Opowieść druga – szkolna
Nie miałem się, czym chwalić, nauczyciele mieli ze mną same kłopoty, szkoły nie lubiłem a awersja do tej instytucji została mi do dzisiaj. Z przedmiotów tzw. poważnych, jako tako szło mi jakoś z biologii. W zależności od tego, kto mnie uczył, zyskiwałem opinię albo idioty, albo talentu matematycznego. Odkąd sięgnę pamięcią, po moim pokoju biegały chomiki, latały papużki, w końcu szkoły podstawowej i przez część średniej byłem działaczem i kolejną prawą ręką instruktorów w kółku przyrodniczym Pałacu Młodzieży PKiN.
Naturalną więc rzeczą była opieka akwariów, terrariów i wszelkich zwierząt przetrzymywanych w pracowniach biologicznych kolejnych szkół. Zupełnie zwyczajnie, więc między kolejnymi nauczycielami biologii a mną tworzyły się pewne towarzyskie układy, dzięki którym nigdy nie byłem zbyt dociekliwie przepytywany z tego przedmiotu. Zwierzęta zawsze ceniłem wyżej niż kolegów i jedyne mordobicia, jakie sobie przypominam ze szkoły, w jakich z własnej inicjatywy brałem udział, były w obronie katowanych zwierząt.
Tłukłem się z tego powodu nader często, zyskując opinię awanturnika. Dobrze rysowałem, to była moja druga pasja. Do końca szkoły uczyłem się rysunku, rzeźby, malarstwa, ale przede wszystkim rysunku. Uczyłem się terminując, uczestnicząc w życiu towarzyskim kilku żoliborskich artystów. Pomagałem mieszać glinę, wynosiłem śmieci, polerowałem formy, malowałem, szkicowałem, budowałem modele w kolejnych pracowniach Barbary Zbrożyny, Adolfa Ryszki, Jurka Madeya. Bardzo mi się to potem w życiu przydało. Niestety na szkołę zostawało coraz mniej czasu. Do tego wszystkiego, zazwyczaj byłem jeszcze straszliwie zakochany i nawet, jeśli ciało moje trwało właśnie przypadkiem na jakiejś wielce pożytecznej lekcji, to dusza i tak bujała gdzieś w obłokach. Dużo wagarowałem! Wszystkiego, czego się nauczyłem w czasach szkolnych, nauczyłem się na wagarach!
To był rok 1957-1958 do szkoły wprowadzono religię. Ma to o tyle znaczenie, że byłem jedynym w klasie, który odmówił uczestniczenia w tych lekcjach, a to spowodowało agresywną niechęć do mnie mojej ostatniej wychowawczyni w szkole podstawowej. Straszliwe to było babsko, stara panna twierdząca, że tak kocha Mickiewicza, że co noc śpi z Panem Tadeuszem. To było zaraz po przewrocie 1956 roku, władza budowała „komunizm z ludzką twarzą”, a jawność życia religijnego stała się oczywistością.
Moja obojętność wobec religii i szczery wybuch śmiechu po jej oświadczeniu o stosunku do Mickiewicza, były niejedynymi przyczynami otrzymania na koniec roku oceny niedostatecznej z zachowania i z taką to oceną, oraz jak najgorszą opinią zdałem egzamin do szkoły średniej. Przez pomyłkę czy też niedopatrzenie, bo wówczas na tę ocenę nie zwracano większej uwagi, zostałem przyjęty do szkoły ogólnokształcącej. Po miesiącu dyrektorka szkoły, wdowa po komunistycznym patronie jednej z żoliborskich ulic i straszliwa jędza, pozbyła się mnie pod jakimś pretekstem, przenosząc do innej szkoły i tam też dotrwałem już do matury.
Do swojej nowej średniej szkoły trafiłem więc z jak najgorszą opinią, lekko przerośnięty, bo siódmą klasę szkoły podstawowej, z powodu braku czasu i otumanienia wielką miłością powtarzałem dwukrotnie. Byłem znacznie doroślejszy od reszty kolegów. Byłem po mutacji, goliłem się już codziennie wzbudzając tym zazdrość większości kolegów i zachwyt koleżanek.
