Opowieść szósta – właściwa
W końcu 1971 roku, kilka tygodni przed śmiercią Ojcu zebrało się na wspomnienia, wyznał, że szmalcownik i mój nauczyciel rysunków to ta sama osoba!. Po rozmowach z prof. Bartoszewskim i ułożeniu sobie całej tej układanki, już wiem, że nie mogłem nie zdać tej matury. Do tego nie mógł dopuścić mój nauczyciel rysunków. Reszta opowieści, którą można by zawrzeć w ewentualnym scenariuszu filmowym, to opowieść o strachu mojego nauczyciela, który po piętnastu latach od okupacji na jednej z ławek ujrzał upiora swojej przeszłości. Na dodatek ja się z tym nauczycielem przez wszystkie lata szkoły przyjaźnię i jestem jego faworytem. On przez cztery lata śmiertelnie się boi, że jeżeli mi się w szkole coś nie powiedzie, to wszystko się wyda. Boi się mojego Ojca, boi się procesu i na dodatek musi się opiekować uczniem, którego stać na najgorsze. A przecież nie znamy całej jego listy grzechów. Co prawda, dzisiaj nie mam zielonego pojęcia, czym jeszcze nasz szmalcownik mógł się narazić żoliborskim konspiratorom, ale piwnica – warsztat stolarski, w której kleił stołki, mieścił się na rogu ul Suzina i Próchnika, na IV kolonii WSM. Dzisiaj ani schodków ani wejścia do tego warsztatu już nie ma, ale Matki przedszkole było 100 m dalej, za kotłownią, po lewej stronie. To może też wyjaśnić dlaczego przez cale cztery lata mojego ogólniaka, Ojciec ani razu, mimo burczenia moich wychowawców, nie dał się skłonić do wizyty w szkole.
Lata 1958 – 1962, to historia mojej edukacji w szkole średniej i dzieje nauczyciela pogrążającego się w alkoholizmie, poruszającego się po szkole z coraz większym trudem i coraz bardziej zaczerwienioną twarzą. To cztery lata organizowania przez niego przedziwnych sojuszy dla opieki nad jednym uczniem, dość zresztą z siebie zadowolonego. Nauczyciel zapił się na śmierć w kilka lat po mojej maturze. Jedna z osób, której tę historię opowiadałem zapytała ” a dlaczego Ojciec szmalcownika nie wydał”. Nie wydał, bo sam się bał i nigdy się nie ujawnił, Moczarski wówczas dopiero wyszedł z więzienia, Kliszko obejmował władzę w PZPR-ze. Wcale się nie zrobiło bezpieczniej. Mógł się bać!. Spotkanie ze szmalcownikiem i dla niego niosło ze sobą zagrożenie dekonspiracji. Ojciec nigdy się nie przyznał do żadnej wojskowej działalności, zawsze podkreślał, że nigdy jeszcze żaden Topiński w wojsku nie służył. Wojska unikał mój dziad, ojciec ten fakt ukrywał, stryj wojska uniknął w powojennej zawierusze, ja wysymulowałem ciężkie kalectwo, to samo udało się najmłodszemu bratu. Średni brat odsłużył studenckie wojsko, co było przyczyną kpin całej rodziny. Film, powieść, nowelę, czy też sztukę teatralną, którą z tej historii dobrze by było upichcić, byłaby opowieścią o wzajemnym strachu trzech facetów: żołnierza, który udawał pacyfistę, szmalcownika, który udawał bohatera, i trzeciego, partyjnego bonzę. Pierwszy i drugi, z tego samego strachu, żył krótko. Ujawnienie tej historii było śmiertelnym niebezpieczeństwem przede wszystkim dla partyjnego bonzy. Kliszko w towarzyskiej rozmowie powiedział kiedyś mojej Mamie – Jasiek powinien siedzieć, ale ja się do tego nie przyczynię”. Dzisiaj już wiem, że nie mógł.
