To drugie jest chyba ważniejsze.
Dawniej autor miał pomysł, potem szukał informacji, robił notatki, układał konstrukcję, pisał, poprawiał, sprawdzał fakty, poprawiał ponownie i na końcu zastanawiał się, czy tytuł nie jest beznadziejny.
Dziś wszystkie te etapy nadal istnieją. Tylko część z nich można wykonać dziesięć razy szybciej.
I to jest cała tajemnica moich trzech czy czterech felietonów dziennie. Nie piszę cztery razy szybciej. Wolniej wykonuję tylko to, co rzeczywiście wymaga mnie. Resztę deleguję. Przestałem tracić pół dnia na czynności, których wykonywanie nigdy nie było istotą pisania.
Bo istotą pisania jest wybór. Co jest ważne, a co tylko głośne. Co jest śmieszne, a co jedynie absurdalne. Co jest fałszywe. Co pachnie propagandą. Gdzie polityk próbuje zrobić z czytelnika idiotę. Gdzie autor sam nie rozumie tego, co napisał. Gdzie należy się zatrzymać, a gdzie przywalić. I przede wszystkim: które zdanie trzeba wyrzucić, chociaż człowiek jest z niego bardzo dumny.
AI potrafi podsunąć dwadzieścia puent. Ale nie wie, która brzmi jak ja. Może zaproponować pięć tytułów. Nie wie, który mnie bawi. Może skonstruować idealnie logiczny tekst, który będzie tak martwy, że można go od razu przekazać zakładowi pogrzebowemu. Tego muszę pilnować sam.
I dobrze. Bo gdybym kiedyś oddał maszynie również gust, byłbym już nie autorem korzystającym z AI, lecz operatorem przycisku „Generuj”.
A takich będzie coraz więcej. Już są. Poznać ich można po tym, że publikują teksty bez błędów, poprawne, eleganckie, uporządkowane i tak pozbawione charakteru, że po trzecim akapicie człowiek zaczyna tęsknić za instrukcją obsługi pralki.
Zresztą czasami słyszę zarzut: „Ale to przecież nie pan sam napisał”.
Zawsze wtedy mam ochotę zapytać, czy dziennikarz korzystający z archiwum, Google’a, stenogramu, depesz PAP, fotografa, korektora i rozmowy z ekspertem powinien na końcu tekstu umieścić nazwiska wszystkich pracowników redakcji oraz producenta laptopa.
A fotograf używający autofokusa? Czy zdjęcie zrobił on, czy Nikon? A księgowy używający Excela? Czy bilans sporządziła pani księgowa, czy Microsoft? A lekarz oglądający tomografię? Czy diagnozuje lekarz, czy Siemens?
Technologia od bardzo dawna wykonuje część naszej pracy. Tylko kiedy technologia zaczyna wykonywać część pracy intelektualnej, nagle odkrywamy w sobie romantycznych obrońców rękodzieła. Autorstwo nigdy nie polegało na tym, że człowiek osobiście wydobywa rudę żelaza potrzebną do zbudowania maszyny, na której pisze. Autorstwo polega na odpowiedzialności za tekst.
Jeżeli publikuję głupotę, nie mogę powiedzieć: „To AI”.
Nie. To ja ją opublikowałem.
Maszyna może się pomylić. Może źle zinterpretować źródło. Może nie dostrzec ironii. Może podać fałszywą informację z miną człowieka tak całkowicie przekonanego do własnej racji, że mógłby spokojnie zostać posłem. Dlatego sprawdzam, poprawiam, wykreślam, wracam do źródeł, każę szukać drugi raz i czasem wyrzucam cały tekst.
Pod tym względem AI przypomina niezwykle zdolnego młodego dziennikarza. Czyta błyskawicznie, pisze szybko, zna języki, nigdy się nie męczy i od czasu do czasu opowiada kompletną bzdurę z taką pewnością siebie, że wróżę mu karierę w polityce. Trzeba go pilnować, ale jeżeli człowiek umie z nim pracować, możliwości są potężne.
Mogę rano zrobić przegląd prasy, przed południem analizę ekonomiczną, po obiedzie humoreskę polityczną, a wieczorem podsumowanie dnia. Mogę porównać kilka projektów ustaw, przejrzeć raport, przetłumaczyć tekst na angielski, sprawdzić chronologię wydarzeń, zrobić korektę, skrócić całość o jedną trzecią, przygotować zajawkę na X i jeszcze wygenerować ilustrację.
Mogę też usłyszeć: „Ten fragment już pan kiedyś napisał”. Co jest nieprzyjemne, ale pożyteczne.
Jeszcze niedawno do takiej roboty potrzebna była mała redakcja. Dzisiaj mieści się przy jednym biurku.
I dlatego najbardziej bawi mnie pytanie: „Jak pan daje radę tyle pisać?”
Nie daję. Dajemy. Ja i coś, co mieszka w komputerze, przeczytało więcej książek niż ja, liczy szybciej, pamięta więcej, zna języki, nie potrzebuje snu i ma jedną zasadniczą wadę: bardzo dużo wie, ale nie ma własnego życia.
Nie było zakochane. Nie straciło pracy. Nie pokłóciło się z przyjacielem. Nie stało w urzędzie. Nie wychowało dzieci. Nie patrzyło na polityka w telewizji i nie pomyślało spontanicznie: „Matko Boska, co on pieprzy”.
A z takich właśnie rzeczy bardzo często rodzi się felieton. Na razie więc jestem potrzebny. I tego zamierzam się trzymać.
Sztuczna inteligencja potrafi znaleźć wiadomość, sprawdzić dane, przeanalizować raport, przeczesać portale, odszukać dawny cytat, zaproponować konstrukcję, poprawić zdanie, znaleźć sprzeczność, skrócić tekst i wygenerować dwadzieścia tytułów.
