Na oczach współczesnych Polaków zanika warstwa społeczna inteligencji. Wśród najważniejszych przyczyn tej sytuacji są zmiany modelu kształcenia, w tym szkolnictwa wyższego.
Z dniem 1 października 2014 roku weszła w życie nowelizacja ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym. Studia podzielono na „praktyczne” i „ogólnoakademickie”. Na kierunki o profilu praktycznym wprowadzono trzymiesięczne praktyki zawodowe. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego skomentowało na oficjalnej stronie internetowej:
To kolejna zmiana, która ma pomóc młodym ludziom w odnalezieniu się na rynku pracy i dostosowaniu się do rosnących wymagań. Zmiany w prawie mają doprowadzić do tego, by studia mogły być ściślej połączone ze środowiskiem pracy: uczelnie będą mogły poszerzać współpracę z przedsiębiorstwami nie tylko w wymiarze badawczym, ale też praktycznym i dydaktycznym. Pracodawcom będzie łatwiej dotrzeć do studentów z ofertami praktyk i staży, a osoby z doświadczeniem praktycznym będą mogły prowadzić na uczelniach zajęcia[1].
Ministerstwo przyjęło strategię dostosowywania studiów do rynku pracy. Studenci mają uczyć się tego, co może zostać spieniężone. Przyjąwszy ministerialny tok myślenia – wiedza nie jest wartością nadrzędną w programie nauczania. Zdobycie wiedzy (jakiejkolwiek) nie jest celem priorytetowym. To pragmatyzm, nie idealizm, dyktuje warunki.
Prawomocne uznanie dominacji rynku nad oświatą otwiera drogę do kształtowania umysłów na potrzeby biznesu. Skoro to rynek pracy wyznaczał będzie kierunek rozwoju, a najwięcej udziałów na tymże rynku należy do korporacji, to logiczną konsekwencją przyjętego planu musi być zaszczepianie ideologii korporacjonizmu w procesie kształcenia.
Usankcjonowanie materialistycznego podejścia do wiedzy wydaje się nie do pogodzenia z moralnością, wszak przedsiębiorstwa rządzą się zasadą maksymalizacji zysków. Można powiedzieć, że politycy podjęli decyzję o zerwaniu z intelektualizmem etycznym Sokratesa (469–399 p.n.e.). Według starożytnego filozofa najwyższe dobro – cnota – wynikało z wiedzy i warunkowało szczęście człowieka.
Poszanowanie wiedzy wymaga oczywiście, aby szkolnictwo wyższe było neutralne światopoglądowo w zakresie regulacji prawnych. Pod tym względem różnie bywało w XX-wiecznej Polsce. Dość powiedzieć, iż w 1918 roku polskie szkolnictwo wyższe zostało podporządkowane Ministerstwu Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego… A jednak debata o przyszłości oświaty wydaje się skazana na ideologie. Różne koncepcje rozwiązań systemowych wywodzą się bowiem z różnych systemów filozoficznych. Granica kompromisu jest nie do zniesienia, gdy przywiązanie do wartości stanowi o być albo nie być przeciwstawnych teorii.
Porozumienie w sprawie ogółu rozbija się o wolność jednostki. Według liberalizmu każdy obywatel powinien mieć zagwarantowaną możliwość dokonywania indywidualnych wyborów, na własną odpowiedzialność. W przypadku szkolnictwa wyższego należałoby więc zapewnić swobodę gospodarczą uczelniom niepublicznym, a także powstrzymać się od sterowania centralnego (z poziomu ministerstwa) kierunkami kształcenia obywateli. Z drugiej strony patrząc, ciężar utrzymania tych obywateli, którzy dokonaliby złych (nieopłacalnych) wyborów, i tak spadłby na państwo. Ostatecznie konsekwencje indywidualnych wyborów dotykają pośrednio całej zbiorowości.
W Polsce działają 294 uczelnie niepubliczne. Z kolei wykaz publicznych uczelni akademickich obejmuje: 18 uniwersytetów, 18 uczelni technicznych, 5 – ekonomicznych, 5 – pedagogicznych, 6 – rolniczo-przyrodniczych, 6 – wychowania fizycznego oraz jedną uczelnię teologiczną, tj. Chrześcijańską Akademię Teologiczną w Warszawie. Poza tym istnieje 36 państwowych wyższych szkół zawodowych (według stanu na 10.11.2014).
Danych liczbowych dostępnych jest dużo[2]. Dają one ogląd sytuacji, uświadamiając, jak bardzo pogmatwany i technokratyczny stał się system zarządzania szkolnictwem wyższym.
