Opowieść czwarta – bohaterska
Po śmierci mojego Ojca w rubryce „zmarli” Tygodnika Powszechnego ukazała się zagadkowa notatka o moim Ojcu: „dnia 11 grudnia 1971 r. zmarł w wieku 64 lat pułkownik AK, pracownik BIP, działacz PPS. Ani dalsza, ani żadna rodzina nic nie wiedziała ani o stopniach wojskowych, ani o konspiracyjnej działalności mojego Ojca. Wówczas, w 1971 roku uznaliśmy tę wiadomość za pomyłkę. Dużo więcej wiedział Władysław Bartoszewski, on też był autorem notatki w Tygodniku Powszechnym. Tyle, że Bartoszewskiego poznałem dziesięć lat później w wigilię Bożego Narodzenia 1981 w obozie internowanych w Jaworzu i dopiero wówczas różne niezrozumiałe przedtem wydarzenia zaczęły się układać w jakąś całość. Wg Bartoszewskiego, trzech funkcjonariuszy BIP AK prowadziło działalność, bardziej informacyjną niż wywiadowczą, wobec ruchów komunistycznych w Polsce. Szefem komórki był Ojciec, drugim jego przyjaciel – Zygmunt Kapitaniak. Pamiętam go, był w latach sześćdziesiątych (chyba) wiceprezesem Sądu Najwyższego, był strasznie wysoki i łagodnie się uśmiechał. Trzecim był późniejszy wojskowy prokurator z Krakowa: Kazimierz Ostrowski – nigdy go nie spotkałem. Władysław Bartoszewski mówił, że u nich terminował. Ojciec występował pod pseudonimem „Czarnecki”. Tym też nazwiskiem były podpisywane raporty o działaniach okupacyjnych ugrupowań komunistycznych do Naczelnego Wodza w Londynie. Ojciec szefował tej komórce, bo miał największe doświadczenie i ogromne kontakty pozostałe po kierowaniu przedwojennymi, młodzieżowymi organizacjami krakowskich socjalistów. Bartoszewski, który o tych wydarzeniach opowiadał mi w obozie internowanych wiosną 1982 roku, podejrzewał, że mój Ojciec miał wówczas kontakty z samym Kliszką.
Pewno że miał!. Pamiętam dobrze Pana Zenona, faceta bez krzty poczucia humoru, którego rodzinę spotykałem rok w rok na lotnisku, przy powitaniach jego i moich rodziców wspólnego przyjaciela, wysokiego urzędnika ONZ, przyjeżdżającego z żoną i córkami rokrocznie na urlop do kraju. Zawsze byli oni witani m.in. przez Kliszków, Arskich, Hasklerów i kogoś z mojej rodziny. Wśród rodzin witających gości były same córki. Ja zawsze byłem od noszenia walizek. Przyjaźń z rodziną Kliszki Ojciec tłumaczył związkami środowiska z jego żoną, wywodziła się z PPS-u, jej związek z komunistą był traktowany jako towarzyski mezalians, ale kontakty nie zostały zerwane. Niewątpliwie starą i ugruntowaną, choć niezrozumiałą, bo Haskler miał niebywałe poczucie humoru, była przyjaźń Kliszki z Hasklerami. Haskler jeszcze przed wojną przyjaźnił się, bo to było to pokolenie, z teściami Kliszki, w czasie wojny znajomość ożywił i skontaktował Kliszkę z moim Ojcem?. Związek Kliszków z Hasklerami to są dzisiaj puzzle już nie do ułożenia. Przedwojenny fabrykant z zatwardziałym komunistą, a związek był na tyle osobisty i głęboki, że swoje mieszkanie w Warszawie, jeszcze w latach siedemdziesiątych, Hasklerowie zapisali w testamencie jednej z córek Kliszki. Gdzie tu był przypadek, gdzie polityka a gdzie wyrachowanie, kto tu grał, jakie i które skrzypce? Ukrywanie się Kliszki na ul Święcickiego, klubowe tam spotkania miały, jak to wynika z przekazów prof. Bartoszewskiego, zasadniczy wpływ na wiedzę naczelnego wodza w Londynie o ugrupowaniach komunistycznych w Polsce tamtych lat. Bartoszewski o Hasklerach nie słyszał. Ale to oni a nie BIP zainicjował spotkania komunisty z żoliborskimi konspiratorami. Wedle mojego wyczucia, zasłyszanych wątków, to Haskler z własnych funduszy utrzymywał konspiracyjne działania na ul Święcickiego. Przynajmniej w części.