Proszę zwrócić uwagę – w tamtym czasie, w wieku 14 lat jeszcze byliśmy dziećmi. Jedną z pierwszych lekcji w nowej szkole, którą dokładnie pamiętam do dziś, była lekcja rysunków. Nauczyciel, duży facet z siwą czupryną, w dwurzędowej, niemodnej, ale bardzo wytwornej marynarce, z mnóstwem miniaturek różnych odznaczeń bojowych w klapie, wybrał z tłumu kilka oferm nie potrafiących utrzymać ołówka w ręku, kolejno stawiał ich na stołach – reszta klasy ich rysowała. Pierwszy model pozował nam przez dziesięć minut, drugi przez pięć, trzeci przez dwie, czwarty przez jedną, ostatni przez kilkanaście sekund.
Rezultatami tego testu oczarowałem Profesora, zostałem jego asystentem od wszelkich szkolnych dekoracji, przyozdabiania szkoły, tworzenia ciągle nowych gazetek na coraz to wspanialsze uroczystości. Do samego końca szkoły, przez pełne cztery lata, mimo jak najgorszych wyników w nauce, byłem zwalniany z wszelkich zajęć, jeśli tylko trzeba było coś narysować, napisać, przyozdobić. Do samej matury miałem poczucie, że przez tę lekcję i własne talenty artystyczne zyskałem sobie przyjaźń i przychylność profesora, który mnie do końca szkoły wyciągał z wszelkich kłopotów.
Artystą nie był, ale lubiłem go i ceniłem jego umiejętności techniczne i dydaktyczne. Uczył nas techniki rysowania, teorii grafiki, technicznych umiejętności mieszania i dobierania farb, robienia blejtramów, oprawiania obrazów, liternictwa i rysunku technicznego. Żadna inna wiedza nabyta w szkole nie przydała mi się życiu tak, jak właśnie ta. W kółku malarskim, już po lekcjach malowaliśmy martwą naturę albo pozujących kolegów, a on w tym czasie chodził między nami, doradzał, pobrzękiwał orderami i opowiadał o swoich bohaterskich wyczynach wojennych i konspiracyjnych.
To było kilkanaście lat po wojnie, pilnie słuchaliśmy jego opowieści, której elementy dawało się jeszcze wówczas zauważyć na całym Żoliborzu. Profesor nie był też pozbawiony tzw. poczucia interesu, poza naszym artystycznym kółkiem prowadził także kółko modelarskie. Rokrocznym zadaniem takiego kółka było wybudowanie żaglówki. Zadanie było wykonywane, jakoś nikt się nie interesował, co się dzieje z kolejnymi żaglówkami. Ja się też nie interesowałem. Były to jeszcze lata drewnianych omeg. Też przy tym, niekiedy dłubałem. Wpoił w nas wówczas poczucie potrzeby porządku wokół miejsca pracy. Każde stanowisko pracy, przed rozpoczęciem zajęć musiało być wytarte, narzędzia przygotowane i zawsze w trakcie pracy odkładane na to samo miejsce. Twierdził z szacunkiem, że tego go nauczyli Niemcy w niewoli. Wiele lat później pracowałem w NRD-ówku, mógł być dla Niemców mistrzem.
Jego aktywność i towarzyskie kontakty pomagały nam także poza szkołą. W tamtych czasach wprowadzono nowy przedmiot „politechnizacja”. Cała młodzież w tamtych czasach na zajęciach z politechnizacji robiła prawa jazdy, jak ktoś nie robił prawa jazdy to „praktyczna Pani” organizowała kursy szycia, gotowania. Profesor nam zorganizował zajęcia w szkole poligraficznej, gdzie przez rok czy dwa uczyliśmy się składu, zecerki, druku maszynowego. Wszyscy po ukończeniu kursu otrzymaliśmy dyplomy czeladnika drukarskiego. Jeszcze po latach, przygotowując publikacje do druku, korzystam z tej wiedzy. Do czasu pojawienia się komputerów stale korzystałem z odszukanych w szufladach, starych szablonów.