Osiągnięcia naukowe, a następnie techniczne i technologiczne XX stulecia odmieniły nowoczesną cywilizację. Dynamika tych zmian narzuciła tempo i innym przemianom kulturowym: społecznym, politycznym, ekonomicznym itd. Pojęcie globalizacji nabrało realnych kształtów. Dostęp do informacji stał się powszechny za pośrednictwem nowych mediów: radia, telewizji, a nade wszystko Internetu, obejmującego siecią powiązań praktycznie cały glob. Upowszechniła się edukacja, także uniwersytecka.
Przekształcanie polskiej oświaty nie zaczęło się wczoraj, to proces długotrwały, rozpoczęty kilkadziesiąt lat temu i poddawany różnym zmianom. By obiektywnie ocenić stan szkolnictwa wyższego we współczesnej Polsce, trzeba porównać go z tym, co było w przeszłości. Potrzeba pewnego oddalenia, tzn. perspektywy historycznej, żeby zobaczyć kierunki rozwoju.
Okolicznością, której zlekceważyć nie wolno, są zniszczenia wojenne, straty osobowe i materialne poniesione wskutek drugiej wojny światowej. Odbudowa szkolnictwa wyższego w powojennej Polsce postępowała szybko, w roku 1946 działały już wszystkie uczelnie z II RP, a także kilka nowych. Liczba studentów wynosiła wtedy 55 tys., czyli o 7 tys. więcej niż na przełomie lat 1937/1938. W roku 1951 studiujących było 141 tys., a w 1961 – już 172 tys. Następnie, w latach 60., liczba studentów wzrosła prawie dwukrotnie, do blisko 331 tys. w roku akademickim 1970/1971. Dziesięć lat później studentów szkół wyższych było już niemal 454 tys., a w latach 1992–1993 – ok. 496 tys. Wreszcie w roku akademickim 2005/2006 odnotowano w Polsce rekordową liczbę studiujących: 1 953 832.
Według opracowań Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego nieprzerwane zwiększanie się liczby studentów w latach 1990–2005 wynikało głównie ze zmian demograficznych (więcej młodzieży) oraz rosnącej popularności studiów wyższych.
Dla pełniejszego obrazu przemian, jakie przeszła polska oświata w XX wieku, warto jeszcze przypomnieć, jak duże były zaniedbania kulturowe. Dopiero w latach 60. analfabetyzm w Polsce przestał istnieć jako zjawisko masowe. Dzięki państwowej akcji zwalczania analfabetyzmu (1949–1951) nauczono czytać i pisać ponad milion Polaków.
Tytuły zawodowe i stopnie naukowe zdewaluowały się. Dyplom ukończenia studiów magisterskich nie jest wart tyle samo, ile kiedyś; przestał być gwarantem jakości, odkąd jakość przeszła w ilość. Stąd i pracodawcy stają przed trudniejszymi wyborami: jak odróżnić kandydatów legitymujących się podobnym wykształceniem? Jakimś miernikiem pozostała renoma uczelni, ufundowana na tradycji oraz rankingach edukacyjnych. Jednak rankingi mogą prowadzić na manowce interpretacji.
Na przykład PISA – Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (Programme for International Student Assessment) prowadzony przez OECD (Organization for Economic Co-operation and Development) – plasuje Koreę Południową w pierwszej piątce najlepszych systemów edukacyjnych na świecie[3]. Zarazem to właśnie Koreańczycy wiodą prym w popełnianiu samobójstw (co wynika z innych badań[4], również prowadzonych przez OECD). Takie zestawienia prowokują do zadawania pytań. Czy istnieje korelacja między systemem kształcenia a zdrowiem psychicznym? Czy metodologie używane do badań umiejętności zapewniają miarodajność? Czy to sensowne, kierować się rankingami przy projektowaniu systemu oświaty…?
Nieporównywalność wykształcenia wynika także ze zróżnicowania dziedzin wiedzy, jakie można studiować w Polsce. Jak porównać filozofię i fizjoterapię, dziennikarstwo i dietetykę, kulturoznawstwo i kosmetologię, matematykę i ogrodnictwo, prawo i sport, turystykę religijną i stosowaną psychologię zwierząt…? W miszmaszu ofert edukacyjnych zatraca się nie tylko porządek poznawczy, ale i poczucie odpowiedzialności. Wątpliwe, aby magister kosmetologii znalazł język wspólny z magistrem kulturoznawstwa, skoro ten pierwszy uczył się głównie o skórze, zaś ten drugi – o prawie wszystkim w ogóle. Ci dwaj raczej nie zbudują wspólnoty na gruncie intelektualnym.