BIP musiał być organizacją o bardzo wysokim stopniu wewnętrznej dezintegracji, skoro Bartoszewski tylko przypuszczał a nie wiedział o bezpośrednich kontaktach swojego przełożonego z Kliszką. Szpiegowanie gościa we własnym domu, już jest niezłym pomysłem na scenariusz filmowy. Ale przecież to nie było jedyne źródło informacji BIP o ugrupowaniach komunistycznych. Szpiegowanie przez seks, już w tamtych czasach nie było niczym nowym. Z opowiadań Rodziców o okupacyjnych romansach wiem, z kim w BIP-ie romansowała Wanda Wasilewska, przez kogo (też tą drogą) przepływały informacje od Leona Chajna. To nie było bezpieczne! Stalin nie lubił rywali o względy Wandy Wasilewskiej, był dość radykalny w uczuciach.
Z tamtych czasów pozostał mi w rodzinnych pamiątkach drewniany wózek, w którym, po ulicach Żoliborza, ciągałem misia. Miałem rok, może półtora. Miś w tym wózku opierał się o podwójną ściankę, w której woziłem dokumenty. Przypuszczam, że nie były to wierszyki dla dzieci. Dziś, podpierając się rodzinnymi zdjęciami mógłbym wraz z tym wózkiem zapisać się do organizacji kombatanckiej. Dom na ulicy Święcickiego był centrum antykomunistycznego wywiadu AK, a za prowadzoną tam działalność Kazimierz Moczarski otrzymał od Sądu PRL-u karę śmierci. Sąd PRL, w uzasadnieniu wymierzenia najwyższego wymiaru kary, uzasadniał szpiegowskim charakterem prowadzonej przez Oskarżonego działalności, istnieniem w strukturach BiP komórki zbierającej informacje o działaniach komunistów. Karę śmierci otrzymał i nigdy nie powiedział, że ją dostał za działalność mojego Ojca. To zresztą jest dla mnie niebywałą tajemnicą. Dlaczego Ojciec wówczas nie został gdzieś za granicą? Jeździł po Europie i targował o odszkodowania wojenne, w Polsce był proces Moczarskiego, wiadomo było ze jest torturowany i skąd Ojciec wiedział, że Moczarski go nie sypnie? Wiedział i wracał. Ja nie wyobrażam sobie takiego stopnia pewności i zaufania, ja bym w tej sytuacji nie wrócił. Znajomi Ojca mówili – boś nie znał Moczarskiego! Moczarski z Ojcem nie utrzymywał po wojnie żadnych kontaktów. Dzisiaj „młodzi hunwejbini” wyciągają Moczarskiemu jakieś dokumenty, z których wynika, że współpracował z ubekami. Wariactwo!
Mój kuzyn, znany historyk, działacz SLD, Aleksander Krawczuk mówił mi kiedyś, że dla niego okupacja była nieprzerwanym pasmem nudy. Przekonywał mnie, że pokazywanie wydarzeń wojennych w filmach i telewizji w konwencji przygody było z gruntu fałszywe. Wojna nie była zabawną przygodą, wedle Krawczuka to wojenna nuda zrobiła z niego historyka i znawcę języka łacińskiego. To, co wyprawiali moi rodzice, to była jednak aktywna konspiracja. Ojciec ukrywał swoją działalność przed Matką, ale też jego wiedza o działaniach konspiracyjnych Matki, z tych samych powodów musiała być ograniczona.
Matka była w czasie okupacji kierowniczką przedszkola WSM na Żoliborzu. Przez całe swoje dorosłe życie spotykam, co jakiś czas ludzi, którzy zostali wyciągnięci przez Matkę i jej koleżanki z koszmaru Warszawskiego Getta. W WSM-owskim przedszkolu dostawali papiery, nazwiska, rodzinę. Pierwszym (spotkanym w Genewie w latach osiemdziesiątych) Matki wychowankiem, z którym na ten temat rozmawiałem, był Julian Brysz, potem kolejny jej wychowanek, którego nazwiska nie zapamiętałem, trafiwszy gdzieś na moje nazwisko, telefonował z (chyba) Argentyny, bo chciał wystąpić o „medal dla sprawiedliwych świata”, Matka była wówczas w takim jednak stanie, że przeprowadzenie z Nią tej procedury było już niemożliwe. Z przekazów rodzinnych wiem, że w Krakowie, w domu przy ul Łobzowskiej ukrywała się Pani Jadzia Baumann, Matki podopieczna, również z warszawskiego Getta. Nigdy jej nie poznałem, też była jedną z wnioskodawców przyznania Rodzicom medalu „Sprawiedliwych” Do dzisiaj w moim archiwum jest kartka papieru, na którym Matka napisała, co ze mną trzeba zrobić i gdzie mnie odstawić, gdyby ich nagle zabrakło. Kartkę zawsze miałem przy sobie. Nuda chyba im nie groziła.