Nie wiem ile w tym przypadku, ale taki mniej więcej film, oparty na podobnym motywie usiłował już nakręcić Andrzej Munk. Munk zginął w trakcie montażu „Pasażerki” w 1960 roku, sfilmowanej wedle scenariusza Stawińskiego. W filmie, na wycieczce w wiele lat po wojnie spotykają się dwie kobiety; więźniarka i oprawczyni z obozu koncentracyjnego. Wspaniały film! Zmontowali i przygotowali go do dojrzałości handlowej Żona Munka – Joanna i przyjaciele. Przypadek polega na tym, że Andrzej Munk prawdopodobnie wiedział o tajemnicach domu na Święcickiego. Mógł wiedzieć, bo jego żona Joanna była córką Próchnika, szefa wojennego PPS-u, którego syna, z powodów konspiracyjnych, moi Rodzice adaptowali w czasie wojny. Wiem, że na Święcickiego często bywał. Ojciec stale się bronił przed wyrazami wdzięczności Joanny, siostry Szarka, ustawiając ten fakt w kategoriach przyjacielskiej przysługi. Próchnik zmarł nagle, naturalna śmiercią w 1944 r. i Szarek musiał być przez kogoś adoptowany, jak utrzymywał Ojciec, bo sieroty Niemcy posyłali na roboty. Szesnastoletni Szarek Próchnik, którego znam tylko ze zdjęć, zginął w partyzantce, gdzieś w Puszczy Kampinoskiej pod sam koniec wojny. Też mieszkał w domu na ulicy Święcickiego. To była grupa socjalistów, silnie ze sobą związanych i powiązanych rodzinnie. Józef Cyrankiewicz był szwagrem Andrzeja Munka. Jeszcze przed wojną najstarsza siostra Munka była stałą partnerką późniejszego premiera, już po wojnie, na emigracji w Edynburgu ożenił się z nią brat Cyrankiewicza. W latach sześćdziesiątych został on zamordowany (wedle przekonania tamtejszej Polonii przez bezpiekę). Cyrankiewicz, jak to wynika z przekazów jego przedwojennych przyjaciół, (co było wypowiadane szeptem, bo oficjalna wersja była zgoła inna), trafił do Oświęcimia nieprzyzwoicie wystrojony, ponieważ Niemcy zgarnęli go z krakowskiego burdelu, który właśnie opróżniali dla swoich żołnierzy. Stąd prawdopodobnie w “Zezowatym Szczęściu”, kolejnym, wielkim filmie Munka, wziął się motyw wyjściowego munduru Piszczyka. Munk był znakomitym facetem, bardzo krytycznie nastawionym do socjalizmu i swojego szwagra. Pamiętam jak w końcu lat pięćdziesiątych spacerowaliśmy po Starym Mieście, wchodziliśmy w podwórka, gdzie w strasznych warunkach, w gruzach mieszkali ludzie. Propaganda pokazywała wówczas wypolerowane fasady Starówki. Po wielu latach pracowałem w takiej staromiejskiej, na pokaz odbudowanej kamienicy. Mur „na jedną” cegłę na fasadzie, mur z jednej cegły na wewnętrznej ścianie i do wnętrza bezładnie wsypany gruz, cegły, kawałki szyn. W swoim „spacerku staromiejskim” Munk odważył się pokazać staromiejskie slumsy. Tak w istocie, to był pierwszy w PRL-u, film opozycyjny, który przybrany historyjką utalentowanej dziewczynki, pokazywał to, czego cenzura wówczas nie puszczała. Z jego jamnikiem Kajtkiem,(przejętym od dr Landego) chadzałem tam na spacery. Do dzisiaj uważam, że to Munk zrobił ze mnie opozycjonistę.
