Piotr Topiński: Opowieść żoliborska61 min czytania

()

Opowieść druga – szkolna

Nie miałem się, czym chwalić, nauczyciele mieli ze mną same kłopoty, szkoły nie lubiłem a awersja do tej instytucji została mi do dzisiaj. Z przedmiotów tzw. poważnych, jako tako szło mi jakoś z biologii. W zależności od tego, kto mnie uczył, zyskiwałem opinię albo idioty, albo talentu matematycznego. Odkąd sięgnę pamięcią, po moim pokoju biegały chomiki, latały papużki, w końcu szkoły podstawowej i przez część średniej byłem działaczem i kolejną prawą ręką instruktorów w kółku przyrodniczym Pałacu Młodzieży PKiN.

Naturalną więc rzeczą była opieka akwariów, terrariów i wszelkich zwierząt przetrzymywanych w pracowniach biologicznych kolejnych szkół. Zupełnie zwyczajnie, więc między kolejnymi nauczycielami biologii a mną tworzyły się pewne towarzyskie układy, dzięki którym nigdy nie byłem zbyt dociekliwie przepytywany z tego przedmiotu. Zwierzęta zawsze ceniłem wyżej niż kolegów i jedyne mordobicia, jakie sobie przypominam ze szkoły, w jakich z własnej inicjatywy brałem udział, były w obronie katowanych zwierząt.

Tłukłem się z tego powodu nader często, zyskując opinię awanturnika. Dobrze rysowałem, to była moja druga pasja. Do końca szkoły uczyłem się rysunku, rzeźby, malarstwa, ale przede wszystkim rysunku. Uczyłem się terminując, uczestnicząc w życiu towarzyskim kilku żoliborskich artystów. Pomagałem mieszać glinę, wynosiłem śmieci, polerowałem formy, malowałem, szkicowałem, budowałem modele w kolejnych pracowniach Barbary Zbrożyny, Adolfa Ryszki, Jurka Madeya. Bardzo mi się to potem w życiu przydało. Niestety na szkołę zostawało coraz mniej czasu. Do tego wszystkiego, zazwyczaj byłem jeszcze straszliwie zakochany i nawet, jeśli ciało moje trwało właśnie przypadkiem na jakiejś wielce pożytecznej lekcji, to dusza i tak bujała gdzieś w obłokach. Dużo wagarowałem! Wszystkiego, czego się nauczyłem w czasach szkolnych, nauczyłem się na wagarach!

To był rok 1957-1958 do szkoły wprowadzono religię. Ma to o tyle znaczenie, że byłem jedynym w klasie, który odmówił uczestniczenia w tych lekcjach, a to spowodowało agresywną niechęć do mnie mojej ostatniej wychowawczyni w szkole podstawowej. Straszliwe to było babsko, stara panna twierdząca, że tak kocha Mickiewicza, że co noc śpi z Panem Tadeuszem. To było zaraz po przewrocie 1956 roku, władza budowała „komunizm z ludzką twarzą”, a jawność życia religijnego stała się oczywistością.

Moja obojętność wobec religii i szczery wybuch śmiechu po jej oświadczeniu o stosunku do Mickiewicza, były niejedynymi przyczynami otrzymania na koniec roku oceny niedostatecznej z zachowania i z taką to oceną, oraz jak najgorszą opinią zdałem egzamin do szkoły średniej. Przez pomyłkę czy też niedopatrzenie, bo wówczas na tę ocenę nie zwracano większej uwagi, zostałem przyjęty do szkoły ogólnokształcącej. Po miesiącu dyrektorka szkoły, wdowa po komunistycznym patronie jednej z żoliborskich ulic i straszliwa jędza, pozbyła się mnie pod jakimś pretekstem, przenosząc do innej szkoły i tam też dotrwałem już do matury.

