Opowieść piąta – polityczna
W styczniu 2009 ukazała się książka Anny Machcewicz „Kazimierz Moczarski – biografia”, dużo tam szczegółów pokazujących polityczna stronę kolejnych części tego tekstu. Jest on bowiem zbitką skojarzeń moich rozważań z tekstem tej książki. Być może, moja wersja wydarzeń jest wynikiem własnej „teorii spiskowej”, ale zacząć można by od zdziwienia autorki, że Moczarskiego omijały kolejne amnestie, wycofywano kolejne zmniejszanie wyroków, odwlekano zwolnienia z więzienia, mimo, tak naprawdę braku przeciw niemu, twardych dowodów. Nie pomagały interwencje u posłów, polityków, osób znanych. Katorga Moczarskiego najwyraźniej była efektem politycznych gier władzy, która nim akurat, rozgrywała swoje partie. Skojarzenie mam jedno – Zenon Kliszko. Ukrywał się tam, gdzie zbierano informacje o jego ugrupowaniach i te informacje były wykorzystywane z podaniem źródła tych informacji. Archiwum Naczelnego Wodza w Londynie jest zapewne pełne skutków wspólnego zamieszkiwania Kliszki i moich Rodziców w domu na ul. Święcickiego. Bez względu na ewentualne losy Pana Zenona, którego też w międzyczasie aresztowano i więziono, wrzawa wokół tej sprawy byłaby kompromitacją dla komunistów i wyrokiem dla Kliszki. Skoro Władysław Bartoszewski nie wiedział o Ojca źródle informacji, być może nie wiedział także Moczarski. A przecież nie tylko Kliszko, wielu prominentnych działaczy komunistycznych się ukrywało. Nic o tym nie wiemy. Moczarski wiedział dużo. Oni wiedzieli, że on wie!
Po przeczytaniu biografii Kazimierza Moczarskiego, nie mam jednak wątpliwości, że o działaniach na ul Święcickiego, Kliszko się w końcu dowiedział. BIP był silnie inwigilowany przez wywiad komunistyczny, zarówno polski, jak rosyjski. Wśród osób z bezpośredniego otoczenia, których Moczarski uważał za swoich przyjaciół był komunistyczny agent. NKWD powsadzało do BIP-u swoich szpiegów i nawet działania ograniczone tylko do zbierania o nich informacji, musiały budzić wśród komunistów duże zaniepokojenie. Na dodatek wszystko się działo na Żoliborzu a była to dość izolowana dzielnica, oddzielona od Warszawy Cytadelą i torami kolejowymi łączącymi lewą i prawą stronę Wisły. Nie było łatwe, skuteczne ukrywanie własnych nazwisk i posługiwanie się pseudonimami w zamkniętym towarzystwie, gdzie wszyscy wszystko o sobie od lat wiedzieli. Z osób wymienianych przez autorkę „biografii” pamiętam dobrze Pana Romana Szymanko, Juliana Hochfelda, Witolda Kulę i jego żonę Ninę Assorodobraj, Annę Golde, Państwa Ossowskich, Tadeusza Kochanowicza, Adama Dobrowolskiego. Ci ludzie o różnych przekonaniach, z różnych ugrupowań politycznych, mijali się od lat na ulicy, znali się ze studiów. Jak mogli zapomnieć o prawdziwych nazwiskach? Poza tym w BIP-ie pracowali ich przyjaciele z dawnych lat, znający prawdziwe nazwiska współpracowników. Dekonspiracja nie była trudna. Większość mieszkała na Żoliborzu. Wszystkim co się tu działo, interesowały się wywiady komunistów, narodowców, Niemców. Również szmalcownicy węszyli i również czasem coś wywęszyli.