Ja muszę wiedzieć, po co to wszystko robię. Muszę też od czasu do czasu powiedzieć jej to, co mówię chyba najczęściej: „Dobre. Ale jeszcze nie moje”. Wtedy poprawiamy. A potem publikuję.
I jeżeli tekst jest dobry, chętnie przyjmuję pochwały. Jeżeli jest zły, niestety nie mogę zwalić winy na sztuczną inteligencję. Tak bowiem wygląda najbardziej ponura część całej rewolucji AI: autor nadal odpowiada za to, pod czym się podpisał.
A kiedy polityk mówi coś tak głupiego, że człowiek odkłada kawę, zdejmuje okulary i przez chwilę patrzy w ścianę, nadal potrzebny jest ktoś, kto powie maszynie:
„Nie poprawiaj tego. Niczego nie dopisuj. To już jest gotowy felieton”.
Krzysztof Bielejewski

Przecież miał Pan już nie pisać, odpocząć, odejść, dać odetchnąć Czytelnikom… A tu znowu taka kobyła: wyjaśnienie, instruktaż, przyznanie się 'do winy’ … Tylko po co? Przecież nie każdy jest ciekawy Pańskiego 'warsztatu’.
Nie każdy, Poza Panią, Soniu
O super, kolejny raz to przeczytałem.
Świetnie, że nie zapomniała Pani tutaj też o tym napisać.
Czy cokolwiek Pani zrozumiała? Boję się, ze nie, prosiłem przecież aby Pani nie czytała i omijała mnie szerokim łukiem
Nareszcie mamy tekst rozkminiający problem niemożliwości. Tekst, który powinien zaistnieć już wtedy, gdy wybuchła afera z felietonami faceta oskarżanego o supersoniczną szybkość ich pisania.
Zastanawianie się w XXI wieku, z jakich to nadprzyrodzonych paktów z diabłem korzystał Bielejewski, posądzanie Tokarczuk o zaprzęgnięcie AI do tworzenia własnych książek, genialne jest tak samo, jak żywienie pretensji do kalkulatora, że liczy szybciej od nas.
Wyrządzanie krzywdy i roztaczanie atmosfery skandalu wokół tych, co sprawniej używają AI, to zawiść; zamiast dążyć do pokonania Bielejewskiego tym samym sposobem, a mianowicie wydajniejszą metodą posługiwania się owym przyrządem, zaczęto wytykać mu plamy na słońcu. Odczucia negatywnie rozsądne, gdyż wynikające z małostkowości podlanej sosem ignorancji, to domena ludzi nie potrafiących pogodzić się z talentem większym niż ich.
Nie mam najmniejszego zamiaru wdawać się w dyskusyjne dialogi o podejrzanej roli technicznych udogodnień w życiu np. skryby, ale gdybym taki zamiar miał, to bym wspomniał o Gutenbergu i ruchomej czcionce. Napomknąłbym też o tym, że każdej nowości towarzyszą obawy, a cykor przed nieznanym bierze się z trwożliwych przypuszczeń.
Naukowy światek podzielony jest na entuzjastów postępu i na jego przeciwników. Albowiem otóż i ponieważ wynalazki są różne: jedne służą ludzkości, a inne znowuż nie bardzo; mają cuchnącą opinię i stwarzają wokół siebie niecnotliwą aurę zaszarganych wrażeń.
Drogi Marku,
bardzo Ci dziękuję. I za komentarz, i za zdrowy rozsądek, którego — jak się okazuje — w dyskusji o sztucznej inteligencji potrzeba dziś prawie tyle samo co inteligencji, niekoniecznie sztucznej.
Trafnie uchwyciłeś sedno sprawy. Cały mój tekst był przecież próbą powiedzenia rzeczy dość prostej: narzędzie pozostaje narzędziem, a odpowiedzialność za rezultat należy do człowieka. Gutenberg nie napisał żadnej książki, maszyna do pisania nie stworzyła żadnej powieści, Word nie został felietonistą, a kalkulator nie został profesorem matematyki tylko dlatego, że liczy szybciej niż profesor. AI jest oczywiście narzędziem znacznie bardziej złożonym, ingerującym w język, strukturę i sposób porządkowania materiału, ale tym bardziej trzeba nauczyć się z niego korzystać, zamiast urządzać wokół niego proces o czary.
Najbardziej zdumiewają mnie jednak nie głosy krytyczne — te są potrzebne i bywają bardzo ciekawe — ale komentarze, w których dyskusję o tekście zastępuje się dyskusją o mojej osobie. Zamiast polemiki z argumentami pojawiają się diagnozy mojej próżności, charakteru, potrzeby autopromocji, grafomanii i Bóg wie czego jeszcze. To już nie jest rozmowa o AI ani nawet o felietonie. To stara, dobrze znana metoda: kiedy trudno ugryźć argument, gryzie się autora.
Szczególnie kuriozalny był komentarz MERIDIANA, który napisał niemal drugi felieton po to, by dowieść, że mój felieton jest za długi. Odpowiedziałem mu rzeczowo, choć oczywiście nie odmówiłem sobie odrobiny ironii. I cóż — moja odpowiedź nie została udostępniona.
Nie jestem tym szczególnie zdziwiony. Mam od dawna wrażenie, że Pan Wojciech Kuszko bardzo chętnie otwiera szeroko drzwi tym, którzy chcą mnie obrzucić błotem, natomiast znacznie mniej entuzjastycznie podchodzi do sytuacji, w której chciałbym odpowiedzieć. Być może to tylko osobliwa koncepcja redakcyjnej gościnności: opluć można, wytrzeć twarz już niekoniecznie.
Ale nic to. Przeżyłem w życiu rzeczy poważniejsze niż internetowy komentarz i redaktorską selekcję odpowiedzi. To także przetrwam.