Do swojej nowej średniej szkoły trafiłem więc z jak najgorszą opinią, lekko przerośnięty, bo siódmą klasę szkoły podstawowej, z powodu braku czasu i otumanienia wielką miłością powtarzałem dwukrotnie. Byłem znacznie doroślejszy od reszty kolegów. Byłem po mutacji, goliłem się już codziennie wzbudzając tym zazdrość większości kolegów i zachwyt koleżanek.

Proszę zwrócić uwagę – w tamtym czasie, w wieku 14 lat jeszcze byliśmy dziećmi. Jedną z pierwszych lekcji w nowej szkole, którą dokładnie pamiętam do dziś, była lekcja rysunków. Nauczyciel, duży facet z siwą czupryną, w dwurzędowej, niemodnej, ale bardzo wytwornej marynarce, z mnóstwem miniaturek różnych odznaczeń bojowych w klapie, wybrał z tłumu kilka oferm nie potrafiących utrzymać ołówka w ręku, kolejno stawiał ich na stołach – reszta klasy ich rysowała. Pierwszy model pozował nam przez dziesięć minut, drugi przez pięć, trzeci przez dwie, czwarty przez jedną, ostatni przez kilkanaście sekund.

Rezultatami tego testu oczarowałem Profesora, zostałem jego asystentem od wszelkich szkolnych dekoracji, przyozdabiania szkoły, tworzenia ciągle nowych gazetek na coraz to wspanialsze uroczystości. Do samego końca szkoły, przez pełne cztery lata, mimo jak najgorszych wyników w nauce, byłem zwalniany z wszelkich zajęć, jeśli tylko trzeba było coś narysować, napisać, przyozdobić. Do samej matury miałem poczucie, że przez tę lekcję i własne talenty artystyczne zyskałem sobie przyjaźń i przychylność profesora, który mnie do końca szkoły wyciągał z wszelkich kłopotów.

Artystą nie był, ale lubiłem go i ceniłem jego umiejętności techniczne i dydaktyczne. Uczył nas techniki rysowania, teorii grafiki, technicznych umiejętności mieszania i dobierania farb, robienia blejtramów, oprawiania obrazów, liternictwa i rysunku technicznego. Żadna inna wiedza nabyta w szkole nie przydała mi się życiu tak, jak właśnie ta. W kółku malarskim, już po lekcjach malowaliśmy martwą naturę albo pozujących kolegów, a on w tym czasie chodził między nami, doradzał, pobrzękiwał orderami i opowiadał o swoich bohaterskich wyczynach wojennych i konspiracyjnych.

To było kilkanaście lat po wojnie, pilnie słuchaliśmy jego opowieści, której elementy dawało się jeszcze wówczas zauważyć na całym Żoliborzu. Profesor nie był też pozbawiony tzw. poczucia interesu, poza naszym artystycznym kółkiem prowadził także kółko modelarskie. Rokrocznym zadaniem takiego kółka było wybudowanie żaglówki. Zadanie było wykonywane, jakoś nikt się nie interesował, co się dzieje z kolejnymi żaglówkami. Ja się też nie interesowałem. Były to jeszcze lata drewnianych omeg. Też przy tym, niekiedy dłubałem. Wpoił w nas wówczas poczucie potrzeby porządku wokół miejsca pracy. Każde stanowisko pracy, przed rozpoczęciem zajęć musiało być wytarte, narzędzia przygotowane i zawsze w trakcie pracy odkładane na to samo miejsce. Twierdził z szacunkiem, że tego go nauczyli Niemcy w niewoli. Wiele lat później pracowałem w NRD-ówku, mógł być dla Niemców mistrzem.

Jego aktywność i towarzyskie kontakty pomagały nam także poza szkołą. W tamtych czasach wprowadzono nowy przedmiot „politechnizacja”. Cała młodzież w tamtych czasach na zajęciach z politechnizacji robiła prawa jazdy, jak ktoś nie robił prawa jazdy to „praktyczna Pani” organizowała kursy szycia, gotowania. Profesor nam zorganizował zajęcia w szkole poligraficznej, gdzie przez rok czy dwa uczyliśmy się składu, zecerki, druku maszynowego. Wszyscy po ukończeniu kursu otrzymaliśmy dyplomy czeladnika drukarskiego. Jeszcze po latach, przygotowując publikacje do druku, korzystam z tej wiedzy. Do czasu pojawienia się komputerów stale korzystałem z odszukanych w szufladach, starych szablonów.