Żoliborz to była niesamowita dzielnica. Tędy wyprowadzano z getta dzieci żydowskie i nie tylko dzieci. W przedszkolu, którym kierowała moja Matka, żydowskie dzieci uczyły się polskiego, tu je wyposażano w lewe dokumenty i kierowano dalej, wedle mojej wiedzy, ważnym miejscem postoju dla tych, umęczonych dzieci był Klasztor – Zakład Niewidomych w Laskach. Przełożoną, jeszcze w latach siedemdziesiątych była Siostra Maria, uratowana Żydówka i na dodatek, jak sama ze śmiechem mi powiedziała, była komunistka. Byłem zdumiony ich wzajemnymi dobrymi relacjami. Matka nigdy nie była religijna. Już po śmierci rodziców wyszperałem kilka dokumentów – ausweisów, kenkart z ich zdjęciami na całkiem inne nazwiska. To, co z punktu widzenia Julka Brysza, żydowskiego dziecka, który mi to opowiadał, było przejawem działań „dobrych ludzi” z punkty widzenia socjologa jest czymś niesłychanym. Jest okupacja, terror, nocne przeczesywanie mieszkań, niemieckie patrole rozstrzeliwują na ulicy każdego, kto im się nie podoba a na ul Suzina, wśród żoliborskich, przypadkowych dzieci, znajdują się dzieci z getta, które nie mają rodziców, nie znają polskiego, nie mają się gdzie schronić. Żoliborz był wówczas dość zamkniętą dzielnicą, mieszkańcy się znali i jest mało prawdopodobne, by dzieci z przedszkola, nie opowiadały potem w domach o nowych, dziwnych dzieciach. W nocy te dzieci gdzieś przemieszkiwały, ktoś się nimi zajmował, karmił, ubierał. To było duże przedszkole na 150 – 200 dzieci. Wiem, bo też do niego chodziłem i pamiętam obszerny przeszklony pawilon. Po „moim” przedszkolu, do dziś pozostała tylko wielka morwa, zamykająca ul Próchnika. A jednak żadna informacja nie przeciekła do Niemców a jakieś próby podejmowane zapewne przez szmalcowników musiały być „neutralizowane” przez „chłopców”. Julek Brysz, Krzysztof Pomian, Wiktor Jassem, to były dzieci żydowskie z tego przedszkola, ale chodziły tam przecież, przede wszystkim dzieci nieżydowskie z WSM-owskiego osiedla, dzisiaj znane już osoby: Zbigniew Zapasiewicz, Andrzej Krzysztof Wróblewski, Jarosław Abramow-Newerly. Nikt z nich tych zdarzeń nie wspomina, bo to były działania zwyczajne i naturalne. Nie ma o czym!. W przedszkolu pracował też liczny personel świadomy przecież zagrożenia: Lekarzem przedszkolnym był dr Aleksander Landy, który jak sądzę, był mózgiem działań konspiracyjnych, Pani Maria Arnoldowa prowadziła w przedszkolu bibliotekę (dzisiaj się zastanawiam, po co przedszkolu biblioteka?). Przy Pani Marii, zawsze pracowała, wówczas młodziutka Janka Cygańska. Zajęcia plastyczne z przedszkolakami prowadziła Hanka Rembowska. Przez całą okupację śpiewu i rytmiki uczyły tu znakomite przedszkolanki Maria Wiemann i Maria Zukermann później Cukierówna. Pani Maria Wiemann przez całą okupację ukrywała młodą dziewczynę, Franciszkę Leszczyńską, później znaną kompozytorkę. Przez wiele lat po wojnie w Polskim Radiu codziennie rano była ich audycja „ku ku, ku ku, słuchajcie przedszkolaki”, sygnał napisała Maria Cukierówna. Wychowawczynią w tym przedszkolu była Ida Merżan, nie dość, że pracowała pod własnym nazwiskiem, to silnie żydłaczyła. Żoliborz dawał szanse przeżycia. Moją ulubioną wychowawczynią była Pani Millerowa – nie wiem jak miała na imię. Dr Landy miał jamnika „Kajtka”- jak już, na starość, nie mógł wychodzić z nim na spacery, oddał go Joannie Munk. Joanna Munk była córką Adama Próchnika, szefa okupacyjnego PPS-u. Na naszej klatce schodowej mieszkał chirurg, dr Feliks Kanabus, jego żona była siostrzenicą dr Landego. Wspaniała profesor pediatrii, zawsze gotowa do pomocy. Obydwoje odznaczeni medalem „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” Dr Kanabus sławny był z tego, że odtwarzał Żydom napletki. Chyba tylko w żoliborskich osiedlach można było być sławnym i popularnym w dziedzinie, za której uprawianie groziło w każdej chwili rozstrzelanie. Ryzykowna była to sława, ale do więzienia wsadzili go dopiero w PRL-u (za szpiegostwo, potem został zrehabilitowany). Pośród opowieści okupacyjnych Matki, przewijała się też historia jakiejś wyprawy w zatłoczonym pociągu, w trakcie, której trzeba było przewinąć niemowlę a niemowlę było obrzezane. Nie mam zielonego pojęcia co to było za niemowlę. Matka opowiadała to w konwencji wesołej anegdoty. Mleko dla niemowląt dostarczała Pani generałowa Żeligowska, w ogrodzie swego domu na Czarnieckiego chowała bowiem kozę.