Zresztą cała ta historia tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że temat był potrzebny. AI dotknęła jakiegoś bardzo czułego miejsca. Nagle dyskusja o narzędziu stała się dyskusją o moralności, talencie, uczciwości, autorstwie, pracowitości i nie wiadomo jeszcze czym. Zupełnie jakby pióro wieczne w swoim czasie zagroziło etycznym podstawom cywilizacji.
Masz rację także w jednym jeszcze sensie: każda wielka zmiana technologiczna produkuje własną odmianę strachu. Jedni próbują zrozumieć nowe narzędzie, inni nauczyć się nim posługiwać, a jeszcze inni najchętniej zakazaliby go do czasu, aż sami przestaną się go bać.
Dziękuję Ci więc nie tyle za obronę mnie, ile za obronę elementarnej proporcji w tej rozmowie. To dziś, jak się okazuje, towar dość deficytowy.
Szanowny Panie Bielejewski — ten tekst jest mimowolnie najlepszym dowodem na to, że AI nie zastępuje redaktora, zwłaszcza takiego, który umie powiedzieć autorowi: „Ma pan jedną myśl, więc proszę nie rozciągać jej do rozmiaru przemówienia programowego”.
Pańska teza jest banalna i mieści się w kilku zdaniach: AI pomaga w researchu, porządkowaniu materiału, redakcji i tworzeniu wariantów, ale wybór, weryfikacja i odpowiedzialność należą do autora. Zamiast podać jeden konkretny przykład i na tym poprzestać, rozciągnął Pan tę oczywistość do wielostronicowego autopromocyjnego gadulstwa.
To, co autor przedstawia z miną odkrywcy kontynentu jako własną filozofię współpracy z AI, czytelnik „Studia Opinii” od dawna może znaleźć w cyklu dydaktycznym poświęconym temu narzędziu — prościej, czytelniej, logiczniej i użyteczniej. Tam AI służy wyjaśnianiu; tutaj jest rekwizytem w niekończącej się autoprezentacji. Cykl daje wiedzę, ten felieton zaś przede wszystkim odbiera czas, wielokrotnie objaśniając to, co po pierwszym akapicie było już jasne.
Czytelnik dowiaduje się więc nie tylko, że AI nie śpi, nie bierze urlopu, nie chodzi do HR, nie obraża się, zna języki i czyta raporty, ale również — i znacznie częściej — że autor ma gust, doświadczenie, ironię, humor, złośliwość, kontrolę nad maszyną oraz ostatnie słowo. To nie autoironia, lecz autoprezentacja bez hamulców. AI ma być dość sprawna, by podnieść rangę osiągnięcia autora, i dość ograniczona, by autor mógł stale przypominać, kto tu jest intelektualnym suwerenem.
Tekst ma około dziesięciu procent treści i dziewięćdziesięciu procent stylistycznego wyposażenia: Prus, Mickiewicz, Dostojewski, Netflix, HR, compliance, Nikon, Microsoft, Siemens, pralka, zakład pogrzebowy i politycy. Nie służą argumentowi; są rekwizytami w prywatnym teatrzyku autora. To nie erudycja ani swada, lecz zagracenie i gorączkowa potrzeba błyszczenia. Autor nie rozwija tezy, tylko miele ją w kostiumach anegdoty, żartu, porównania, deklaracji i puenty. Publikuje wszystkie warianty tej samej myśli, zamiast wybrać najlepszy. To grafomania, której poprawna składnia dała alibi.
Dodatkowo autor polemizuje z wymyślonym krytykiem, który uważa samo używanie AI za oszustwo, a twórczość za cierpienie przy świecy i wódce. Poważny problem jest inny: jak weryfikować źródła, cytaty, daty, konteksty i pozornie niezależne potwierdzenia, gdy model potrafi równie płynnie streścić raport, co zmyślić jego treść. Autor zapewnia, że „sprawdza”, lecz nie podaje ani jednego przypadku fałszywego cytatu, błędnej daty, nieistniejącego źródła czy mylnej interpretacji, które sam wychwycił. Deklaracja staranności nie jest dowodem staranności.
Równie chybione są porównania AI do Worda, atramentu, Excela, autofokusa czy tomografu. Żadne z tych narzędzi nie proponuje tezy, nie buduje narracji, nie interpretuje źródeł i nie potrafi pewnym tonem konfabulować. Generatywna AI ingeruje w warstwę językową i argumentacyjną wypowiedzi; udawanie, że jest równie neutralna jak pióro, jest retorycznym ułatwieniem, nie argumentem.
Najtrafniejsze zdanie autora brzmi: „Autor nadal odpowiada za to, pod czym się podpisał”. Owszem — odpowiada także za rozwlekłość, powtórzenia, ozdobniki, fałszywe analogie i nadmiar puent. Gdyby tę zasadę zastosował do własnego tekstu, wyciąłby połowę żartów, trzy czwarte powtórzeń i większość dekoracji. Zostałaby jedna rozsądna obserwacja: AI może przyspieszyć warsztat, ale nie zwalnia autora z myślenia, weryfikacji i odpowiedzialności.
Obecny felieton dowodzi tylko tyle, że można mieć przy biurku reportera, archiwistę, analityka, tłumacza, korektora i sekretariat trzydziestu osób, a wciąż nie mieć tego, co najważniejsze: redaktora z czerwonym ołówkiem, który umie powiedzieć: „Panie Bielejewski, dość. To zostało już napisane. Kilka razy. I ani razu nie było warte takiej objętości”.
Szanowny Panie MERIDIAN,
przeczytałem Pański komentarz z pewnym podziwem. Nie codziennie bowiem człowiek spotyka krytyka, który potrzebuje kilkunastu akapitów, by oznajmić autorowi, że ten napisał za długo. To trochę jak trzygodzinny wykład o zaletach zwięzłości — intelektualnie ryzykowne, ale niewątpliwie widowiskowe.