Byłem nim zafascynowany; dawał mi pewną techniczną wiedzę o rysunku, zdumiewał sprawnością fizyczną, grał na saksofonie i czarował wojennymi opowieściami. W pracowni Barbary Zbrożyny rzeźbiliśmy w tym czasie popiersie jakiegoś WSM-owskiego dostojnika, który podczas pozowania opowiadał nam o swoich wojennych przygodach na Żoliborzu. Taki to, bowiem był czas, że wszyscy dorośli snuli opowieści wojenne. Słuchałem pilnie i coś mi się skojarzyło z opowieściami Profesora. Spytałem o związek opowieści, wymieniłem nazwisko i dostojnik ryknął śmiechem. Zapewnił mnie, że mój Profesor nigdy z nikim nigdzie nie walczył, nie był w żadnej niewoli, całą okupacje przesiedział w osiedlowej stolarni, gdzie kleił taborety a jego opowieści są zmyśloną bujdą. Byłem oburzony i urażony.

Rok 1957-8 był rokiem Rock’n Rolla. Rock’n Roll to było więcej niż taniec, to był styl życia. Wszyscy tańczyliśmy na szkolnych zabawach, prywatkach, balach. Szybko ustaliła się grupa świetnie tańczącej młodzieży. Byłem wśród najlepszych. Nauczyciel przysposobienia wojskowego urządzał w szkole cotygodniowe bale, z których dochód miał być przeznaczony na budowę strzelnicy, czy czegoś równie niemądrego. Za wstęp płaciło się wówczas dziesięć złotych, ja byłem głównym dekoratorem a potem aktywnym dansiorem tych imprez. Nie dość, że za wstęp nie płaciłem, to jeszcze przyprowadzałem jakąś koleżankę. Było znakomicie!

Na lekcje, w dni zabaw, nie musiałem chodzić, bo dekorowałem salę, potem pląsałem do późnych godzin zyskując poparcie może nie najważniejszej osoby w szkole, ale jednak nauczyciela. Opodal w żeńskiej szkole im. Stefanii Sempołowskiej również odbywały się częste potańcówki. Tam były to wcześnie się kończące wieczorki, ale z ciastkami, tortami i z grupami umundurowanych elewów pobliskiej szkoły strażackiej. Rozbawione towarzystwo, najadłszy się ciastek, prosto stamtąd przenosiło się potańczyć do naszej szkoły. Co tydzień przychodziłem z inną partnerką. Nauczyciel wojskowego przysposobienia patrzył na mnie, nie zważając na moje pacyfistyczne poglądy, z nieukrywanym, oficerskim podziwem.

Nikt natomiast nie lubił nauczyciela chemii: mały, niechlujnie ubrany, z grubymi okularami, przez które najwyraźniej niewiele widział, miotał się pod tablicą i miał podstawowe trudności z przekazywaniem wiedzy. Pary bliźniaków, których kilka chodziło do naszej szkoły, przesłuchiwał jednocześnie, ustawiając ich po dwóch stronach tego samego stołu z legitymacjami w rękach. On jeden był pewien, że bliźniacy uczą się za siebie. Pierwszy na naszym osiedlu kupił sobie samochód. Starego, błękitnego Hilmana i każde ruszanie przez niego z miejsca, skupiało licznych kibiców.

Nigdy się nie nauczył posługiwania sprzęgłem. Ruszając, samochód ryczał niemiłosiernie, śmiesznie podskakiwał, a on walił głową o szybę, nie potrafiąc zsynchronizować działania sprzęgła, gazu, dźwigni biegów i jeszcze konieczności utrzymywania pionowej postawy z jednoczesnym obserwowaniem drogi. Do domu dojeżdżał na drugim biegu straszliwie piłując nienajlepszy i nienajmłodszy samochód.