WSM-owski Żoliborz musiał być niesłychanie zintegrowany i wewnętrznie zorganizowany. Konspiracja była tu chyba czymś całkiem naturalnym. „Sprawiedliwymi Wśród Narodów Świata” był Igor Newerly, Prof. Janusz Durko. Codziennie się z nimi mijałem na podwórku. Pamiętam jak w jednej z rozmów, Ojca przyjaciel i konspiracyjny współpracownik, Pan Witold Rogala, również żoliborski „Sprawiedliwy” opowiadał o wejściu w konflikt z dwoma dozorcami, którzy ukrywali przed nim, wówczas administratorem warszawskiego WSM, różne wolne pomieszczenia na strychach, w piwnicach, osiedlowych przybudówkach III i IV kolonii WSM. On sam, odczuwał silny deficyt pomieszczeń, niezbędnych w działaniach konspiracyjnych i wietrzył w tym jakiś szmugiel, czarny rynek. Po wojnie dopiero się dowiedział, że te lokale cały czas były wykorzystywane w konspiracji. Było mu wstyd tego konfliktu. Ukrywano tam ludzi, sprzęt, drukarnie. Wszyscy byli z PPS-u a nie było bezpiecznie wiedzieć za dużo. Jeden z dozorców nazywał się Marchewka i do emerytury zarządzał naszym podwórkiem, drugi Pawłowski, dozorował w sąsiednim. Prości ludzie, bezimienni bohaterowie. Nie znam ich imion.
Konspiracja zostawiała trwałe ślady. Matka zmarła w 2001 roku w zaawansowanej demencji a po jej śmierci, porządkując bibliotekę znalazłem miedzy książkami niezdarnie skleconą skrytkę a w niej lewe, okupacyjne papiery. Jednak się bała! W 2008 roku Rodzice, pośmiertnie otrzymali medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”. Odbierałem go w grudniu, uroczyście, w krakowskim ratuszu, z rąk konsula Izraela w obecności licznej grupy wspaniałych ludzi, ale przede wszystkim w obecności własnych wnuków. Wspaniałe i niezwykłe przeżycie. Poziom emocji dzieci był tak ogromny, że zaraz po uroczystości musiałem je zapakować do samochodu i pojechać jak najdalej…przed siebie. Dzieci do dzisiaj kompletują różne informacje o holokauście. Być może ta uroczystość wpłynie na ich życie.
Z relacji Ojca wiem, że któregoś okupacyjnego dnia do willi na Święcickiego znowu zapukał Szmalcownik. Miał już pewne doświadczenie, bo od Tośka Hasklera w tym domu jakieś pieniądze pewnie wyciągnął a dom prawdopodobnie obserwował. Przez dom, w którym Hasklerów już przecież nie było, przesuwały się tłumy, niewykluczone, że ciągle tych samych, ludzi. Po zgłoszeniu swoich roszczeń finansowych, grupa bojowa odbywa ze szmalcownikiem kolejną „rozmowę prewencyjną” i niewykluczone, że przez resztę okupacji troszczy się On o bezpieczeństwo mieszkańców. Mieszkańcy muszą być dość pewni swojego szmalcownika, bo nie zmieniają obyczajów ani miejsca pracy. Wszyscy uczestnicy tych akcji dalej pracują na ul. Święcickiego, przeżywają okupacje i przez wiele dalszych lat cieszą się niezłym zdrowiem. Wyobrażam sobie przerażenie szmalcownika w czasie “rozmowy” prewencyjnej. Szmalcownikami w BIP-ie zajmował się Moczarski. „Nasz” szmalcownik musiał być pechowcem w swojej branży.