Ma Pan oczywiście rację w jednym: główną myśl mojego tekstu można streścić w kilku zdaniach. Podobnie można w kilku zdaniach streścić „Lalkę”, „Zbrodnię i karę”, „Hamleta”, a nawet instrukcję obsługi pralki. Rzecz tylko w tym, że felieton nie jest instrukcją przeciwpożarową ani komunikatem PKP. Felieton nie istnieje po to, żeby dostarczyć tezę możliwie najkrótszą drogą. Gdyby tak było, całą tę formę literacką można by zastąpić trzema punktami PowerPointa i wykresem kołowym.
Pisze Pan, że moje porównania, dygresje, anegdoty i żarty są „zagraceniem”. Otóż nie. One są właśnie felietonem. Może się Panu ten sposób pisania nie podobać — i bardzo dobrze, nie istnieje obowiązek lubienia cudzej frazy — ale ogłaszanie, że wszystko, co nie jest suchą tezą, stanowi „stylistyczne wyposażenie”, przypomina zarzut wobec jazzu, że między początkiem a końcem utworu muzycy niepotrzebnie grają.
Szczególnie zabawny jest Pański zarzut o „autoprezentację”. Napisałem tekst o własnym sposobie pracy. O kim zatem miałem pisać? O sąsiedzie? O Pańskim sposobie pracy? O metodzie twórczej Mickiewicza po konsultacji z działem IT? Jeśli autor opisuje swój warsztat, to z konieczności pojawia się w tym opisie autor. Odkrycie tej zależności nie wymaga ani AI, ani czerwonego ołówka.
Jeszcze ciekawsze jest Pańskie przekonanie, że skoro gdzieś w „Studiu Opinii” istnieje cykl dydaktyczny o AI, to mój tekst staje się zbędny. To dość osobliwa teoria kultury. Ponieważ istnieje podręcznik anatomii, nie należy już pisać esejów o ciele. Ponieważ istnieje instrukcja Excela, zakazane powinny być felietony o korporacjach. A skoro Wikipedia wyjaśnia, czym jest miłość, literatura światowa mogłaby wreszcie dać nam wszystkim spokój.
Ma Pan natomiast rację, że generatywna AI potrafi konfabulować, mylić źródła, daty, cytaty i konteksty. Tyle że dokładnie dlatego napisałem, że odpowiedzialność za weryfikację spoczywa na autorze. Pański zarzut brzmi zatem mniej więcej tak: „Autor powiedział, że należy sprawdzać odpowiedzi AI, ale nie opisał mi katalogu własnych błędów”. Nie opisałem. Bo pisałem felieton o warsztacie, nie protokół z kontroli jakości ani sprawozdanie komisji badającej halucynacje modelu.
Nie twierdziłem również, że AI jest identyczna z piórem, Wordem czy autofokusem. Porównania służyły pokazaniu pewnej historycznie starej reakcji: ludzie bardzo często uznają nowe narzędzie za zamach na „prawdziwą” twórczość. Można oczywiście rozebrać każdą analogię na części i z triumfem oznajmić, że tomograf nie pisze metafor. Brawo. Samochód również nie jest koniem, choć oba służą do przemieszczania się. Na tym właśnie polega analogia: pokazuje podobieństwo w określonym aspekcie, a nie biologiczną tożsamość obiektów.
Najbardziej rozbawiło mnie jednak określenie „grafomania, której poprawna składnia dała alibi”. To zdanie naprawdę jest ładne. Trochę napuszone, trochę zakochane we własnej celności, nieco teatralne — słowem, dokładnie takie, jakie zarzuca Pan mnie. Widzę więc, że mimo deklarowanej niechęci do stylistycznych ozdobników sam Pan nie potrafił oprzeć się pokusie błyszczenia. Proszę się nie martwić. To się zdarza. Zwłaszcza ludziom piszącym.
Na koniec jeszcze jedno. Redaktor z czerwonym ołówkiem rzeczywiście bywa potrzebny. Czasem mówi autorowi: „Proszę skrócić”. Ale dobry redaktor potrafi również powiedzieć krytykowi: „Proszę odróżnić to, że tekst jest napisany inaczej, niż Pan by go napisał, od dowodu, że jest źle napisany”.
To są dwie zupełnie różne rzeczy.
I tę uwagę można było, przyznaję, napisać znacznie krócej. Ale skoro Pan poświęcił mi tyle miejsca, uznałem, że nie wypada odpowiadać jednym zdaniem.
Pańska odpowiedź dowodzi jeszcze jednej rzeczy: felietony i komentarze są najwyraźniej produkowane według jednego, łatwo rozpoznawalnego szablonu — według mnie tworzonego przez AI. Jest obowiązkowy przewrotny „podziw”, jest żart mający ośmieszyć rozmówcę, jest chochoł zamiast jego rzeczywistego stanowiska, jest fałszywa alternatywa: albo Pańska rozwlekłość, albo instrukcja PKP i trzy punkty PowerPointa. Są też nieodzowne rekwizyty: „Lalka”, „Hamlet”, jazz, pralka, Wikipedia, koń i samochód.
To nie jest odpowiedź na krytykę, tylko kolejna demonstracja mechanizmu, który krytyka opisała. Nie zarzucałem Panu ani używania pierwszej osoby, ani dygresji, ani żartu, ani tego, że felieton nie jest protokołem komisji. Zarzut był prosty: myli Pan felietonową swadę z nieograniczonym prawem do powtarzania banalnej tezy, a stylistyczną dekorację z treścią.
Zamiast odpowiedzieć, dlaczego jedna oczywistość wymaga tylu akapitów, stworzył Pan następne akapity, aby wykazać, że krytyk chciałby z felietonu zrobić instrukcję pralki. To nie polemika. To automatyczna produkcja dowcipnego pozoru polemiki. Najważniejsze zaś jest to, że w odpowiedzi krytykowanej za nadmiar AI-owej manierowości użył Pan dokładnie tych samych zdziwionych westchnień, ironicznych „podziwów”, szkolnych analogii, najzabawniejszych stwierdzeń i samozadowolonych puent, które od miesięcy wypełniają Pańskie felietony oraz komentarze.