Anna Machcewicz pisze, że „ w śledztwie prowadzonym przeciw Moczarskiemu w 1945 roku (Kliszko był wówczas u władzy) temat jego zaangażowania w walkę z Niemcami, był marginalny, bezpieka nie interesowała się jego pracą w KWP (Kierownictwo Walki Podziemnej)”. Po popaździernikowej amnestii z 1956 roku (Kliszko znowu był u władzy) Moczarski z „nieznanych powodów” miesiącami oczekiwał uwolnienia i aż do śmierci w 1975 roku, był obiektem zainteresowania ubecji. Mogłoby być tak, że Kliszce się wydawało, że póki siedzi Moczarski, cała jego grupa będzie siedziała cicho. Jak twierdzi, cytowany przez Annę Machcewicz (str. 71), autor historycznych opracowań nt. BIP, prawdziwym wrogiem struktur BIP-u, była, silnie zakonspirowana, moskiewska agentura w szeregach delegatury i AK. Wydaje się, że nie należy ich lekceważyć i udawać, że jeśli nie powiedzieli, że wiedzą, to nie wiedzą. Polityczne rozgrywki wewnątrz „ludowej” władzy miały decydujące znaczenie. Ojca prawdopodobnie zamknąć nie chcieli i nie mogli, bo w przypadku powodzenia śledztwa, Kliszko zostałby zlikwidowany. Póki Kliszko był sekretarzem KC PZPR, póty ubecja pilnowała Moczarskiego i być może powodem była „zażyłość” Kliszki z moim Ojcem. Moczarski był zakładnikiem i rękojmią dla trwałości komunistycznej grupy u władzy. Oczywiście przy założeniu, że to Kliszko pilnował śledztwa.
Po dojściu wojsk radzieckich do prawobrzeżnej Warszawy, Kliszko wyszedł z domu na Święcickiego, przepłynął Wisłę, by nawiązać kontakt z wojskami sojusznika. To bardzo popularna część jego biografii, wskazująca na fizyczną sprawność i determinację, popularyzowaną niegdyś w komunistycznej propagandzie. Na tym się chyba kończy konspiracyjna historia domu na ul Święcickiego. Współpracownicy Ojca: Kapitaniak, Ostrowski, Bartoszewski walczą w Powstaniu, dowodzą oddziałami. Rodzice przeszli przez obóz w Pruszkowie i wylądowali w Krakowie. Ojciec mocno kulał, był kaleką, miał wrodzony niedorozwój prawej dłoni i stopy, walczyć z bronią nie mógł. Poruszał się bez laski, ale laska w domu była. Jak pytałem dlaczego, Ojciec mówił że to pamiątka z wojny, bo laska i lewe papiery „inwalidy wojennego”, wzbudzały w Niemcach respekt i pomagały mu wydostawać się z łapanek. Z chronologii rodzinnych wydarzeń można wnioskować, ze Ojciec zaprzestał konspiracyjnych działań wraz z końcem Powstania. W Krakowie doczekał końca wojny. Tutaj miał jeszcze inny epizod, został wezwany na Gestapo, poszedł pełen najgorszych przeczuć, nic mu się nie stało, został wypuszczony po złożeniu jakiegoś oświadczenia. Wychodząc „zwinął” na pamiątkę firmową filiżankę z napisem „sichertsheitspolizei SS Krakau” i do końca życia traktował ją jak talizman. W trakcie rewizji ubecji w moim mieszkaniu w 1979 roku wzbudziła ona duże zainteresowanie tajniaków, ale jej nie zarekwirowali. Wydawało im się, że przyszli w innej sprawie.

No i popatrz Pan, Panie Pioterek, to jest ganc do dupy niepodobne! Ten wspaniały kawałek historii prawdziwej PRL-u i jego mieszkańców, co mi szczególnie bliski, ze względu na najbliższych przyjaciół mojego Ojca ze starego WSM-u, (też ci chyba nigdy nie wspomniałem, że moim Chrzestnym był Michał Kostanecki?)wisi już w SO trzy dni, i żadnego komentarza! A zaczyna się to co prawda mięciutko (przypomniało mi niezapomnianego Jerzego Kasprzyckiego), jednak w miarę kolejnych odcinków napięcie wzrasta do poziomu dobrego kryminału i kończy się mistrzowską pointą.
———————————————————-
Wniosek: Jako że nie jesteśmy tu w jakiejś „niszy”, i publika jest spora, Utwory o długości 28 stron maszynopisu po prostu nie docierają, bo nikomu nie chce się czytać do końca dłuższego tekstu. Bo wskakuje się tu na chwilę, załapać – co nowego? Do następnego twego przyjazdu z… Bieszczad. (Hłehłehłe!)
Czytać się chce. Tekst jest wzruszający i pod jego wpływem człowiek myśli: Chciałoby się, by takie powolne, pełne wewnętrznego ładu życie gościło i dziś. Niestety, „to se ne vrati”. I Żoliborz przecież dziś nie jest dawnym Żoliborzem i nie ze spokojem się kojarzy.