Ojciec przeszedł dziwną drogę od Sodalicji Mariańskiej do PPS-u. Młodość Rodzice przeżyli w Krakowie, do Warszawy się przenieśli rok przed wojną. Matka, choć partyjna, podkreślała swoją apolityczność oznajmiając wszem „my Landyści”, co miało wyrażać uznanie dla dr Aleksandra Landy, pediatry, który patronował w czasie okupacji żoliborskim przedszkolankom. Był pierwszym sitem, w które wpadały wszystkie biedne dzieci, te z Getta szczególnie. Landy był ewangelikiem, absolwentem Uniwersytetu w Petersburgu, więźniem Caratu (opowiadał mi, że pierwszy raz go aresztowali za organizację w 1901 roku, studenckiej demonstracji na pogrzebie Marcelego Nenckiego) i to on prawdopodobnie organizował lewe papiery dla dzieci przechodzących przez wuesemowskie przedszkole na ul. Próchnika. Wiem z relacji przyjaciół Rodziców, że świadectwa chrztu taśmowo produkowała żoliborska parafia na Marymoncie. Niemniej część lewych dokumentów naszej rodziny, które odnalazłem w Matki „skrytce” wydawała gmina w Chrzanowie. Lewe papiery mieli przygotowane wszyscy mieszkańcy ul Święcickiego, także brat Ojca, jego siostra i matka – moja babcia. W Matki dokumentach odnalazłem ausweiss „in blanco” podpisany, podstemplowany, przedłużony na kolejny rok przez urzędnika warszawskiego magistratu Bronisława Chajęckiego. Zarówno Matce jak Chajęckiemu się wydawało najwyraźniej, że w razie wsypy uda Jej się uciec, wpisać w odpowiednie rubryki jakieś dane i przeżyć. Na szczęście wsypy nie było. Nie wiem czy przeżył Chajęcki, bo dla mnie to tylko podpis na dokumencie a ryzykował głową. Ogromna była rola instytucji i osób kościelnych. W opowiadaniach Rodziców przewijał się klasztor w Laskach, żoliborskie parafie. Sami nie uczestniczyli w życiu religijnym.
W 2008 roku, po przyznaniu Rodzicom medalu „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, udzieliłem wywiadu dla Dziennika Zachodniego. Zbiegło się to ze śmiercią Ireny Sendlerowej. W naszym biurze w Żywcu (biuro mieliśmy w Szkole), zwabiona tym wywiadem, zaczęła się pojawiać młodzież licealna chcąca się dowiedzieć czegoś więcej. Słusznie! Młodzież ma przekazany obraz Świętej, która wzięła za rączkę 2500 dzieci i wyprowadziła je przez bramę getta do szczęśliwego i spokojnego świata, gdzie dzieci te w ciągłej wdzięczności dla Pani Ireny nadal egzystują, chwalą dobrodziejkę i budują jej pomnik. 2 500 dzieci trzeba było nakarmić, ubrać, obuć, ostrzyc, umyć, odwszawić, zbadać przez lekarzy, pomóc w traumie po utracie rodziny, nauczyć mówić po polsku, przekazać je gdzieś dalej w bezpieczne miejsce, cały czas ryzykując ich i swoim życiem! – to już niestety wychodziło poza wyobraźnię nastolatków ad 2008. Poza wymiarem humanitarnym, było to nieprawdopodobne wyzwanie logistyczne! W sklepach nie było nic, żywność trzeba było zdobywać, każdy stały klient każdego sklepiku kupujący nagle trzy razy więcej towarów niż zazwyczaj, stawał się podejrzany. A przecież 2500 żydowskich dzieci było, relatywnie małym problemem w całości spraw Państwa Podziemnego. Pracowało, angażując siły i środki: wywiad, grupy bojowe, tajne szkolnictwo wszystkich szczebli, lecznictwo, poligrafia, administracja, prasa, rozgłośnie radiowe, kontakty zagraniczne.
W grudniu 2008 roku w Krakowie, na ceremonii honorowania medalem „Sprawiedliwych..” jedna z uratowanych, opowiadała, że wraz ze swoją matką, była przez większość okupacji ukrywana przez samotną krawcową z maleńkiej miejscowości, na dodatek poniżej w piętrowym domku mieszkali Volksdeutsche. To było bohaterskie chodzenie po linie! W Polsce był nieporównywalny terror i nie mogło być takiej atmosfery jak w Chambon–Sur–Lignon[1], gdzie w 5 tysięcznej wiosce ukrywało się 5 tysięcy Żydów, których nikt nie zadenuncjował. Hipermarketów z anonimowym klientem, wówczas nie było. Samotna kobieta zaopatrująca jeszcze dwie inne osoby musiała zwrócić na siebie uwagę, choćby w wiejskim sklepiku, z którego sprzedawca znał wszystkich a nawet upodobania smakowe swoich klientów. Dzisiaj jacyś wójtowie się chwalą w prasie, że przyjęli jedna rodzinę Czeczeńskich uchodźców – 5 osób. 2 500 dzieci wyprowadzonych z warszawskiego Getta przez organizację Heleny Sendlerowej i utrzymanie akcji w pełnej tajemnicy, przekracza wyobraźnię.