Byłem nim zafascynowany; dawał mi pewną techniczną wiedzę o rysunku, zdumiewał sprawnością fizyczną, grał na saksofonie i czarował wojennymi opowieściami. W pracowni Barbary Zbrożyny rzeźbiliśmy w tym czasie popiersie jakiegoś WSM-owskiego dostojnika, który podczas pozowania opowiadał nam o swoich wojennych przygodach na Żoliborzu. Taki to, bowiem był czas, że wszyscy dorośli snuli opowieści wojenne. Słuchałem pilnie i coś mi się skojarzyło z opowieściami Profesora. Spytałem o związek opowieści, wymieniłem nazwisko i dostojnik ryknął śmiechem. Zapewnił mnie, że mój Profesor nigdy z nikim nigdzie nie walczył, nie był w żadnej niewoli, całą okupacje przesiedział w osiedlowej stolarni, gdzie kleił taborety a jego opowieści są zmyśloną bujdą. Byłem oburzony i urażony.
Rok 1957-8 był rokiem Rock’n Rolla. Rock’n Roll to było więcej niż taniec, to był styl życia. Wszyscy tańczyliśmy na szkolnych zabawach, prywatkach, balach. Szybko ustaliła się grupa świetnie tańczącej młodzieży. Byłem wśród najlepszych. Nauczyciel przysposobienia wojskowego urządzał w szkole cotygodniowe bale, z których dochód miał być przeznaczony na budowę strzelnicy, czy czegoś równie niemądrego. Za wstęp płaciło się wówczas dziesięć złotych, ja byłem głównym dekoratorem a potem aktywnym dansiorem tych imprez. Nie dość, że za wstęp nie płaciłem, to jeszcze przyprowadzałem jakąś koleżankę. Było znakomicie!
Na lekcje, w dni zabaw, nie musiałem chodzić, bo dekorowałem salę, potem pląsałem do późnych godzin zyskując poparcie może nie najważniejszej osoby w szkole, ale jednak nauczyciela. Opodal w żeńskiej szkole im. Stefanii Sempołowskiej również odbywały się częste potańcówki. Tam były to wcześnie się kończące wieczorki, ale z ciastkami, tortami i z grupami umundurowanych elewów pobliskiej szkoły strażackiej. Rozbawione towarzystwo, najadłszy się ciastek, prosto stamtąd przenosiło się potańczyć do naszej szkoły. Co tydzień przychodziłem z inną partnerką. Nauczyciel wojskowego przysposobienia patrzył na mnie, nie zważając na moje pacyfistyczne poglądy, z nieukrywanym, oficerskim podziwem.
Nikt natomiast nie lubił nauczyciela chemii: mały, niechlujnie ubrany, z grubymi okularami, przez które najwyraźniej niewiele widział, miotał się pod tablicą i miał podstawowe trudności z przekazywaniem wiedzy. Pary bliźniaków, których kilka chodziło do naszej szkoły, przesłuchiwał jednocześnie, ustawiając ich po dwóch stronach tego samego stołu z legitymacjami w rękach. On jeden był pewien, że bliźniacy uczą się za siebie. Pierwszy na naszym osiedlu kupił sobie samochód. Starego, błękitnego Hilmana i każde ruszanie przez niego z miejsca, skupiało licznych kibiców.
Nigdy się nie nauczył posługiwania sprzęgłem. Ruszając, samochód ryczał niemiłosiernie, śmiesznie podskakiwał, a on walił głową o szybę, nie potrafiąc zsynchronizować działania sprzęgła, gazu, dźwigni biegów i jeszcze konieczności utrzymywania pionowej postawy z jednoczesnym obserwowaniem drogi. Do domu dojeżdżał na drugim biegu straszliwie piłując nienajlepszy i nienajmłodszy samochód.
To były takie czasy, że na całej ulicy parkowały może ze trzy samochody i każdy był obiektem tęsknych spojrzeń. Na początku lat sześćdziesiątych pojechał do Afryki na jakiś kontrakt i szybko zginął tam w wypadku samochodowym. Nikt się temu nie dziwił. Był naszym sąsiadem. Stary zdziwaczały kawaler mieszkał z matką i ciotką. Każdy by przy tych babach zwariował. Jego też miałem po swojej stronie. Przysługa sąsiedzka.