Niech Pan przynajmniej zmieni instrukcje wydawane AI przy pisaniu felietonów i komentarzy. Ich schematyczność oraz powtarzalność wystawiają Panu świadectwo braku postępu w korzystaniu z tego narzędzia. AI poszła dziś naprawdę znacznie dalej niż Pańskie schematy, powtarzane — jak widać — od 2024 roku.
Mój komentarz rzeczywiście był za długi. Pańska odpowiedź ma tę przewagę, że znacznie krócej potwierdziła jego zasadność.
Wzruszający tekst o tym, jak autor zachował nad AI pełną kontrolę: ona produkuje zdania, on nie pozwala zginąć ani jednemu. W efekcie zamiast felietonu powstał dwunastominutowy dowód, że największym zagrożeniem sztucznej inteligencji bywa naturalna próżność. Prawdziwy EU-geniusz — człowiek, który potrafi zredagować maszynę tak, aby mówiła wyłącznie o nim.
Pani Elizo, dziękuję za ten wzruszający przykład krytyki, w której argumenty zastąpiono diagnozą charakteru autora. To zawsze wygodne: kiedy nie bardzo wiadomo, co powiedzieć o tekście, można powiedzieć coś o człowieku. Najlepiej jeszcze o jego próżności, bo brzmi psychologicznie i daje złudzenie głębi.
Tyle że trafiła Pani kulą w płot. Felieton był właśnie o tym, jak używam AI jako narzędzia: wybieram, odrzucam, przepisuję, skracam, rozwijam i biorę odpowiedzialność za efekt. Pani uznała to za dowód, że „maszyna mówi o mnie”. To trochę tak, jakby po obejrzeniu kucharza przy pracy napisać, że patelnia jest narcyzem, bo ciągle pojawia się w kuchni.
Najbardziej jednak podoba mi się „EU-geniusz”. Ładne. Prawie dowcipne. Jeszcze kilka prób i być może uda się Pani stworzyć coś równie udanego jak ta „naturalna próżność”, którą tak sprawnie zdiagnozowała Pani u człowieka, którego zna wyłącznie z felietonu.
A skoro już mówimy o AI, to zdradzę pewien sekret: sztuczna inteligencja potrafi generować tekst. Znacznie trudniej wygenerować trafną myśl. I tu, jak widać, nadal potrzebny jest człowiek.
Pan B. po raz kolejny udowodnił, że jego problemem jest nie tylko AI, lecz jeszcze bardziej prompt: „skrót”. Z kilku zdań krytyki wyprodukował obronę na pełen program prania — dużo piany, długi cykl, a po wirowaniu nadal to samo: autor tak zajęty dowodzeniem, że nie jest próżny, iż nie ma jak tego pokazać.
Pani Elizo,
proszę przestać analizować mój charakter, osobowość. Proszę częściej patrzeć w lustro i nie czytać moich tekstów.
Pani Elizo, proszę mi pozwolić na 'ad vocem’; będzie to wierszyk biskupa Ignacego Krasickiego:
„Nie nowina, że głupi mądrego przegadał;
Kontent więc, iż uczony nic nie odpowiadał,
Tym bardziej jeszcze krzyczeć przeraźliwie począł;
Na koniec, zmordowany, gdy sobie odpoczął,
Rzekł mądry, żeby nie był w odpowiedzi dłużny:
„Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny.”
Nie wiem, czy to uspokoi/wyhamuje/spowolni… pana B.? Wygląda na to, że jest nieprzemakalny.
Cztery felietony dziennie to imponująca produkcja na skalę przemysłową. Piąty powinien dotyczyć czytania własnych tekstów przed publikacją. Uważny czytelnik kapituluje już po lekturze jednego — nie najdłuższego. Najlepsi autorzy SO dają ledwie dwa–trzy teksty tygodniowo. Słabiutko…
Darujcie staremu nieodparte skojarzenie z przeszłości: „Wincenty Pstrowski był górnik ubogi, przekroczył normę i wyciągnął nogi”.
Panie Anastazy,
dziękuję za troskę o moje nogi. Na razie jeszcze je mam, choć po lekturze komentarzy zaczynam rozumieć, dlaczego Pstrowskiemu mogło się odechcieć przekraczania normy.
Zacznijmy jednak od rzeczy najprostszej. „Cztery felietony dziennie” nie są normą produkcyjną, którą sobie wyznaczyłem, nie podpisuję rano listy obecności przy taśmie, a ChatGPT nie stoi nade mną ze stoperem i nie woła: „Bielejewski, norma niewykonana!”.
Piszę wtedy, kiedy mam temat i ochotę. Czasem więcej, czasem mniej. XXI wiek ma tę osobliwą właściwość, że narzędzia pozwalają pracować szybciej. Kalkulator liczy szybciej niż liczydło, komputer szybciej poprawia tekst niż maszyna do pisania, a AI pomaga mi szybciej zebrać materiał, sprawdzić informacje, uporządkować je i redagować. Nie bardzo rozumiem, dlaczego efektywność miałaby być sama w sobie zarzutem.
Pańskie zdanie, że „najlepsi autorzy SO dają ledwie dwa–trzy teksty tygodniowo”, jest natomiast urocze, bo wprowadza nieznane mi dotąd kryterium jakości literackiej: liczbę sztuk na tydzień. Rozumiem zatem, że autor publikujący raz na miesiąc jest wybitniejszy od autora publikującego raz na tydzień, a człowiek, który od 2019 roku nie napisał niczego, powinien dostać Nike za wyjątkową powściągliwość.