Zaraz po studiach pracowałem w Warszawskim ZOO. Wiele można znaleźć informacji o bohaterskich działaniach Jana Żabińskiego, który podporządkował okupacyjną strukturę tej instytucji dla ukrywających się Żydów, ale niewiele osób wie, że już po wojnie Żabiński tak projektował skały za wybiegami lwów, tygrysów, niedźwiedzi, by było tam jak najwięcej, jak najtrudniej dostępnych miejsc do pracy konspiracyjnej. Liczył się z możliwością wybuchu trzeciej wojny światowej i organizował techniczne zaplecze dla konspiracyjnych działań. Bywało, że konspiracja stawała się sposobem na życie. Od lat staram się przekonać znajomych – pracowników ZOO, że warszawskie ZOO, poza swoimi funkcjami mogłoby pełnić rolę muzeum holokaustu. To jest też sposób na podniesienie frekwencji widzów ZOO. Żabiński w oczekiwaniu na trzecią wojnę światową po tym kątem projektował rozbudowę tej instytucji co było kontynuacją działań prowadzonych w czasie okupacji a za co, jeszcze za życia, otrzymał medal „sprawiedliwych”. Nikomu się nie chce dzisiaj otwierać działu martyrologicznego w warszawskim ogrodzie zoologicznym, niemniej uważam, że dla bardzo wielu osób, studiowanie wybiegów budowanych tuż po wojnie albo jeszcze w czasie wojny jako przykład „architektury konspiracyjnej” byłoby ogromną atrakcją i mogłoby być sposobem na dodatkowe wpływy tej instytucji. Dzisiaj zaczyna się pojawiać groźba rozbiórki tych budynków.
Po wojnie Ojcu powierzono utworzenie Głównej Komisji Arbitrażowej. Było to stanowisko w randze ministerialnej ze służbowym samochodem i kierowcą. Utworzył i kierował arbitrażem aż do śmierci. Po nim naturalną koleją rzeczy umierali zaprzyjaźnieni z nim pracownicy. W kilka lat po Ojcu zmarła Pani Marysia Całka, jego sekretarka i najbliższa mu osoba, o której dopiero z nekrologów się dowiedziałem, że była jedną z trzech legendarnych łączniczek Batalionu „Zośka”, biorących udział w zamachu na Kutscherę. Była też pierwszym zmarłym żołnierzem tego batalionu, której „ludowe” władze odmówiły pochówku w kwaterze „Zośki”. Wówczas w Urzędzie Rady Ministrów był specjalny departament uzgadniający kogo z kim i gdzie można pochować. Pochowano Ją na cmentarzu w Wólce. Wściekłość i rozpacz jej towarzyszy czasów okupacji była widoczna na pogrzebie. Nieźle się musiała narazić „ludowej” władzy! Dopiero z nekrologu też się dowiedziałem, że długoletnim radcą prawnym w Głównej Komisji Arbitrażowej był Mec. Bernard Zakrzewski, szef wydziału bezpieczeństwa i kontrwywiadu w „dwójce” KG AK. Ojca zastępca Pan Kazimierz Bagiński, do 1956 roku oczekiwał w więzieniu wykonania wyroku śmierci za „szpiegostwo”. Ojciec walczył też wielokrotnie o przydział mieszkania dla swojej, innej sekretarki, Pani Rossmanowej, która mieszkanie przydzielić nie mogli bo…była obca klasowo (?). Obcość polegała na tym, że była „katyńską wdową”, na dodatek po fabrykancie. Pracowali z Ojcem do końca. Było tam jeszcze wiele osób, o których nigdy nic się nie dowiedziałem. Nie potrafię połączyć tego z opisywaną historią, choć związki jakieś same się nasuwają. Rodzice byli partyjni, uczestniczyli w życiu PZPR –u, jak ich pytałem -dlaczego? – odpowiadali że po pierwsze do PZPR się nie zapisywali, tylko ich wchłonięto razem z PPS-em na Zjeździe Zjednoczeniowym, a po drugie, usprawiedliwiali się – w Partii muszą przecież być też ludzie uczciwi, porządni, aktywni. Odpowiadałem, ze to jest filozofia rozcieńczania gówna, które przez samo rozcieńczanie nigdy nie zmieni swojego charakteru. Wówczas nie przypuszczałem, że będę się kiedyś zajmował oczyszczalniami ścieków i proces przerabiania ścieków w czystą wodę będzie jednak możliwy do przeprowadzenia. Rodziców to porównanie denerwowało!

No i popatrz Pan, Panie Pioterek, to jest ganc do dupy niepodobne! Ten wspaniały kawałek historii prawdziwej PRL-u i jego mieszkańców, co mi szczególnie bliski, ze względu na najbliższych przyjaciół mojego Ojca ze starego WSM-u, (też ci chyba nigdy nie wspomniałem, że moim Chrzestnym był Michał Kostanecki?)wisi już w SO trzy dni, i żadnego komentarza! A zaczyna się to co prawda mięciutko (przypomniało mi niezapomnianego Jerzego Kasprzyckiego), jednak w miarę kolejnych odcinków napięcie wzrasta do poziomu dobrego kryminału i kończy się mistrzowską pointą.
