Opowieść trzecia – kombatancka
Moi rodzice mieli przyjaciół, bardzo zamożnych Żydów z Radomia, którzy po wybuchu wojny uciekli do Warszawy i tutaj, gdzie nikt ich nie znał i nie znał ich pochodzenia, zamieszkali w willi na dolnym Żoliborzu. W obcej sobie Warszawie szukali towarzystwa, nie mam pojęcia jak trafili na moich rodziców i w soboty, dla znajomych organizowali w tym domu kolacje. Stałymi uczestnikami cotygodniowych kolacji, poza moimi rodzicami byli Państwo Kliszkowie – później sekretarz KC PZPR, Władysław Bieńkowski, – późniejszy wieloletni minister oświaty i pierwszy wyklęty przez Gomułkę rewizjonista, oraz człowiek przewijający się przez wszystkie okupacyjne opowiadania mojej rodziny, o którym niewiele wiem – Tadeusz Pitsch. Pitsch był Żydem, świetnie mówiącym po niemiecku, zastrzelił go, po obnażeniu, na ulicy w Krakowie, przypadkowy patrol Wermachtu. O wszystkim opowiadały mi uczestniczki tych kolacji, Rodziców przyjaciółki: Dzidka Ordyńcowa (później polska ambasador w Afganistanie) i Wanda Załuska (później dyr. dep. w Ministerstwie Kultury, znawca starej porcelany). Na kolacjach rozmawiano o ekonomii, Marksie i głośno czytano Keynesa. Hasklerowie mieszkali tam spokojnie, do czasu pojawienia się szmalcownika. W trosce o swych przyjaciół, tak przynajmniej wynikało z relacji moich Rodziców, przeprowadzili się oni do willi na ulicę Święcickiego a Państwo Hasklerowie, zmieniwszy nazwisko na bardziej swojsko brzmiące – Malinowski, w kolejnych zamianach mieszkań zgubili swojego prześladowcę. Pierwszym jednak miejscem ich ukrycia było nasze mieszkanie na ul Krasińskiego 18 (nad sklepikiem spożywczym do dziś funkcjonującym), skąd szybko uciekli, przegonieni przez przerażone i antysemicko nastawione sąsiadki; matkę i ciotkę mojego, późniejszego szkolnego nauczyciela chemii. Pamiętam dobrze Hasklerów, miłych ludzi, udało im się przeżyć okupację. Gestapo wpadło do naszego domu następnej nocy po ich wyprowadzeniu się. Opowiadał mi o tym mój wuj Emil Luchter, akurat wówczas u nas nocował. Gestapo sprawdzało czy w łóżkach, pod kołdrą nie ma więcej wygrzanych miejsc, niż ilość osób w mieszkaniu. Tego dnia szczęśliwie ilość wygrzanych miejsc się zgadzała, więc nie szukali już niczego w szafach ani w dokumentach, wszyscy mieli dobre papiery i nikt nie był obrzezany. Kolejny raz się udało! Udało się też dziewczynie z sąsiedztwa, w trakcie takiego, nocnego „przeczesywania” mieszkań, zostawiwszy w domu małe dziecko, uciekła przed Niemcami, spuszczając się po piorunochronie przez okno z trzeciego piętra. Niemcy wyłamali drzwi i dziecko oddali sąsiadce (sic…). Pamiętam ją z podwórka, jej dłonie nigdy nie odzyskały sprawności. Też jej się udało.
Z willi na Święcickiego nic nie pozostało w mojej pamięci. Byłem za mały. W domowym archiwum jest kilka zdjęć, na których niezdarnie usiłuję wydostać się z piaskownicy. Obok mnie leży piękny seter irlandzki a w tle jakieś grządki, kwiatki i śmiesznie, staromodnie, na czarno ubrana moja babcia. To musi być wczesne lato 1944. Domy na ulicy Święcickiego, jak wówczas, tak stoją do dzisiaj. Przez cały czas okupacji dom był dość aktywnym miejscem na mapie (politycznej) Dolnego Żoliborza. W domu na ul. Święcickiego przez jakiś czas ukrywał się Zenon Kliszko, częstym gościem był Władysław Bieńkowski, z przekazów Ojca wynika, że dom ten był też, przez jakiś czas, miejscem schronienia Dobiesława Damięckiego poszukiwanego przez Niemców listami gończymi za zastrzelenie na Placu Wilsona, współpracującego z Niemcami, innego znanego amanta filmu przedwojennego, Igo Syma. Ojciec twierdził, że Igo Syma zabił ktoś inny. Dobiesław Damięcki pozostał w gronie przyjaciół moich rodziców do swojej śmierci w 1951 roku. Jeszcze udało mi się go zapamiętać. Z jego synami przyjaźniłem się do końca studiów albo dłużej. Historia ukrywającego się, zupełnie w innych warunkach, Dobiesława Damięckiego była ponoć osnową scenariusza filmu „Jak być kochaną” w reżyserii Jerzego Hasa.