Jako odpowiedzialnych za taki stan rzeczy należałoby wskazać organizatorów procesu kształcenia – rektorów i profesorów. Wprawdzie zmuszeni są działać w takiej a nie innej rzeczywistości i w ramach takiego a nie innego systemu, ale ostatecznie to oni, ludzie podpisujący się imieniem i nazwiskiem, decydują o kierunkach kształcenia na swoich uczelniach. W rękach i na biurkach rektorów spoczywa przyszłość szkolnictwa wyższego. Słowo rektorskie staje się ciałem studenckim w chwili sygnowania dokumentu z pieczęcią uniwersytetu.
Studiowanie przestało być wyróżnikiem społecznym, elitarność znalazła się w zaniku na skutek tendencji egalitarnych. Powrót do uniwersytetu jako enklawy dla intelektualistów wydaje się niemożliwy, a przynajmniej mało prawdopodobny. I choć różne osobistości wyrażają dziś nostalgię za subkulturą akademicką sprzed dziesięcioleci, są to głosy bezsilne. Co nie znaczy bynajmniej, jakoby były bezwartościowe.
Marcin Fedoruk
__________________________________________
[1] Nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym opublikowana w Dzienniku Ustaw,.
[2] Zob. POL-on – Zintegrowany system informacji o nauce i szkolnictwie wyższym.



Panie Marcinie, wydaje mi się, że ma Pan problem z docenianiem wiedzy praktycznej. Być może Somrates żyjąc dziś inaczej formułowałby swoje wnioski na temat wiedzy. Inna była 2,5 tyś lat temu, inna jest dzisiaj. Każda dziedzna życia wymaga wiedzy i to sporo.
.
Nauka polska za długo była nastawiona na kształcenie ogólne studentów produkując całe pokolenia nie przygotowanej do życia młodzieży. Tego wątka nie widzę w Pańskim tekście, choć go Pan cytuje w nowych wytycznych ministerstwa oświaty.
.
I tu pytanie: czy wiedza inżyniera agrotechnika jest mniej wartościowa od socjologa? Jeden i drugi musi sporo lat poświęcić nauce i potem jeszcze znależć pracę. Podkreślam, że znalezienie pracy jest jednym z najważniejszych atrybutów szczęścia ludzkiego. I myślę, że wreszcie polska edukacja przyjęła to do wiadomości. Nie znaczy to, że inżynier agrotechnik, kosmetolog czy przyszły restaurator mają być pozbawieni całkowicie przedmiotów humanistycznych, jak choćby elementów filozofii, nauki języków obcych, historii (w tym historii kultury) czy nauki o społeczeństwie. Takie przedmioty powinny być do wyboru przez studenta na pierwszych latach studiów. Ale nie powinny być podstawą dla wszystkich studiujących na uniwersytetach.
.
Świat się skomplikował. Nauka tak się rozwinęła, że nikt nie jest w stanie ogarnąć wszystkich jej dziedzin. Musimy to przyjąć do wiadomości. W każdym społeczeństwie znajdą się wybitni filozofowie, psychologowie, biolodzy (w bardzo wielu specjalnościach), filmowcy, politycy, fryzjerzy lekarze i restauratorzy, żeby wymienić choć trochę. Jedni w tych zawodach będa technokratami a inni artystami. Nie odejmujmy im wartości tylko dlatego, że nie są steicte humanistami.
Wydaje mi się – o ile dobrze rozumiem Autora – że uważa on, podobnie jak ja, że uczelnie akademickie powinny kształcić absolwentów wyłącznie na potrzeby nauki i oświaty. Wszystkim innym powinny się zajmować wyższe szkoły zawodowe. Nie mam nic przeciwko tytułowi „inżyniera od wbijania gwoździ”, może taki i jest potrzebny, niech tu rynek decyduje; ale magister tej specjalności czy doktor, to już byłaby bardzo gruba przesada. Wiąże się to z moim głębokim przekonaniem, że normą jest wydział uniwersytecki ze 150 studentami na wszystkich pięciu latach, a nie w jednej grupie. I z potwornie trudnym egzaminem wstępnym, a nie konkursem tzw. matur.
Dobrze Pan rozumie, Redaktorze.
Nie dzielę wiedzy na „praktyczną” i „niepraktyczną”, ponieważ każda dziedzina wiedzy ma swoje zastosowanie.
Pan Piotr Lass zarzuca mi, jakobym zapomniał o szkołach medycznych. Bynajmniej. Uczelnie medyczne w Polsce są nadzorowane przez ministra właściwego ds. zdrowia i dlatego nie mogły się znaleźć w wykazie uczelni nadzorowanych przez ministra właściwego ds. szkolnictwa wyższego.
@ andrzej pokonos
„Nauka polska za długo była nastawiona na kształcenie ogólne studentów produkując całe pokolenia nie przygotowanej do życia młodzieży. Tego wątka nie widzę w Pańskim tekście, choć go Pan cytuje w nowych wytycznych ministerstwa oświaty.”