Wspaniałym i uwielbianym przez uczniów był Władysław Mancewicz. Uczył nas matematyki. Z zawodu był radiowcem. Był inwalidą wojennym, jedynym członkiem dowództwa Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej (ps. Maciek), który z pogruchotanym kręgosłupem, ale jednak przeżył Powstanie Warszawskie. Poruszał się z trudem, na dwóch kulach i uczył tylko w zastępstwie. Szczęśliwie, na naszą matematyczkę przyszedł taki czas, że co roku rodziła dziecko i mógł ją zastępować Profesor Mancewicz. Uczenie było jego pasją. Po lekcjach, w domu przygotowywał modele przestrzenne do każdego zadania z trygonometrii, które następnego dnia rozwiązywaliśmy na lekcjach. Pomagaliśmy mu w niewielkiej grupie, przy okazji wyżywając się w majsterkowaniu. Modele były ze sklejki, gumek-recepturek i gwintowanych cokolików. Czasami myliśmy mu samochód, inwalidzkiego BMW – Isettę. Niebawem jego koledzy, a nasi nauczyciele złożyli na niego donos, że odpłatnie przygotowuje nas w domu do prowadzonych w szkole lekcji. Wróciła Matematyczka, ale do matury było już tylko kilka miesięcy. Wytrzymaliśmy. Do dzisiaj nauczycielska profesja mało mi się kojarzy ze szlachetnością.
Dwukrotnie wylatywałem ze szkoły za konkretne przewinienia i moi opiekunowie mieli pełne ręce roboty, by powstrzymać reakcje dyrektora szkoły. Raz zrzuciłem ze schodów nauczycielkę polskiego. Uczyła polskiego w klasach sąsiednich, mnie nigdy. Spadłem na nią na schodach, popchnięty przez jakiegoś dowcipnisia. Przerażony, że zrobię jej krzywdę, że ją zabiję lecąc w dół po schodach najpierw sam, potem wraz ze swoją ofiarą, cały czas starałem się tak spadać, by ocalić jej życie.
Udało się, nic jej się nie stało, sam się wówczas okrutnie potłukłem. Zostałem oskarżony o próbę zamachu na życie nauczycielki, z którą nigdy przedtem ani potem nie miałem szczęśliwie nic więcej do czynienia.
Nauczyciele rysunków, przysposobienia wojskowego, biologii, chemii i matematyki zgodnie załagodzili potworną awanturę i zdołali jakoś uciszyć niedoszłą denatkę, domagającą się pomsty za doznaną zniewagę.
Drugim zaś razem awantura była poważniejsza, bo polityczna. W dziesiątej klasie, w roku 1960 na placu wówczas Zwycięstwa, dzisiaj Piłsudskiego odbywał się wiec młodzieży szkolnej całej Warszawy „spontanicznie” popierającej Lumumbę w jego walce z imperializmem. Imperialistom w Kongu przewodził wówczas Kasawubu, który wraz z niedobrym płk Czombe więził w lochu nieszczęsnego Lumumbę. Wręczono nam transparenty, sztandary, proporce i wielkie plakaty, z których wynikało, że popieramy Lumumbę.
To był słoneczny dzień, a tuż za nami albo tuż przed nami, ul Marszałkowską szły w pochodzie na ów plac piękne dziewczyny z żeńskiego liceum imienia Narcyzy Żmichowskiej. No i jak zaczęliśmy się zalecać, popisywać, żartować, krzyczeć, wymieniać transparenty, tak na nasze skandowania „Kasawubu zjeść Lumumbę”, „Kasawubu zjeść Lumumbę” co było zasadniczo sprzeczne z intencjami demonstracji, ruszył na nas tłum tajniaków.
Tramwaje jeździły wówczas z pootwieranymi drzwiami i udało mi się uciec, wskakując do jednego z właśnie przejeżdżających. Nie udało mi się uciec od dochodzenia w szkole. Mimo groźnych pohukiwań dyrektora nie wyleciałem wtedy ze szkoły, czym byłem niebywale zdumiony. Jeszcze przed samą maturą, pobiłem kolegę na oczach grona pedagogicznego (ku zachwytowi nauczyciela przysposobienia wojskowego) i karnie zostałem przeniesiony z klasy A do klasy B, lub odwrotnie. Do dzisiaj nie wiem przez to, czy byłem w mojej klasie, czy akurat równoległej. Pobitego wówczas kolegę spotkałem po latach, był lekarzem w dzielnicowej przychodni pediatrycznej i leczył moją córkę.