Niestety literatura działa trochę inaczej. Tekst może być świetny albo kiepski niezależnie od tego, czy jego autor napisał tego dnia jeszcze trzy, czy przez następne pół roku siedział w fotelu, kontemplując ciszę.
Pisze Pan również, że „uważny czytelnik kapituluje już po jednym”. Ma Pan do tego pełne prawo. Czytelnik nie składa przysięgi, że dotrwa do ostatniego przecinka. Jeżeli po trzecim akapicie poczuje Pan znużenie, proszę zamknąć stronę. Internet ma tę przewagę nad Wagnerem, że można wyjść w trakcie przedstawienia bez przeciskania się między rzędami.
Nie rozumiem tylko, dlaczego z Pańskiej niechęci do czytania większej liczby moich tekstów miałaby wynikać powinność zaprzestania ich pisania.
Ja nie piszę każdego tekstu dla każdego człowieka. Restauracja również nie zakłada, że jeden klient zje całe menu.
Natomiast rada, abym czytał własne teksty przed publikacją, jest oczywiście cenna. Czytam. Skracam. Poprawiam. Czasami za mało — i wtedy krytyka może być pożyteczna. Jeśli wskaże Pan konkretne powtórzenie, nieudany argument, błąd albo fragment, który należałoby wyrzucić, możemy o tym normalnie porozmawiać.
„Pisze pan za dużo” nie jest jednak krytyką tekstu. To jest informacja o Pańskiej pojemności czytelniczej.
A Pstrowski? Rzeczywiście sympatyczne skojarzenie. Tylko morał z jego historii zapamiętałem trochę inaczej. Nie brzmi on: „nie pracuj za dużo, bo komuś się nie spodoba”. Raczej: nie pozwól, by ktoś cudzą pracę zamienił w normę, według której ma mierzyć wszystkich.
Ja żadnej normy nie ustanawiam. Piszę. Pan może czytać. Albo nie. I właśnie ta wolność wyboru jest, moim zdaniem, jednym z przyjemniejszych wynalazków po upadku przodownictwa pracy.
Szanowny Panie Krzysztofie,
Jestem czytelnikiem Pańskich felietonów od dawna. Chyba od samego początku. Poglądy mamy zbieżne, choć nie zawsze do końca. Traktuję to co Pan pisze jako opinie, z którymi mogę się zgodzić, choć nie muszę. Co jest o tyle ożywcze, że poszerza perspektywę i pozwala widzieć zjawiska pod innym kątem.
A krytykantami proszę się nie przejmować. Zawsze byli, są i będą. Do dyskusji niczego nie wnoszą, ale za wszelką cenę starają się zaistnieć.
Pozdrawiam i życzę owocnej współpracy z AI.
Panie Krzysztofie, proszę potraktować ten komentarz jako głos bardzo krytyczny, ale pisany nie z niechęci do Pana ani, broń Boże, z zamiaru dyskredytowania. Piszę go z troską o to, by nie utrwalał Pan sposobu pisania i prowadzenia polemik, który — w moim przekonaniu — bardziej Panu szkodzi, niż służy.
Zachęcam Pana do spokojnego i uważnego przeczytania tych uwag. Nie musi Pan się z nimi zgadzać ani na nie odpowiadać. Warto jednak rozważyć, czy krytyka, która powraca z różnych stron, nie dotyka rzeczywistego problemu: nadmiaru, powtarzalności, tonu polemik oraz sposobu traktowania rozmówców.
Jeśli zechce Pan dostrzec w tym nie atak, lecz okazję do refleksji, może to być początek zmiany korzystnej przede wszystkim dla Pana samego — dla Pana tekstów, relacji z autorami i czytelnikami oraz dla wiarygodności, na której, jak sądzę, Panu zależy. Taki jest sens i cel mojego dłuższego wywodu.
Zatem do rzeczy.
Jeżeli człowiek produkuje — bo przecież nie pisze samodzielnie, lecz z zastosowaniem AI — cztery felietony dziennie, to czy jest to już produkcja na skalę masową, czy jeszcze nie? Przecież daje to statystycznie 120 felietonów miesięcznie, a po wyłączeniu niedziel około 100 miesięcznie. Rocznie jest to od 1200 do 1440 tekstów. Ponieważ autor, jak wynika z jego bloga, robi to od 2024 roku do dzisiaj, mamy już minimum 2400–3000 felietonów w ciągu dwóch lat.
Czy nie jest to produkcja taśmowa, z taśmy generatywnej? Poważniejsze pytanie do autora brzmi: dla kogo przeznaczone są te teksty? Kto jest w stanie nie tylko je przejrzeć, ale także przeczytać ze zrozumieniem? Kto jest w stanie o nich dyskutować? Jakie ludzkie potrzeby zaspokajają te felietony, oprócz potrzeb samego autora?
Warto tu postawić jeszcze jedno pytanie: czy taka skala publikowania nie prowadzi nieuchronnie do powtarzalności nie tylko tematów, ale również sposobów ich ujmowania? Gdy teksty powstają seryjnie, w rytmie kilku dziennie, czytelnik zaczyna rozpoznawać nie tyle odrębne myśli, ile stale powracający schemat: podobny tok oburzenia, podobne ironie, podobnie ustawiony przeciwnik, podobne wyjście od drobnego szczegółu do ogólnej diagnozy i podobną puentę. AI może ogromnie przyspieszyć taką produkcję, ale nie musi wzbogacić jej o nową myśl. Może za to utrwalać manierę autora, zwłaszcza jeśli otrzymuje stale podobne instrukcje, podobny materiał wejściowy i podobne oczekiwanie co do tonu.