Panie Andrzeju – zbyt długo?
Kiedy to było te zbyt długo? Jakie całe pokolenia?
Mógłby Pan jaśniej? chodzi o te 20 lat między 1994 a obecną nowelą ustawy (2014), o której jest tekst?
Z danych podanych w artykule wynika, że jeszcze w 1992-93 studentów było pół miliona a wcześniej jeszcze mniej.
Spośród tego pół miliona spora część to studenci jednej czy drugiej Politechniki, Akademii Górniczo-Hutniczej, AWFów, uczelni rolniczych itp. A i wśród studentów uniwersytetów przecież bardzo praktyczne nauki jak chociażby prawo są wykładane.
Wychodzi na to, że tych wykształconych ogólnie i, jak Pan sądzi, nieprzygotowanych do życia przez lata całe była garstka.
Swoją drogą owi do życia nieprzygotowani, wykształceni „ogólnie” na uniwersytetach np. historycy radzą sobie całkiem nieźle. Prezydent, do niedawna premier, minister spraw zagranicznych (niejeden) itd.
Problemem ostatnich 20 lat nie jest „ogólne” kształcenie studentów, tylko byle jakie i masowe. I likwidacja średnich szkół zawodowych czy technicznych (reforma edukacji za rządów Jerzego Buzka)
@Mr E: zgadzam się z tym co Pan pisze. Moj pierwszy wpis był odpowiedzią na okrojone tezy autora. Podniósł larum na wymieranie polskiej inteligencji, a medycynę odsuną na bok w komentarzu, jakby to nie była część polskiej inteligencji. Brak tu po prostu przedstawienia, co Pan Marcin Fedoruk uważa za polską inteligencję. I chyba od tego powinien zacząć swój artykół.
.
Osobiście uważam, że przedwojenne standardy wykształcenia humanistycznego nie są dziś wyznacznikami tego określenia. To co uściśla Pan Bogdan Miś to nie jest cała polska inteligencja: czyli nauki podstawowe dla najzdolniejszych. Pojęcie inteligencji jest szersze i żadne wykształcenie nie jest jedynym wyznacznikiem i cenzusem bycia „inteligentem”. To bardziej złożona sprawa, gdzie zdolności i praca osobista są równie ważne co cenzus świadectwa takiej czy innej szkoły.
.
A dwadieścia lat to już dwa pokolenia. A ja miałem na myśli szerszy przedział czasowy. To nie tak istotne. Bardzo mi się podoba wpis Pana Krzysztofa Łozińskiego poniżej. A zniesienie szkół zawodowych i techników jest dla mnie kompletnym nieporozumieniem.
Pan Redaktor raczył zapomnieć w wykazie szkół o profilu medycznymi i nauk o zdrowiu. Czyli lekarz, farmaceuta lub np. magister dietetyki to nie inteligent?
Płytka analiza, płytka….
@BM: Panie Bogdanie, rozumiem Pańskie intencje. Ale proces edukacji i dojrzewania nie zawsze idzie w parze. Jeśli rozdzieli się edukację na uczelnie prakryczne i uniwersytety naukowe, to zamknie się drogę wielu zdolnych ludziom, którzy z różnych powodów trafią od razu na uczelnie „praktyczne”. Czy nie lepiej w samych uniwersytetach stosować podział na odpowiednik colleage’u (czy studia licencjackie itp), plus indywidualnego toku studiów dla najzdolniejszych, którym licencjat nic nie da? A tym, którzy w Colleage’u/licencjacie zrobią postępy i rokują nadzieję na dalszy rozwój, dać szansę na dalszą edukację? Ludzie wybitnie zdolni w młodych latach nie koniecznie utrzymują tę zdolność z wiekiem. To bardzo indywidualne sprawy. Dlatego dobrze miec otwarty system nauczania właśnie na uniwersytetach. A niezależnie od tego rozwijać specjalistyczne uczelnie kształcące do zawodów usługowych, na poziomie technikum czy licencjackim.
To jest, jeśli się nie mylę, dokładnie „system boloński”. Otóż jestem zdecydowanym przeciwnikiem studiów dwustopniowych. Studia akademickie powinny być skrajnie trudne i elitarne, jednostopniowe, pięcioletnie, z zakazem pracy dla studentów, z nastawieniem na kształcenie pracowników nauki. Co nie znaczy, że absolwenci szkół zawodowych mieliby zamknięty dostęp do jeszcze wyższego wykształcenia, ale to już w formie odrębnych akademickich studiów podyplomowych. W obecnym systemie bywa, że kurs magisterski poszerza tylko kurs licencjacki, a na dwóch ostatnich latach powinno się uczyć przyszłego twórcę nauki zupełnie czegoś innego.