———————————————————-
Wniosek: Jako że nie jesteśmy tu w jakiejś „niszy”, i publika jest spora, Utwory o długości 28 stron maszynopisu po prostu nie docierają, bo nikomu nie chce się czytać do końca dłuższego tekstu. Bo wskakuje się tu na chwilę, załapać – co nowego? Do następnego twego przyjazdu z… Bieszczad. (Hłehłehłe!)
Czytać się chce. Tekst jest wzruszający i pod jego wpływem człowiek myśli: Chciałoby się, by takie powolne, pełne wewnętrznego ładu życie gościło i dziś. Niestety, „to se ne vrati”. I Żoliborz przecież dziś nie jest dawnym Żoliborzem i nie ze spokojem się kojarzy.
Przyznam szczerze że miałem skomentować zaraz po przeczytaniu ale musiałem ochłonąć. To kawał naszej historii opisany w normalny sposób i z jakimi niespodziankami. Piękna opowieść a przede wszystkim prawdziwi Ludzie i zaiste wielkie bohaterstwo.
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Historia niezwykła, pełna zagadek, splotów zdarzeń i ludzkich postaw i losów; materiał na książkę (albo na scenariusz), kt. trzeba by dopiero chyba napisać. W latach okupacji, jako dziecko, i ja tam mieszkałem, zapamiętałem tylko przejażdżkę rikszą wokół pl. Wilsona.
@elkaem: przyznaj się! też przeczytałeś tylko pierwszy odcinek.
Słowo honoru, że tak! I postąpić podobnie jak @Arko. Tyle, że nie wiem czy mój komentarz mógłby wnieść coś cennego – nie mieszkam w Warszawie. Ale klimat tej opowieści przypomina mi to, co o Żoliborzu pisał Wańkowicz i inni mieszkańcy tego uroczego zakątka. Chciałoby się tak nadal żyć mając świadomość, że dookoła są tacy ludzie.
Takie enklawy, choć na mniejszą skalę powstawały jednak i w innych miastach. W Łodzi było to np. os. im. Mireckiego, czy osiedle przedwojennej spółdzielni mieszkaniowej „Lokator”, niestety, nieukończone z powodu wojny. Tyle, że nie miały one swoich piewców. Dlatego znajomi wychowani na tym osiedlu jako jedyną książkę, w której te klimaty można znaleźć mają „Tajemnicę Zielonej Pieczęci” Hanny Ożogowskiej. Przypominają sobie w którym bloku i klatce mieszkała pisarka, przypominają pierwowzory opisywanych chłopaków, przypominają nawet dozorcę. Ale to mało niestety!
Poznałem Piotra Topińskiego w czasie, gdy zajmował się re-introdukcją bobrów w Kampinisie i innych miejscach w Polsce. To przecierz ulubiony temat lidera SO, Stefana Bratkowskiego – mała retencja. A bic jak bobry nie poprawi stosunków wodnych, na przykład w stepowiejàcej Wielkopolsce.
Ale nigdy nie przypuszczałem, że Piotr miał tak ciekawe życie, on i jego rodzice. No cóż, pokolenie naszych rodziców, którzy przeżyli wojnę, łagry i obozy, powstanie Warszawskie, Tobruk czy Monte Cassino, pełne jest to życiorysów, które mogłaby być kanwa na scenariusze dla powieści i filmów. Dobrze, że Piotr opisał te wspomnienia. Nie tak czytelne dla młodego pokolenia, które nie pamięta sklepów spożywczych z beczkami pełnymi solonych śledzi i Gomułką z Cyrankiewiczem na ścianach, którzy nie rozbrajali amunicji powojennej na podwórkach domowych a czasem i szkolnych…
Bardzo ciekawe wspomnienia.
Prepraszam, zamias „bic jak bobry” powinno być „A nic jak bobry… Tu nic o biciu nie ma, literówka:)
@andrzej Pokonos, nie ma gorszej dla otoczenia rzeczy, jak ciekawy życiorys nieciekawego człowieka. Zanudzi wszystkich dookoła. Natomiast jestem pewien, że jak Pan Pioterek zdecyduje się np. opisać kilka lat swej pracy w warszawskim ZOO, (gdzie pracował zanim poszedł do ZBS w Dziekanowie Leśnym) będzie lektura nie gorsza (lepsza!)niż dowolny Gerry Durrell. (Dostałem kiedyś komplet Durrella w pejperbekach, jak się 30 lat temu uczyłem angielskiego metodą Lee Niucha.)Jak? Bierze się dwieście interesujących książek, np kryminały, porno, sf, literatura faktu i załatwia się stosowną dostawę jedzenia i picia. Po paru miesiącach cudownego relaksu na kanapie ma się wessanych z 10 tys. słów. Słownik i ten tam samouczek leżą pod ręką, pod łóżkiem, używane tylko z rzadka. Wada: żeby móc mówić, trzeba potem zrobić intensywny (miesiąc czasu), a i tak się potem nie wie, jak wymawiać prawidłowo większość z tych 10 tys. (co i tak niepotrzebne).