Dyrektor szkoły to była postać sama w sobie. Tłusty blondyn o twarzy bez żadnego wyrazu, uczył polskiego, choć mówił wiejską gwarą „-łucznie kunia łoblali”, żalił się na apelu, po tym jak ze szkolnego okna ktoś wylał konewkę wody na konia przywożącego węgiel do szkolnej kotłowni. Uczył przede wszystkim, jak na dyrekcję przystało, nauk politycznych. Był aktywistą Towarzystwa Szkół Świeckich, w ramach demonstrowania swojego świeckiego światopoglądu organizował szkolne bale w… Zaduszki. Tańcowaliśmy do rana. Pilnował czystości ideologicznej uczniów, a podejrzewam, że nauczycieli również. Odchodził na emeryturę wraz z naszą maturą i na zakończenie pracy dopuścił do egzaminu maturalnego w naszym dziennym liceum dwie koleżanki w ciąży. To wówczas, w tamtej rzeczywistości było niedopuszczalne i tym dopiero, po raz pierwszy, zaskarbił sobie nasz szacunek. Po latach w którejś gazecie przeczytałem jego nekrolog. Zasnął w Bogu, opatrzony Świętymi Sakramentami.
Maturę zdałem w 1962 roku z poczuciem, że dali mi świadectwo dojrzałości „a konto” wierząc w mój geniusz artystyczny i w trosce by się on nie zmarnował. Dokonali tego mimo oczywistych braków wiedzy, a także wbrew innym członkom Rady Pedagogicznej nauczyciele: biologii, chemii, rysunków, przysposobienia wojskowego. Pozostali nauczyciele przepuścili mnie przez ostatnie przedmaturalne klasyfikacje nie chcąc psuć życia mojej ówczesnej ukochanej, która była uczennicą najlepszą, zdyscyplinowaną i przez nauczycieli lubianą. Pewno nie bez znaczenia była uroda dziewczyny. Była śliczna!. Grono pedagogiczne wietrzyło w tym związek na całe nasze życie. Miałem też, niedługo potem poczucie, rozstając się z ukochaną i idąc na studia rolnicze, że zawiodłem ich wszystkich.

No i popatrz Pan, Panie Pioterek, to jest ganc do dupy niepodobne! Ten wspaniały kawałek historii prawdziwej PRL-u i jego mieszkańców, co mi szczególnie bliski, ze względu na najbliższych przyjaciół mojego Ojca ze starego WSM-u, (też ci chyba nigdy nie wspomniałem, że moim Chrzestnym był Michał Kostanecki?)wisi już w SO trzy dni, i żadnego komentarza! A zaczyna się to co prawda mięciutko (przypomniało mi niezapomnianego Jerzego Kasprzyckiego), jednak w miarę kolejnych odcinków napięcie wzrasta do poziomu dobrego kryminału i kończy się mistrzowską pointą.
———————————————————-
Wniosek: Jako że nie jesteśmy tu w jakiejś „niszy”, i publika jest spora, Utwory o długości 28 stron maszynopisu po prostu nie docierają, bo nikomu nie chce się czytać do końca dłuższego tekstu. Bo wskakuje się tu na chwilę, załapać – co nowego? Do następnego twego przyjazdu z… Bieszczad. (Hłehłehłe!)
Czytać się chce. Tekst jest wzruszający i pod jego wpływem człowiek myśli: Chciałoby się, by takie powolne, pełne wewnętrznego ładu życie gościło i dziś. Niestety, „to se ne vrati”. I Żoliborz przecież dziś nie jest dawnym Żoliborzem i nie ze spokojem się kojarzy.
Przyznam szczerze że miałem skomentować zaraz po przeczytaniu ale musiałem ochłonąć. To kawał naszej historii opisany w normalny sposób i z jakimi niespodziankami. Piękna opowieść a przede wszystkim prawdziwi Ludzie i zaiste wielkie bohaterstwo.