Głośną osobą, mającą powiązania z domem na Święcickiego był Jerzy Kosiński. Jego ojciec był księgarzem i wedle opowieści mojej matki przez jakąś część okupacji ukrywał się na placu Wilsona w księgarni „Światowid”, której szefowała wówczas Pani Stefa Jędrzejewska. Warszawska Spółdzielnia Księgarska („z odpowiedzialnością udziałami”) była organizacją stworzoną przez żoliborskie, lewicowe środowisko i dobrze się rozwijała nawet w czasie okupacji. Jak wynika ze znalezionych legitymacji, Rodzice wstąpili do spółdzielni w sierpniu 1942 roku. Jedynym, okupacyjnym dokumentem Ojca na jego prawdziwe nazwisko była legitymacja pracownicza tej właśnie spółdzielni, tyle, że tam akurat Ojciec nigdy nie pracował. Dokumenty Spółdzielni były podpisywane przez Pana Witka Rogalę i Panią Stefę Jędrzejewską. Wedle opowieści moich rodziców, w księgarni na placu, między regałami został zbudowany pokoik, gdzie pracował i ukrywał się w czasie okupacji ojciec Jerzego Kosińskiego wraz z nim samym. Młody Kosiński o bardzo semickim wyglądzie, wieczorami wychodził z tej kryjówki by bawić się z moim stryjem i Szarkiem Próchnikiem. Bawić się musiał na Święcickiego i często tam przemieszkiwał. Żydowskich akcentów domu na Święcickiego było więcej, bo poza Hasklerami i Kosińskim, ukrywał się tu także Edmount Sułkowski, który wiele lat później wystąpił o udekorowanie moich Rodziców medalem „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.
O konspiracyjnej historii domu na Święcickiego dowiedziałem się dopiero na skutek wrzawy w końcu lat siedemdziesiątych, jaka powstała po opublikowaniu przez Jerzego Kosińskiego „malowanego ptaka”, określanego przez naszą propagandę jako „zwierzęco wrogiej, antypolskiej książki”. Negatywnych artykułów o Kosińskim było wówczas pełno i służył on za przykład niewdzięcznego Żyda. Na imieninach Rodziców, ogłupieli już wówczas starzy, żoliborscy socjaliści, z których żaden nigdy tej książki nie przeczytał, (bo nie mógł, bo jej nie było, bo póki PRL-u, cenzura nigdy by do tego nie dopuściła) kiwali smutnie głowami nad Kosińskiego niewdzięcznością. Ta książka bardzo mi się, z resztą, nie podobała! Przynajmniej jednak coś zaczęli mówić! To też tłumaczy, dlaczego Kosiński, który poszukiwał w Polsce ukrywających go niegdyś ludzi, nigdy ich nie odnalazł. Oni obrażeni, nie chcieli mu podać ręki. Matka i mój Stryj byli przekonani, że w Kosińskim ze zdjęć rozpoznają swojego podopiecznego. Jeden z Ojca przyjaciół jeszcze w końcu lat osiemdziesiątych opowiadał mi z ulgą, że nie o tego Kosińskiego chodzi. Tak, jakby miało znaczenie, kogo, kiedy i z jakimi poglądami ratowano przed holokaustem. Ala Derkowska (MTO Nowy Sącz), zaprzyjaźniona z rodzina Kosińskich, twierdzi jednak, że wszytko pasuje i to jednak był „ten” Jerzy Kosiński.
Może dobrym pomysłem na budowanie scenariusza z tej historii byłoby wyjście od końca, od pomysłu powołania Głównej Komisji Arbitrażowej, co z rynkowego punktu widzenia było pomysłem idiotycznym, ale co Ojciec, wedle procedury już istniejącej w ZSRR, budował od 1949 roku. Uchodził za człowieka myślącego, należał do „liberalnej frakcji PPS-u, był ekonomistą, prawnikiem, autorem podręczników akademickich. Jaki miał interes w organizowaniu rządowej agencji do ręcznego sterowania gospodarką? Ukrywanie akowskich oficerów kontrwywiadu?. Może był szantażowany i robił to ze strachu?, kogo się bał i z której strony? Cyrankiewicz ściągnął go do pełnienia tej funkcji z Chrzanowa, gdzie bezpośrednio po wojnie otwierał sobie własną, prywatną, kancelarię adwokacką. Pamiętam z dzieciństwa, ze spacerów po krakowskim rynku, że ludzie mu się kłaniali, zaczepiali i tytułowali Panem Mecenasem. Bardzo mnie to wówczas śmieszyło. Świadczyło jednak, że kancelaria cieszyła się powodzeniem i renomą i nie względy finansowe przerwały tę działalność. Do końca życia nie ufał adwokatom i nie znam tego powodów.