Przyznam szczerze że miałem skomentować zaraz po przeczytaniu ale musiałem ochłonąć. To kawał naszej historii opisany w normalny sposób i z jakimi niespodziankami. Piękna opowieść a przede wszystkim prawdziwi Ludzie i zaiste wielkie bohaterstwo.
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Historia niezwykła, pełna zagadek, splotów zdarzeń i ludzkich postaw i losów; materiał na książkę (albo na scenariusz), kt. trzeba by dopiero chyba napisać. W latach okupacji, jako dziecko, i ja tam mieszkałem, zapamiętałem tylko przejażdżkę rikszą wokół pl. Wilsona.
@elkaem: przyznaj się! też przeczytałeś tylko pierwszy odcinek.
Słowo honoru, że tak! I postąpić podobnie jak @Arko. Tyle, że nie wiem czy mój komentarz mógłby wnieść coś cennego – nie mieszkam w Warszawie. Ale klimat tej opowieści przypomina mi to, co o Żoliborzu pisał Wańkowicz i inni mieszkańcy tego uroczego zakątka. Chciałoby się tak nadal żyć mając świadomość, że dookoła są tacy ludzie.
Takie enklawy, choć na mniejszą skalę powstawały jednak i w innych miastach. W Łodzi było to np. os. im. Mireckiego, czy osiedle przedwojennej spółdzielni mieszkaniowej „Lokator”, niestety, nieukończone z powodu wojny. Tyle, że nie miały one swoich piewców. Dlatego znajomi wychowani na tym osiedlu jako jedyną książkę, w której te klimaty można znaleźć mają „Tajemnicę Zielonej Pieczęci” Hanny Ożogowskiej. Przypominają sobie w którym bloku i klatce mieszkała pisarka, przypominają pierwowzory opisywanych chłopaków, przypominają nawet dozorcę. Ale to mało niestety!
Poznałem Piotra Topińskiego w czasie, gdy zajmował się re-introdukcją bobrów w Kampinisie i innych miejscach w Polsce. To przecierz ulubiony temat lidera SO, Stefana Bratkowskiego – mała retencja. A bic jak bobry nie poprawi stosunków wodnych, na przykład w stepowiejàcej Wielkopolsce.
Ale nigdy nie przypuszczałem, że Piotr miał tak ciekawe życie, on i jego rodzice. No cóż, pokolenie naszych rodziców, którzy przeżyli wojnę, łagry i obozy, powstanie Warszawskie, Tobruk czy Monte Cassino, pełne jest to życiorysów, które mogłaby być kanwa na scenariusze dla powieści i filmów. Dobrze, że Piotr opisał te wspomnienia. Nie tak czytelne dla młodego pokolenia, które nie pamięta sklepów spożywczych z beczkami pełnymi solonych śledzi i Gomułką z Cyrankiewiczem na ścianach, którzy nie rozbrajali amunicji powojennej na podwórkach domowych a czasem i szkolnych…
Bardzo ciekawe wspomnienia.
Prepraszam, zamias „bic jak bobry” powinno być „A nic jak bobry… Tu nic o biciu nie ma, literówka:)
@andrzej Pokonos, nie ma gorszej dla otoczenia rzeczy, jak ciekawy życiorys nieciekawego człowieka. Zanudzi wszystkich dookoła. Natomiast jestem pewien, że jak Pan Pioterek zdecyduje się np. opisać kilka lat swej pracy w warszawskim ZOO, (gdzie pracował zanim poszedł do ZBS w Dziekanowie Leśnym) będzie lektura nie gorsza (lepsza!)niż dowolny Gerry Durrell. (Dostałem kiedyś komplet Durrella w pejperbekach, jak się 30 lat temu uczyłem angielskiego metodą Lee Niucha.)Jak? Bierze się dwieście interesujących książek, np kryminały, porno, sf, literatura faktu i załatwia się stosowną dostawę jedzenia i picia. Po paru miesiącach cudownego relaksu na kanapie ma się wessanych z 10 tys. słów. Słownik i ten tam samouczek leżą pod ręką, pod łóżkiem, używane tylko z rzadka. Wada: żeby móc mówić, trzeba potem zrobić intensywny (miesiąc czasu), a i tak się potem nie wie, jak wymawiać prawidłowo większość z tych 10 tys. (co i tak niepotrzebne).