No i popatrz Pan, Panie Pioterek, to jest ganc do dupy niepodobne! Ten wspaniały kawałek historii prawdziwej PRL-u i jego mieszkańców, co mi szczególnie bliski, ze względu na najbliższych przyjaciół mojego Ojca ze starego WSM-u, (też ci chyba nigdy nie wspomniałem, że moim Chrzestnym był Michał Kostanecki?)wisi już w SO trzy dni, i żadnego komentarza! A zaczyna się to co prawda mięciutko (przypomniało mi niezapomnianego Jerzego Kasprzyckiego), jednak w miarę kolejnych odcinków napięcie wzrasta do poziomu dobrego kryminału i kończy się mistrzowską pointą.
———————————————————-
Wniosek: Jako że nie jesteśmy tu w jakiejś „niszy”, i publika jest spora, Utwory o długości 28 stron maszynopisu po prostu nie docierają, bo nikomu nie chce się czytać do końca dłuższego tekstu. Bo wskakuje się tu na chwilę, załapać – co nowego? Do następnego twego przyjazdu z… Bieszczad. (Hłehłehłe!)
Czytać się chce. Tekst jest wzruszający i pod jego wpływem człowiek myśli: Chciałoby się, by takie powolne, pełne wewnętrznego ładu życie gościło i dziś. Niestety, „to se ne vrati”. I Żoliborz przecież dziś nie jest dawnym Żoliborzem i nie ze spokojem się kojarzy.
Przyznam szczerze że miałem skomentować zaraz po przeczytaniu ale musiałem ochłonąć. To kawał naszej historii opisany w normalny sposób i z jakimi niespodziankami. Piękna opowieść a przede wszystkim prawdziwi Ludzie i zaiste wielkie bohaterstwo.
Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Historia niezwykła, pełna zagadek, splotów zdarzeń i ludzkich postaw i losów; materiał na książkę (albo na scenariusz), kt. trzeba by dopiero chyba napisać. W latach okupacji, jako dziecko, i ja tam mieszkałem, zapamiętałem tylko przejażdżkę rikszą wokół pl. Wilsona.
@elkaem: przyznaj się! też przeczytałeś tylko pierwszy odcinek.
Słowo honoru, że tak! I postąpić podobnie jak @Arko. Tyle, że nie wiem czy mój komentarz mógłby wnieść coś cennego – nie mieszkam w Warszawie. Ale klimat tej opowieści przypomina mi to, co o Żoliborzu pisał Wańkowicz i inni mieszkańcy tego uroczego zakątka. Chciałoby się tak nadal żyć mając świadomość, że dookoła są tacy ludzie.
Takie enklawy, choć na mniejszą skalę powstawały jednak i w innych miastach. W Łodzi było to np. os. im. Mireckiego, czy osiedle przedwojennej spółdzielni mieszkaniowej „Lokator”, niestety, nieukończone z powodu wojny. Tyle, że nie miały one swoich piewców. Dlatego znajomi wychowani na tym osiedlu jako jedyną książkę, w której te klimaty można znaleźć mają „Tajemnicę Zielonej Pieczęci” Hanny Ożogowskiej. Przypominają sobie w którym bloku i klatce mieszkała pisarka, przypominają pierwowzory opisywanych chłopaków, przypominają nawet dozorcę. Ale to mało niestety!
Poznałem Piotra Topińskiego w czasie, gdy zajmował się re-introdukcją bobrów w Kampinisie i innych miejscach w Polsce. To przecierz ulubiony temat lidera SO, Stefana Bratkowskiego – mała retencja. A bic jak bobry nie poprawi stosunków wodnych, na przykład w stepowiejàcej Wielkopolsce.
Ale nigdy nie przypuszczałem, że Piotr miał tak ciekawe życie, on i jego rodzice. No cóż, pokolenie naszych rodziców, którzy przeżyli wojnę, łagry i obozy, powstanie Warszawskie, Tobruk czy Monte Cassino, pełne jest to życiorysów, które mogłaby być kanwa na scenariusze dla powieści i filmów. Dobrze, że Piotr opisał te wspomnienia. Nie tak czytelne dla młodego pokolenia, które nie pamięta sklepów spożywczych z beczkami pełnymi solonych śledzi i Gomułką z Cyrankiewiczem na ścianach, którzy nie rozbrajali amunicji powojennej na podwórkach domowych a czasem i szkolnych…
Bardzo ciekawe wspomnienia.