epilog
Ten tekst co jakiś czas daję różnym osobom do czytania. Młodzież go nie rozumie i nie jestem pewien, czy to źle? Nic im nie mówi nazwisko Kliszki, nic Kutschery, niemal nic Cyrankiewicza, a po przeczytaniu pytają się, “kto to jest szmalcownik?” – może to dobrze wróży integracji europejskiej. Z drugiej zaś strony, w 2008 roku o przyznaniu medalu moim rodzicom dowiedział się mój kolega, Niemiec z Kolonii, mój rówieśnik, facet po studiach, wykształcony, ożeniony z Polką, wielokrotnie odwiedzający Polskę w ostatnich 15 latach – pogratulował, uśmiechnął się nieśmiało i zakomunikował, że w Holandii (gdzie się urodził i gdzie jego Ojciec służył w wojskach okupacyjnych), – to był taki terror, że za ukrywanie Żydów można było, bez sądu pójść do więzienia (sic). Właściwie nie wiadomo jak zareagować na takie rewelacje.
Jedną z bardziej pokrzepiających historii, jakie mi opowiadali uratowani, była historia lwowskiego Żyda, Ehrenpreisa – Kamińskiego, który ukrywał się w Krakowie. Stał on w długiej, głodnych jak On sam, kolejce po chleb, oczekując otwarcia jakieś organizacji charytatywnej. Było tam wielu ukrywających się Żydów. Była zima, zajechał niemiecki patrol, wszystkim mężczyznom kazano ściągnąć spodnie. Sprawdzono i …patrol odjechał. Zdumienie nie opuściło Kamińskiego do końca życia. Przyczyn poszukiwał w przerażeniu, zimnie, marnej kondycji tych biedaków. Dzisiaj chciałoby się szukać wyjaśnienia tego wydarzenia w grupie niemieckich żołnierzy, którym niekoniecznie mogła się podobać izolacja w „uebermaenchen”. Inne też mogli mieć pojęcie człowieczeństwa. Odegrali teatr przed swoim dowódcą, bardzo, bardzo wiele ryzykując.
Piotr Topiński


No i popatrz Pan, Panie Pioterek, to jest ganc do dupy niepodobne! Ten wspaniały kawałek historii prawdziwej PRL-u i jego mieszkańców, co mi szczególnie bliski, ze względu na najbliższych przyjaciół mojego Ojca ze starego WSM-u, (też ci chyba nigdy nie wspomniałem, że moim Chrzestnym był Michał Kostanecki?)wisi już w SO trzy dni, i żadnego komentarza! A zaczyna się to co prawda mięciutko (przypomniało mi niezapomnianego Jerzego Kasprzyckiego), jednak w miarę kolejnych odcinków napięcie wzrasta do poziomu dobrego kryminału i kończy się mistrzowską pointą.
———————————————————-
Wniosek: Jako że nie jesteśmy tu w jakiejś „niszy”, i publika jest spora, Utwory o długości 28 stron maszynopisu po prostu nie docierają, bo nikomu nie chce się czytać do końca dłuższego tekstu. Bo wskakuje się tu na chwilę, załapać – co nowego? Do następnego twego przyjazdu z… Bieszczad. (Hłehłehłe!)
Czytać się chce. Tekst jest wzruszający i pod jego wpływem człowiek myśli: Chciałoby się, by takie powolne, pełne wewnętrznego ładu życie gościło i dziś. Niestety, „to se ne vrati”. I Żoliborz przecież dziś nie jest dawnym Żoliborzem i nie ze spokojem się kojarzy.
Przyznam szczerze że miałem skomentować zaraz po przeczytaniu ale musiałem ochłonąć. To kawał naszej historii opisany w normalny sposób i z jakimi niespodziankami. Piękna opowieść a przede wszystkim prawdziwi Ludzie i zaiste wielkie bohaterstwo.
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Historia niezwykła, pełna zagadek, splotów zdarzeń i ludzkich postaw i losów; materiał na książkę (albo na scenariusz), kt. trzeba by dopiero chyba napisać. W latach okupacji, jako dziecko, i ja tam mieszkałem, zapamiętałem tylko przejażdżkę rikszą wokół pl. Wilsona.