Moze to i racja, Piotr chciał wszystko przekazać naraz. Ale czas ucieka, i można to potraktować jako materiał źródłowy dla przyszłych badań. Jest tam jednak wiele ciekawie splecionych życiorysów.
Co do nauki języka, szczególnie tak różniącego się w mowie od pisma dla Polaków jak angielski, myślę, że warto zacząć od nauki fonetyki, a potem dopiero czytać, czytać, czytać.
Yes. Bo język to mowa, a pismo to zapis.
@a.pokonos: wszystko prawda. Ale ja, mając opanowane od dziecka (niemal) dwa języki wrogich sąsiadów, olewałem angielski, póki Przyjaciel nie przywiózł z Londynu pół tony książek. Jak przeleciałem komplet paryskiej Kultury, wściekłem się, że nie mogę czytać dalej, bo po angielsku. To było na początku 70-tych (we wpisie machnąłem się o ca 10 lat). Wtedy właśnie wypróbowałem metodę Lee Newha, z wiadomymi skutkami. Potem pojechałem do Indii i przekonałem się, że tam mają zupełnie osobną fonetykę. A tej angielskiej nadal się nie uczyłem, bo nie wiedziałem gdzie i od kogo. Potem zrobiłem TOEFL-a, dalej jako fonetyczny neptek (w Bagdadzie). I tak się to wlecze. To gdzie i od kogo? Bo jak mi amerykańce robią komplementy na temat „british accent”, czuję się nieswojo, jako że na „intensywnym” moim nauczycielem był barman z Las Vegas.
znam ludzi ktorzy uczyli sie z niezlym skutkiem ogladajac reklamy w Stanach. To tez stale powtarzane fragmenty tych samych tekstow, do znudzenia. Tez pomocne dla nauki. Podobnie ogladanie filmow, sitkomow, szczegolnie te ostatnie choc ich nienawidze, dla nauki biezacego jezyka sa bardzo dobre. Gorzej z ogladaniem! W sumie jest wiele sposobow i nie kazdy nadaje sie dla wszystkich. Jedni maja sluch do jezykow, inni pamiec do slow, itp. Dlatego najlepiej dac dzieciakom okazje do nauki jak najwiekszej liczby jezykow. To potem procentuje.
@a.Pokonos, dzięki! Zastanawiam się, nie od dziś, czy napisy ekranowe nie były znacznie lepsze, z punktu widzenia nauki języków, i w ogóle, niż ten stosowany w Polsce (i chyba tylko w Polsce)pseudo-dubbing, z lektorem i przytłumioną, oryginalną ścieżką dźwiękową. Bo np. Moja nauczyła się – jako dziecko – w czasie drugiej światowej bardzo dobrze po niemiecku, oglądając niemieckie filmy, „tylko świnie siedzą w kinie” – ona siedziała w każdej wolnej chwili. I ma lepszą wymowę od mojej. I oczywiście piosenki (pod warunkiem, że mamy do dyspozycji tekst). To się wbija i zostaje na zawsze. Tak samo, jak te reklamy (słuchałem ich w czasie studiów, z Weimaru, w pracowni kolegi, który odbierał z nadajnika Ochsenkopf zachodnią telewizję.)I słuch mam niby nie najgorszy, ale jak słucham dziennika (czytanego potwornie szybko) w AFN (American Forces…) rozumiem połowę słów. Practice, praktice, practice!
PRYWATNIE DO PIOTRA TOPIŃSKIEGO
Panie Piotrze, ciesze się, ze Pana odnalazłam, spotykaliśmy sie swojego czasu, teraz juz bardzo dawno temu u Pani Marii Arnoldowej.
W związku z Nią sprostowanie. Pani Maria prowadziła az do wybuchu powstania bibliotekę dla dzieci i mlodzieży nie w przedszkolu a w budynku społecznym na podwórzu pierwszej kolonii. (pietro nizej była biblioteka dla dorosłych) Była to to odzdzielna placówka prowadząca róznorodna działalność i była to prawdziwa enklawa spokoju, odpoczynku i porządku. Spędzałam tam wiele czasu. Oprócz pani Janki Cyganskiej i Hanki Rembowskiej przacowala tam tez Jadwiga Lubowiedzka.
Pamiętam doskonale panską matkę, Panią Zofię. Jej pogrzeb mam w pamięci jako ostatnie spotkanie ludzi starego WSMu
Pozdrawiam Pana serdecznie
Anna Sianko