To były takie czasy, że na całej ulicy parkowały może ze trzy samochody i każdy był obiektem tęsknych spojrzeń. Na początku lat sześćdziesiątych pojechał do Afryki na jakiś kontrakt i szybko zginął tam w wypadku samochodowym. Nikt się temu nie dziwił. Był naszym sąsiadem. Stary zdziwaczały kawaler mieszkał z matką i ciotką. Każdy by przy tych babach zwariował. Jego też miałem po swojej stronie. Przysługa sąsiedzka.

Wspaniałym i uwielbianym przez uczniów był Władysław Mancewicz. Uczył nas matematyki. Z zawodu był radiowcem. Był inwalidą wojennym, jedynym członkiem dowództwa Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej (ps. Maciek), który z pogruchotanym kręgosłupem, ale jednak przeżył Powstanie Warszawskie. Poruszał się z trudem, na dwóch kulach i uczył tylko w zastępstwie. Szczęśliwie, na naszą matematyczkę przyszedł taki czas, że co roku rodziła dziecko i mógł ją zastępować Profesor Mancewicz. Uczenie było jego pasją. Po lekcjach, w domu przygotowywał modele przestrzenne do każdego zadania z trygonometrii, które następnego dnia rozwiązywaliśmy na lekcjach. Pomagaliśmy mu w niewielkiej grupie, przy okazji wyżywając się w majsterkowaniu. Modele były ze sklejki, gumek-recepturek i gwintowanych cokolików. Czasami myliśmy mu samochód, inwalidzkiego BMW – Isettę. Niebawem jego koledzy, a nasi nauczyciele złożyli na niego donos, że odpłatnie przygotowuje nas w domu do prowadzonych w szkole lekcji. Wróciła Matematyczka, ale do matury było już tylko kilka miesięcy. Wytrzymaliśmy. Do dzisiaj nauczycielska profesja mało mi się kojarzy ze szlachetnością.

Dwukrotnie wylatywałem ze szkoły za konkretne przewinienia i moi opiekunowie mieli pełne ręce roboty, by powstrzymać reakcje dyrektora szkoły. Raz zrzuciłem ze schodów nauczycielkę polskiego. Uczyła polskiego w klasach sąsiednich, mnie nigdy. Spadłem na nią na schodach, popchnięty przez jakiegoś dowcipnisia. Przerażony, że zrobię jej krzywdę, że ją zabiję lecąc w dół po schodach najpierw sam, potem wraz ze swoją ofiarą, cały czas starałem się tak spadać, by ocalić jej życie.

Udało się, nic jej się nie stało, sam się wówczas okrutnie potłukłem. Zostałem oskarżony o próbę zamachu na życie nauczycielki, z którą nigdy przedtem ani potem nie miałem szczęśliwie nic więcej do czynienia.

Nauczyciele rysunków, przysposobienia wojskowego, biologii, chemii i matematyki zgodnie załagodzili potworną awanturę i zdołali jakoś uciszyć niedoszłą denatkę, domagającą się pomsty za doznaną zniewagę.

Drugim zaś razem awantura była poważniejsza, bo polityczna. W dziesiątej klasie, w roku 1960 na placu wówczas Zwycięstwa, dzisiaj Piłsudskiego odbywał się wiec młodzieży szkolnej całej Warszawy „spontanicznie” popierającej Lumumbę w jego walce z imperializmem. Imperialistom w Kongu przewodził wówczas Kasawubu, który wraz z niedobrym płk Czombe więził w lochu nieszczęsnego Lumumbę. Wręczono nam transparenty, sztandary, proporce i wielkie plakaty, z których wynikało, że popieramy Lumumbę.