@elkaem: przyznaj się! też przeczytałeś tylko pierwszy odcinek.
Słowo honoru, że tak! I postąpić podobnie jak @Arko. Tyle, że nie wiem czy mój komentarz mógłby wnieść coś cennego – nie mieszkam w Warszawie. Ale klimat tej opowieści przypomina mi to, co o Żoliborzu pisał Wańkowicz i inni mieszkańcy tego uroczego zakątka. Chciałoby się tak nadal żyć mając świadomość, że dookoła są tacy ludzie.
Takie enklawy, choć na mniejszą skalę powstawały jednak i w innych miastach. W Łodzi było to np. os. im. Mireckiego, czy osiedle przedwojennej spółdzielni mieszkaniowej „Lokator”, niestety, nieukończone z powodu wojny. Tyle, że nie miały one swoich piewców. Dlatego znajomi wychowani na tym osiedlu jako jedyną książkę, w której te klimaty można znaleźć mają „Tajemnicę Zielonej Pieczęci” Hanny Ożogowskiej. Przypominają sobie w którym bloku i klatce mieszkała pisarka, przypominają pierwowzory opisywanych chłopaków, przypominają nawet dozorcę. Ale to mało niestety!
Poznałem Piotra Topińskiego w czasie, gdy zajmował się re-introdukcją bobrów w Kampinisie i innych miejscach w Polsce. To przecierz ulubiony temat lidera SO, Stefana Bratkowskiego – mała retencja. A bic jak bobry nie poprawi stosunków wodnych, na przykład w stepowiejàcej Wielkopolsce.
Ale nigdy nie przypuszczałem, że Piotr miał tak ciekawe życie, on i jego rodzice. No cóż, pokolenie naszych rodziców, którzy przeżyli wojnę, łagry i obozy, powstanie Warszawskie, Tobruk czy Monte Cassino, pełne jest to życiorysów, które mogłaby być kanwa na scenariusze dla powieści i filmów. Dobrze, że Piotr opisał te wspomnienia. Nie tak czytelne dla młodego pokolenia, które nie pamięta sklepów spożywczych z beczkami pełnymi solonych śledzi i Gomułką z Cyrankiewiczem na ścianach, którzy nie rozbrajali amunicji powojennej na podwórkach domowych a czasem i szkolnych…
Bardzo ciekawe wspomnienia.
Prepraszam, zamias „bic jak bobry” powinno być „A nic jak bobry… Tu nic o biciu nie ma, literówka:)
@andrzej Pokonos, nie ma gorszej dla otoczenia rzeczy, jak ciekawy życiorys nieciekawego człowieka. Zanudzi wszystkich dookoła. Natomiast jestem pewien, że jak Pan Pioterek zdecyduje się np. opisać kilka lat swej pracy w warszawskim ZOO, (gdzie pracował zanim poszedł do ZBS w Dziekanowie Leśnym) będzie lektura nie gorsza (lepsza!)niż dowolny Gerry Durrell. (Dostałem kiedyś komplet Durrella w pejperbekach, jak się 30 lat temu uczyłem angielskiego metodą Lee Niucha.)Jak? Bierze się dwieście interesujących książek, np kryminały, porno, sf, literatura faktu i załatwia się stosowną dostawę jedzenia i picia. Po paru miesiącach cudownego relaksu na kanapie ma się wessanych z 10 tys. słów. Słownik i ten tam samouczek leżą pod ręką, pod łóżkiem, używane tylko z rzadka. Wada: żeby móc mówić, trzeba potem zrobić intensywny (miesiąc czasu), a i tak się potem nie wie, jak wymawiać prawidłowo większość z tych 10 tys. (co i tak niepotrzebne).
Moze to i racja, Piotr chciał wszystko przekazać naraz. Ale czas ucieka, i można to potraktować jako materiał źródłowy dla przyszłych badań. Jest tam jednak wiele ciekawie splecionych życiorysów.