Istnieje jeszcze inna warstwa pisarstwa, a raczej produkcji tekstów przez autora. Dotyczy ona nie tylko felietonów, lecz także komentarzy — pisanych podobną manierą, według podobnych, powtarzalnych schematów. W tych komentarzach, jeżeli czyta się je uważnie — choćby pod tekstem redaktora W. Kuszko oraz pod innymi wcześniejszymi i późniejszymi tekstami autora — pojawia się wiele informacji, które autor mimowolnie dostarcza przede wszystkim na własny temat.
Nie jest to wrażenie nowe ani odosobnione. Już w listopadzie i grudniu 2025 roku autorzy Studio Opinii oraz część czytelników mieli świadomość i rozmawiali między sobą o tym, że felietony pana Bielejewskiego powstają przy użyciu dość schematycznych instrukcji kierowanych do AI. Sprawa nie „okazała się” zatem dopiero w sierpniu 2026 roku w dyskusji pod tekstem W. Kuszko. Tam wyraźniej ujawnił się model, którego regularni czytelnicy mogli się wcześniej domyślać po rytmie publikacji, powtarzalności konstrukcji, charakterystycznych figurach retorycznych i nadprodukcji komentarza.
Najlepszym podsumowaniem skutków, jakie autor sam sobie funduje, jest cytat z jednej z czytelniczek, która pod burzliwymi wypowiedziami pana Bielejewskiego napisała:*
*(Mam zgodę Czytelniczki na publikację poniższego cytatu z jej maila. Podobnie jak ja życzy ona panu Bielejewskiemu jak najlepiej i nie napisała tych słów z niechęci, lecz z przekonania, że warto nazwać problem po imieniu, zanim jego skutki staną się trudniejsze do odwrócenia.)
„…Bielejewski daje koncert tego, jak można samemu sobie zaszkodzić. Nie dość, że nie umie przyznać się do błędu, to ginie od własnej broni: w morzu gadulstwa, wykręcania kota ogonem, zaprzeczania samemu sobie oraz nieprawdopodobnej konfabulacji stara się udowodnić, że sam jest nieomylny, a wszyscy inni nie mają pojęcia nie tylko o publicystyce, ale i o bożym świecie. W swojej megalomanii tak się zapędził, że porównuje własną felietonistykę do Kisiela, Urbana czy Pilcha. Mam wrażenie, że najgorszą krzywdą, jaką można wyrządzić Bielejewskiemu, jest dać mu swobodnie wypowiedzieć się w dyskusji dotyczącej krytyki jego twórczości. Sam skompromituje się do szczętu, bez reszty.”
W tym artykule, w którym autor broni swojego prawa do używania AI — prawa, którego nikt nie kwestionował — sam odkrywa się najbardziej. Ujawnia rzeczy, które powinien głęboko skrywać, a których wyciągnięcie i zestawienie niestety kompromituje autora.
Bielejewski nie ma jedynie tendencji do gadulstwa — gadulstwo jest dominującym stylem jego felietonów i komentarzy. Nie jest jednak prawdą, że nie potrafi pisać inaczej. Kiedy dyscyplinuje własne pisarstwo, jak w kilku tekstach okolicznościowych na SO, nawet jego najwięksi krytycy biją mu brawo za powściągliwość, celność, klarowność myśli i dyscyplinę narracji. To właśnie dowodzi, że problem nie tkwi w braku warsztatu ani w samym używaniu AI, lecz w braku selekcji i samokontroli.
Kiedy natomiast puszcza wodze fantazji — a właściwie słowotokowi — otrzymujemy taką „perełkę” jak dzisiejszy felieton. Właśnie tu leży sedno problemu. Autor zdaje się mylić ilość z oddziaływaniem, a sprawność retoryczną z rzeczywistą siłą argumentu. Można napisać bardzo dużo i powiedzieć bardzo mało. Można dzięki AI błyskawicznie wyprodukować kolejne teksty, odpowiedzi, kontrkomentarze, riposty i puenty, ale nie da się w ten sposób automatycznie wytworzyć zaufania, autorytetu ani szacunku rozmówców. Te wartości powstają wolniej: z rzetelności, samokontroli, zdolności do przyznania się do błędu, proporcji oraz szacunku dla czasu i godności innych osób.
Nie każdy tekst, który można wygenerować i opublikować, zasługuje na publikację. Nie każda riposta wymaga odpowiedzi. Nie każde oburzenie trzeba przerabiać na felieton. W epoce AI prawdziwym sprawdzianem autora nie jest zdolność do nieustannego mówienia, lecz zdolność do selekcji, milczenia i skreślania. Tego właśnie w tym przypadku najbardziej brakuje.
Największą szkodę — a paradoksalnie może właśnie przysługę — jaką autor wyrządził sam sobie, stanowiło napisanie tego artykułu i jego opublikowanie. Papier plami, a gadulstwo plami w trójnasób — niestety.
Pani Ireno,
dziękuję za troskę. Jest jej w Pani komentarzu tak dużo, że po przeczytaniu zacząłem sprawdzać, czy przypadkiem nie powinienem mieć temperatury.
Muszę jednak przyznać, że osobliwie rozumie Pani zarówno krytykę literacką, jak i — jeśli pseudonim „Psycholożka” ma oznaczać zawód — psychologię. Zaczyna Pani od zapewnienia, że nie zamierza mnie dyskredytować, po czym przez kilkanaście akapitów opisuje moją megalomanię, brak samokontroli, potrzebę produkowania, niezdolność przyznawania się do błędów, stosunek do rozmówców, potrzebę uznania, wiarygodność, a nawet to, co powinienem dla własnego dobra „głęboko skrywać”.
To trochę tak, jakby dentysta rozpoczął wizytę od słów: „Nie zamierzam panu wyrywać zęba”, po czym wyjął obcęgi.
Rozmawiajmy więc o tekście, nie o mojej psychice. Ja swojej diagnozy Pani nie zlecałem, a Pani — jak sądzę — nie stawia diagnoz na podstawie felietonów publikowanych w internecie. Jeśli stawia, tym bardziej pozostanę przy swoim lekarzu rodzinnym.