To był słoneczny dzień, a tuż za nami albo tuż przed nami, ul Marszałkowską szły w pochodzie na ów plac piękne dziewczyny z żeńskiego liceum imienia Narcyzy Żmichowskiej. No i jak zaczęliśmy się zalecać, popisywać, żartować, krzyczeć, wymieniać transparenty, tak na nasze skandowania „Kasawubu zjeść Lumumbę”, „Kasawubu zjeść Lumumbę” co było zasadniczo sprzeczne z intencjami demonstracji, ruszył na nas tłum tajniaków.

Tramwaje jeździły wówczas z pootwieranymi drzwiami i udało mi się uciec, wskakując do jednego z właśnie przejeżdżających. Nie udało mi się uciec od dochodzenia w szkole. Mimo groźnych pohukiwań dyrektora nie wyleciałem wtedy ze szkoły, czym byłem niebywale zdumiony. Jeszcze przed samą maturą, pobiłem kolegę na oczach grona pedagogicznego (ku zachwytowi nauczyciela przysposobienia wojskowego) i karnie zostałem przeniesiony z klasy A do klasy B, lub odwrotnie. Do dzisiaj nie wiem przez to, czy byłem w mojej klasie, czy akurat równoległej. Pobitego wówczas kolegę spotkałem po latach, był lekarzem w dzielnicowej przychodni pediatrycznej i leczył moją córkę.

Dyrektor szkoły to była postać sama w sobie. Tłusty blondyn o twarzy bez żadnego wyrazu, uczył polskiego, choć mówił wiejską gwarą „-łucznie kunia łoblali”, żalił się na apelu, po tym jak ze szkolnego okna ktoś wylał konewkę wody na konia przywożącego węgiel do szkolnej kotłowni. Uczył przede wszystkim, jak na dyrekcję przystało, nauk politycznych. Był aktywistą Towarzystwa Szkół Świeckich, w ramach demonstrowania swojego świeckiego światopoglądu organizował szkolne bale w… Zaduszki. Tańcowaliśmy do rana. Pilnował czystości ideologicznej uczniów, a podejrzewam, że nauczycieli również. Odchodził na emeryturę wraz z naszą maturą i na zakończenie pracy dopuścił do egzaminu maturalnego w naszym dziennym liceum dwie koleżanki w ciąży. To wówczas, w tamtej rzeczywistości było niedopuszczalne i tym dopiero, po raz pierwszy, zaskarbił sobie nasz szacunek. Po latach w którejś gazecie przeczytałem jego nekrolog. Zasnął w Bogu, opatrzony Świętymi Sakramentami.

Maturę zdałem w 1962 roku z poczuciem, że dali mi świadectwo dojrzałości „a konto” wierząc w mój geniusz artystyczny i w trosce by się on nie zmarnował. Dokonali tego mimo oczywistych braków wiedzy, a także wbrew innym członkom Rady Pedagogicznej nauczyciele: biologii, chemii, rysunków, przysposobienia wojskowego. Pozostali nauczyciele przepuścili mnie przez ostatnie przedmaturalne klasyfikacje nie chcąc psuć życia mojej ówczesnej ukochanej, która była uczennicą najlepszą, zdyscyplinowaną i przez nauczycieli lubianą. Pewno nie bez znaczenia była uroda dziewczyny. Była śliczna!. Grono pedagogiczne wietrzyło w tym związek na całe nasze życie. Miałem też, niedługo potem poczucie, rozstając się z ukochaną i idąc na studia rolnicze, że zawiodłem ich wszystkich.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

16 komentarzy

  1. Angor 23.11.2012
    • elkaem 23.11.2012
  2. Arko 23.11.2012
  3. jotbe_x 24.11.2012
  4. Angor 24.11.2012
  5. elkaem 25.11.2012
    • elkaem 25.11.2012
  6. andrzej Pokonos 26.11.2012
  7. andrzej Pokonos 26.11.2012
  8. Angor 27.11.2012
    • andrzej Pokonos 27.11.2012
      • Tomasz Popielicki 27.11.2012
  9. Angor 28.11.2012
  10. andrzej Pokonos 29.11.2012
    • Angor 30.11.2012
  11. Anna Sianko 29.11.2012