Co do nauki języka, szczególnie tak różniącego się w mowie od pisma dla Polaków jak angielski, myślę, że warto zacząć od nauki fonetyki, a potem dopiero czytać, czytać, czytać.
Yes. Bo język to mowa, a pismo to zapis.
@a.pokonos: wszystko prawda. Ale ja, mając opanowane od dziecka (niemal) dwa języki wrogich sąsiadów, olewałem angielski, póki Przyjaciel nie przywiózł z Londynu pół tony książek. Jak przeleciałem komplet paryskiej Kultury, wściekłem się, że nie mogę czytać dalej, bo po angielsku. To było na początku 70-tych (we wpisie machnąłem się o ca 10 lat). Wtedy właśnie wypróbowałem metodę Lee Newha, z wiadomymi skutkami. Potem pojechałem do Indii i przekonałem się, że tam mają zupełnie osobną fonetykę. A tej angielskiej nadal się nie uczyłem, bo nie wiedziałem gdzie i od kogo. Potem zrobiłem TOEFL-a, dalej jako fonetyczny neptek (w Bagdadzie). I tak się to wlecze. To gdzie i od kogo? Bo jak mi amerykańce robią komplementy na temat „british accent”, czuję się nieswojo, jako że na „intensywnym” moim nauczycielem był barman z Las Vegas.
znam ludzi ktorzy uczyli sie z niezlym skutkiem ogladajac reklamy w Stanach. To tez stale powtarzane fragmenty tych samych tekstow, do znudzenia. Tez pomocne dla nauki. Podobnie ogladanie filmow, sitkomow, szczegolnie te ostatnie choc ich nienawidze, dla nauki biezacego jezyka sa bardzo dobre. Gorzej z ogladaniem! W sumie jest wiele sposobow i nie kazdy nadaje sie dla wszystkich. Jedni maja sluch do jezykow, inni pamiec do slow, itp. Dlatego najlepiej dac dzieciakom okazje do nauki jak najwiekszej liczby jezykow. To potem procentuje.
@a.Pokonos, dzięki! Zastanawiam się, nie od dziś, czy napisy ekranowe nie były znacznie lepsze, z punktu widzenia nauki języków, i w ogóle, niż ten stosowany w Polsce (i chyba tylko w Polsce)pseudo-dubbing, z lektorem i przytłumioną, oryginalną ścieżką dźwiękową. Bo np. Moja nauczyła się – jako dziecko – w czasie drugiej światowej bardzo dobrze po niemiecku, oglądając niemieckie filmy, „tylko świnie siedzą w kinie” – ona siedziała w każdej wolnej chwili. I ma lepszą wymowę od mojej. I oczywiście piosenki (pod warunkiem, że mamy do dyspozycji tekst). To się wbija i zostaje na zawsze. Tak samo, jak te reklamy (słuchałem ich w czasie studiów, z Weimaru, w pracowni kolegi, który odbierał z nadajnika Ochsenkopf zachodnią telewizję.)I słuch mam niby nie najgorszy, ale jak słucham dziennika (czytanego potwornie szybko) w AFN (American Forces…) rozumiem połowę słów. Practice, praktice, practice!
PRYWATNIE DO PIOTRA TOPIŃSKIEGO
Panie Piotrze, ciesze się, ze Pana odnalazłam, spotykaliśmy sie swojego czasu, teraz juz bardzo dawno temu u Pani Marii Arnoldowej.
W związku z Nią sprostowanie. Pani Maria prowadziła az do wybuchu powstania bibliotekę dla dzieci i mlodzieży nie w przedszkolu a w budynku społecznym na podwórzu pierwszej kolonii. (pietro nizej była biblioteka dla dorosłych) Była to to odzdzielna placówka prowadząca róznorodna działalność i była to prawdziwa enklawa spokoju, odpoczynku i porządku. Spędzałam tam wiele czasu. Oprócz pani Janki Cyganskiej i Hanki Rembowskiej przacowala tam tez Jadwiga Lubowiedzka.
Pamiętam doskonale panską matkę, Panią Zofię. Jej pogrzeb mam w pamięci jako ostatnie spotkanie ludzi starego WSMu
Pozdrawiam Pana serdecznie
Anna Sianko