Najpierw liczby. Pisze Pani o „czterech felietonach dziennie”, następnie mnoży to przez miesiące i lata, po czym otrzymuje od 2400 do 3000 tekstów. Matematyka wygląda imponująco, tylko przesłanka została przez Panią przyjęta arbitralnie. Gdy założymy, że piszę osiem felietonów dziennie, wyjdzie sześć tysięcy. Przy szesnastu — dwanaście. A jeśli przyjmiemy trzydzieści dwa, będę pod koniec roku prawdopodobnie najbardziej płodnym autorem od czasu wynalezienia alfabetu.
Problem polega na tym, że mnożenie nawet bardzo sprawne nie zamienia założenia w fakt.
Pyta Pani również: „dla kogo są te teksty?”. Odpowiedź jest prosta i staroświecka: dla tych, którzy chcą je czytać.
Nie istnieje obowiązek przeczytania wszystkich. Tak jak nikt nie musi obejrzeć wszystkich filmów nakręconych przez Woody’ego Allena, przeczytać całego „Tygodnika Powszechnego” ani zjeść całej zawartości piekarni tylko dlatego, że piekarz rano upiekł trzydzieści bochenków.
Czy tekstów może być za dużo? Oczywiście. Czy mogą być nierówne? Oczywiście. Czy mogą się powtarzać pewne chwyty, ton, konstrukcje i obsesje autora? Naturalnie. Nazywa się to między innymi stylem. Bywa również manierą — granica nie zawsze jest oczywista i właśnie o niej można ciekawie dyskutować.
Takiej dyskusji chętnie posłucham. Ale Pani robi coś innego. Z obserwacji dotyczącej tekstów przechodzi Pani płynnie do sądu o człowieku. Z „ten tekst jest rozwlekły” robi się „autor nie ma samokontroli”. Z „autor często odpowiada na komentarze” — „nie potrafi milczeć”. Z „używa podobnych figur retorycznych” — diagnoza jego potrzeb psychicznych.
To nie jest już krytyka literacka. To psychologia z balkonu.
Szczególnie wdzięczny jestem za anonimowy list czytelniczki, który przytacza Pani jako materiał dowodowy. Dowiaduję się z niego, że jestem megalomanem, konfabulantem, człowiekiem niezdolnym do przyznania się do błędu i że najlepiej pozwolić mi mówić, bo wtedy „sam się skompromituję”.
Rozumiem, że autorka wyraziła zgodę na cytowanie. Szkoda, że nie wyraziła zgody na argumentowanie.
„Uważam Bielejewskiego za megalomana” nie jest bowiem argumentem dotyczącym jakości felietonu. Jest informacją o tym, co ktoś uważa o Bielejewskim.
Ja także mógłbym zebrać kilka prywatnych opinii o swoich krytykach, uzyskać zgodę na publikację i urządzić tutaj mały festiwal psychologii korespondencyjnej. Nie zrobię tego, bo uważam, że pod tekstami powinno się rozmawiać o tekstach, a nie urządzać autorom zbiorową sesję terapeutyczną bez ich udziału.
Zabawny jest również zarzut, że porównuję swoje pisanie do Kisiela, Pilcha czy Urbana. Nie porównuję własnego dorobku z ich dorobkiem. Mówię o inspiracjach stylistycznych. Kto próbuje pisać zwięźle jak Hemingway, nie ogłasza się Hemingwayem. Kto uczy się ironii od Kisiela, nie żąda miejsca w historii literatury obok Kisiela. Inaczej każdy uczeń szkoły muzycznej ćwiczący Chopina musiałby zostać oskarżony o manię wielkości.
Najbardziej jednak interesuje mnie zdanie, że mój artykuł ujawnia rzeczy, które „powinienem głęboko skrywać”.
Otóż nie. Właśnie dlatego napisałem ten tekst, żeby niczego nie skrywać. Opisałem, jak pracuję z AI, do czego jej używam, gdzie ją kontroluję, co odrzucam i dlaczego odpowiedzialność za tekst uważam za własną. Można uważać tę metodę za dobrą albo złą. Można powiedzieć, że efekty są świetne, przeciętne albo fatalne. Można wykazać konkretny błąd, fałszywą informację, kiepską argumentację czy nieznośne powtórzenie.
To są rzeczy sprawdzalne.
Natomiast „brak samokontroli”, „megalomania”, „potrzeba autoprezentacji” i rady, co powinienem zmienić „dla własnego dobra”, są już publicznym opowiadaniem o człowieku, którego Pani nie zna.
I tu rzeczywiście przydałoby się trochę samokontroli.
Z jedną myślą z Pani komentarza zgadzam się całkowicie: nie każdy tekst trzeba publikować i nie na każdy komentarz trzeba odpowiadać.
Święte słowa.
Proszę jednak zauważyć zabawny szczegół: aby przekonać mnie do zalet selekcji, milczenia, powściągliwości i skreślania, napisała Pani jeden z najdłuższych komentarzy pod całym tekstem.
Widocznie nadmiar jest naganny głównie wtedy, gdy produkuje go ktoś inny.
Dziękuję więc za rady. Te dotyczące pisania rozważę, bo czasem krytyk, nawet bardzo nieżyczliwy, może zauważyć coś trafnego. Uwagi o skracaniu, selekcji i nieuleganiu własnym chwytom stylistycznym są warte namysłu.
Natomiast diagnozę mojej osobowości pozwolę sobie zwrócić bez otwierania. Nie dlatego, że boję się krytyki. Dlatego, że między krytyką tekstu a amatorskim badaniem autora istnieje granica. Psycholog powinien ją dostrzegać nawet bez pomocy sztucznej inteligencji.
Nie podoba mi się ta dyskusja .Przypomina szczucie, mędrkowanie i publiczne wylewanie własnych frustracji.