Moze to i racja, Piotr chciał wszystko przekazać naraz. Ale czas ucieka, i można to potraktować jako materiał źródłowy dla przyszłych badań. Jest tam jednak wiele ciekawie splecionych życiorysów.
Co do nauki języka, szczególnie tak różniącego się w mowie od pisma dla Polaków jak angielski, myślę, że warto zacząć od nauki fonetyki, a potem dopiero czytać, czytać, czytać.
Yes. Bo język to mowa, a pismo to zapis.
@a.pokonos: wszystko prawda. Ale ja, mając opanowane od dziecka (niemal) dwa języki wrogich sąsiadów, olewałem angielski, póki Przyjaciel nie przywiózł z Londynu pół tony książek. Jak przeleciałem komplet paryskiej Kultury, wściekłem się, że nie mogę czytać dalej, bo po angielsku. To było na początku 70-tych (we wpisie machnąłem się o ca 10 lat). Wtedy właśnie wypróbowałem metodę Lee Newha, z wiadomymi skutkami. Potem pojechałem do Indii i przekonałem się, że tam mają zupełnie osobną fonetykę. A tej angielskiej nadal się nie uczyłem, bo nie wiedziałem gdzie i od kogo. Potem zrobiłem TOEFL-a, dalej jako fonetyczny neptek (w Bagdadzie). I tak się to wlecze. To gdzie i od kogo? Bo jak mi amerykańce robią komplementy na temat „british accent”, czuję się nieswojo, jako że na „intensywnym” moim nauczycielem był barman z Las Vegas.
znam ludzi ktorzy uczyli sie z niezlym skutkiem ogladajac reklamy w Stanach. To tez stale powtarzane fragmenty tych samych tekstow, do znudzenia. Tez pomocne dla nauki. Podobnie ogladanie filmow, sitkomow, szczegolnie te ostatnie choc ich nienawidze, dla nauki biezacego jezyka sa bardzo dobre. Gorzej z ogladaniem! W sumie jest wiele sposobow i nie kazdy nadaje sie dla wszystkich. Jedni maja sluch do jezykow, inni pamiec do slow, itp. Dlatego najlepiej dac dzieciakom okazje do nauki jak najwiekszej liczby jezykow. To potem procentuje.
@a.Pokonos, dzięki! Zastanawiam się, nie od dziś, czy napisy ekranowe nie były znacznie lepsze, z punktu widzenia nauki języków, i w ogóle, niż ten stosowany w Polsce (i chyba tylko w Polsce)pseudo-dubbing, z lektorem i przytłumioną, oryginalną ścieżką dźwiękową. Bo np. Moja nauczyła się – jako dziecko – w czasie drugiej światowej bardzo dobrze po niemiecku, oglądając niemieckie filmy, „tylko świnie siedzą w kinie” – ona siedziała w każdej wolnej chwili. I ma lepszą wymowę od mojej. I oczywiście piosenki (pod warunkiem, że mamy do dyspozycji tekst). To się wbija i zostaje na zawsze. Tak samo, jak te reklamy (słuchałem ich w czasie studiów, z Weimaru, w pracowni kolegi, który odbierał z nadajnika Ochsenkopf zachodnią telewizję.)I słuch mam niby nie najgorszy, ale jak słucham dziennika (czytanego potwornie szybko) w AFN (American Forces…) rozumiem połowę słów. Practice, praktice, practice!
PRYWATNIE DO PIOTRA TOPIŃSKIEGO
Panie Piotrze, ciesze się, ze Pana odnalazłam, spotykaliśmy sie swojego czasu, teraz juz bardzo dawno temu u Pani Marii Arnoldowej.
W związku z Nią sprostowanie. Pani Maria prowadziła az do wybuchu powstania bibliotekę dla dzieci i mlodzieży nie w przedszkolu a w budynku społecznym na podwórzu pierwszej kolonii. (pietro nizej była biblioteka dla dorosłych) Była to to odzdzielna placówka prowadząca róznorodna działalność i była to prawdziwa enklawa spokoju, odpoczynku i porządku. Spędzałam tam wiele czasu. Oprócz pani Janki Cyganskiej i Hanki Rembowskiej przacowala tam tez Jadwiga Lubowiedzka.
Pamiętam doskonale panską matkę, Panią Zofię. Jej pogrzeb mam w pamięci jako ostatnie spotkanie ludzi starego WSMu
Pozdrawiam Pana serdecznie
Anna Sianko