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Historia niezwykła, pełna zagadek, splotów zdarzeń i ludzkich postaw i losów; materiał na książkę (albo na scenariusz), kt. trzeba by dopiero chyba napisać. W latach okupacji, jako dziecko, i ja tam mieszkałem, zapamiętałem tylko przejażdżkę rikszą wokół pl. Wilsona.
@elkaem: przyznaj się! też przeczytałeś tylko pierwszy odcinek.
Słowo honoru, że tak! I postąpić podobnie jak @Arko. Tyle, że nie wiem czy mój komentarz mógłby wnieść coś cennego – nie mieszkam w Warszawie. Ale klimat tej opowieści przypomina mi to, co o Żoliborzu pisał Wańkowicz i inni mieszkańcy tego uroczego zakątka. Chciałoby się tak nadal żyć mając świadomość, że dookoła są tacy ludzie.
Takie enklawy, choć na mniejszą skalę powstawały jednak i w innych miastach. W Łodzi było to np. os. im. Mireckiego, czy osiedle przedwojennej spółdzielni mieszkaniowej „Lokator”, niestety, nieukończone z powodu wojny. Tyle, że nie miały one swoich piewców. Dlatego znajomi wychowani na tym osiedlu jako jedyną książkę, w której te klimaty można znaleźć mają „Tajemnicę Zielonej Pieczęci” Hanny Ożogowskiej. Przypominają sobie w którym bloku i klatce mieszkała pisarka, przypominają pierwowzory opisywanych chłopaków, przypominają nawet dozorcę. Ale to mało niestety!
Poznałem Piotra Topińskiego w czasie, gdy zajmował się re-introdukcją bobrów w Kampinisie i innych miejscach w Polsce. To przecierz ulubiony temat lidera SO, Stefana Bratkowskiego – mała retencja. A bic jak bobry nie poprawi stosunków wodnych, na przykład w stepowiejàcej Wielkopolsce.
Ale nigdy nie przypuszczałem, że Piotr miał tak ciekawe życie, on i jego rodzice. No cóż, pokolenie naszych rodziców, którzy przeżyli wojnę, łagry i obozy, powstanie Warszawskie, Tobruk czy Monte Cassino, pełne jest to życiorysów, które mogłaby być kanwa na scenariusze dla powieści i filmów. Dobrze, że Piotr opisał te wspomnienia. Nie tak czytelne dla młodego pokolenia, które nie pamięta sklepów spożywczych z beczkami pełnymi solonych śledzi i Gomułką z Cyrankiewiczem na ścianach, którzy nie rozbrajali amunicji powojennej na podwórkach domowych a czasem i szkolnych…
Bardzo ciekawe wspomnienia.
Prepraszam, zamias „bic jak bobry” powinno być „A nic jak bobry… Tu nic o biciu nie ma, literówka:)
@andrzej Pokonos, nie ma gorszej dla otoczenia rzeczy, jak ciekawy życiorys nieciekawego człowieka. Zanudzi wszystkich dookoła. Natomiast jestem pewien, że jak Pan Pioterek zdecyduje się np. opisać kilka lat swej pracy w warszawskim ZOO, (gdzie pracował zanim poszedł do ZBS w Dziekanowie Leśnym) będzie lektura nie gorsza (lepsza!)niż dowolny Gerry Durrell. (Dostałem kiedyś komplet Durrella w pejperbekach, jak się 30 lat temu uczyłem angielskiego metodą Lee Niucha.)Jak? Bierze się dwieście interesujących książek, np kryminały, porno, sf, literatura faktu i załatwia się stosowną dostawę jedzenia i picia. Po paru miesiącach cudownego relaksu na kanapie ma się wessanych z 10 tys. słów. Słownik i ten tam samouczek leżą pod ręką, pod łóżkiem, używane tylko z rzadka. Wada: żeby móc mówić, trzeba potem zrobić intensywny (miesiąc czasu), a i tak się potem nie wie, jak wymawiać prawidłowo większość z tych 10 tys. (co i tak niepotrzebne).
Moze to i racja, Piotr chciał wszystko przekazać naraz. Ale czas ucieka, i można to potraktować jako materiał źródłowy dla przyszłych badań. Jest tam jednak wiele ciekawie splecionych życiorysów.
Co do nauki języka, szczególnie tak różniącego się w mowie od pisma dla Polaków jak angielski, myślę, że warto zacząć od nauki fonetyki, a potem dopiero czytać, czytać, czytać.
Yes. Bo język to mowa, a pismo to zapis.
@a.pokonos: wszystko prawda. Ale ja, mając opanowane od dziecka (niemal) dwa języki wrogich sąsiadów, olewałem angielski, póki Przyjaciel nie przywiózł z Londynu pół tony książek. Jak przeleciałem komplet paryskiej Kultury, wściekłem się, że nie mogę czytać dalej, bo po angielsku. To było na początku 70-tych (we wpisie machnąłem się o ca 10 lat). Wtedy właśnie wypróbowałem metodę Lee Newha, z wiadomymi skutkami. Potem pojechałem do Indii i przekonałem się, że tam mają zupełnie osobną fonetykę. A tej angielskiej nadal się nie uczyłem, bo nie wiedziałem gdzie i od kogo. Potem zrobiłem TOEFL-a, dalej jako fonetyczny neptek (w Bagdadzie). I tak się to wlecze. To gdzie i od kogo? Bo jak mi amerykańce robią komplementy na temat „british accent”, czuję się nieswojo, jako że na „intensywnym” moim nauczycielem był barman z Las Vegas.
znam ludzi ktorzy uczyli sie z niezlym skutkiem ogladajac reklamy w Stanach. To tez stale powtarzane fragmenty tych samych tekstow, do znudzenia. Tez pomocne dla nauki. Podobnie ogladanie filmow, sitkomow, szczegolnie te ostatnie choc ich nienawidze, dla nauki biezacego jezyka sa bardzo dobre. Gorzej z ogladaniem! W sumie jest wiele sposobow i nie kazdy nadaje sie dla wszystkich. Jedni maja sluch do jezykow, inni pamiec do slow, itp. Dlatego najlepiej dac dzieciakom okazje do nauki jak najwiekszej liczby jezykow. To potem procentuje.
@a.Pokonos, dzięki! Zastanawiam się, nie od dziś, czy napisy ekranowe nie były znacznie lepsze, z punktu widzenia nauki języków, i w ogóle, niż ten stosowany w Polsce (i chyba tylko w Polsce)pseudo-dubbing, z lektorem i przytłumioną, oryginalną ścieżką dźwiękową. Bo np. Moja nauczyła się – jako dziecko – w czasie drugiej światowej bardzo dobrze po niemiecku, oglądając niemieckie filmy, „tylko świnie siedzą w kinie” – ona siedziała w każdej wolnej chwili. I ma lepszą wymowę od mojej. I oczywiście piosenki (pod warunkiem, że mamy do dyspozycji tekst). To się wbija i zostaje na zawsze. Tak samo, jak te reklamy (słuchałem ich w czasie studiów, z Weimaru, w pracowni kolegi, który odbierał z nadajnika Ochsenkopf zachodnią telewizję.)I słuch mam niby nie najgorszy, ale jak słucham dziennika (czytanego potwornie szybko) w AFN (American Forces…) rozumiem połowę słów. Practice, praktice, practice!
PRYWATNIE DO PIOTRA TOPIŃSKIEGO
Panie Piotrze, ciesze się, ze Pana odnalazłam, spotykaliśmy sie swojego czasu, teraz juz bardzo dawno temu u Pani Marii Arnoldowej.
W związku z Nią sprostowanie. Pani Maria prowadziła az do wybuchu powstania bibliotekę dla dzieci i mlodzieży nie w przedszkolu a w budynku społecznym na podwórzu pierwszej kolonii. (pietro nizej była biblioteka dla dorosłych) Była to to odzdzielna placówka prowadząca róznorodna działalność i była to prawdziwa enklawa spokoju, odpoczynku i porządku. Spędzałam tam wiele czasu. Oprócz pani Janki Cyganskiej i Hanki Rembowskiej przacowala tam tez Jadwiga Lubowiedzka.
Pamiętam doskonale panską matkę, Panią Zofię. Jej pogrzeb mam w pamięci jako ostatnie spotkanie ludzi starego WSMu
Pozdrawiam Pana serdecznie
Anna Sianko