Prepraszam, zamias „bic jak bobry” powinno być „A nic jak bobry… Tu nic o biciu nie ma, literówka:)
@andrzej Pokonos, nie ma gorszej dla otoczenia rzeczy, jak ciekawy życiorys nieciekawego człowieka. Zanudzi wszystkich dookoła. Natomiast jestem pewien, że jak Pan Pioterek zdecyduje się np. opisać kilka lat swej pracy w warszawskim ZOO, (gdzie pracował zanim poszedł do ZBS w Dziekanowie Leśnym) będzie lektura nie gorsza (lepsza!)niż dowolny Gerry Durrell. (Dostałem kiedyś komplet Durrella w pejperbekach, jak się 30 lat temu uczyłem angielskiego metodą Lee Niucha.)Jak? Bierze się dwieście interesujących książek, np kryminały, porno, sf, literatura faktu i załatwia się stosowną dostawę jedzenia i picia. Po paru miesiącach cudownego relaksu na kanapie ma się wessanych z 10 tys. słów. Słownik i ten tam samouczek leżą pod ręką, pod łóżkiem, używane tylko z rzadka. Wada: żeby móc mówić, trzeba potem zrobić intensywny (miesiąc czasu), a i tak się potem nie wie, jak wymawiać prawidłowo większość z tych 10 tys. (co i tak niepotrzebne).
Moze to i racja, Piotr chciał wszystko przekazać naraz. Ale czas ucieka, i można to potraktować jako materiał źródłowy dla przyszłych badań. Jest tam jednak wiele ciekawie splecionych życiorysów.
Co do nauki języka, szczególnie tak różniącego się w mowie od pisma dla Polaków jak angielski, myślę, że warto zacząć od nauki fonetyki, a potem dopiero czytać, czytać, czytać.
Yes. Bo język to mowa, a pismo to zapis.
@a.pokonos: wszystko prawda. Ale ja, mając opanowane od dziecka (niemal) dwa języki wrogich sąsiadów, olewałem angielski, póki Przyjaciel nie przywiózł z Londynu pół tony książek. Jak przeleciałem komplet paryskiej Kultury, wściekłem się, że nie mogę czytać dalej, bo po angielsku. To było na początku 70-tych (we wpisie machnąłem się o ca 10 lat). Wtedy właśnie wypróbowałem metodę Lee Newha, z wiadomymi skutkami. Potem pojechałem do Indii i przekonałem się, że tam mają zupełnie osobną fonetykę. A tej angielskiej nadal się nie uczyłem, bo nie wiedziałem gdzie i od kogo. Potem zrobiłem TOEFL-a, dalej jako fonetyczny neptek (w Bagdadzie). I tak się to wlecze. To gdzie i od kogo? Bo jak mi amerykańce robią komplementy na temat „british accent”, czuję się nieswojo, jako że na „intensywnym” moim nauczycielem był barman z Las Vegas.
znam ludzi ktorzy uczyli sie z niezlym skutkiem ogladajac reklamy w Stanach. To tez stale powtarzane fragmenty tych samych tekstow, do znudzenia. Tez pomocne dla nauki. Podobnie ogladanie filmow, sitkomow, szczegolnie te ostatnie choc ich nienawidze, dla nauki biezacego jezyka sa bardzo dobre. Gorzej z ogladaniem! W sumie jest wiele sposobow i nie kazdy nadaje sie dla wszystkich. Jedni maja sluch do jezykow, inni pamiec do slow, itp. Dlatego najlepiej dac dzieciakom okazje do nauki jak najwiekszej liczby jezykow. To potem procentuje.
@a.Pokonos, dzięki! Zastanawiam się, nie od dziś, czy napisy ekranowe nie były znacznie lepsze, z punktu widzenia nauki języków, i w ogóle, niż ten stosowany w Polsce (i chyba tylko w Polsce)pseudo-dubbing, z lektorem i przytłumioną, oryginalną ścieżką dźwiękową. Bo np. Moja nauczyła się – jako dziecko – w czasie drugiej światowej bardzo dobrze po niemiecku, oglądając niemieckie filmy, „tylko świnie siedzą w kinie” – ona siedziała w każdej wolnej chwili. I ma lepszą wymowę od mojej. I oczywiście piosenki (pod warunkiem, że mamy do dyspozycji tekst). To się wbija i zostaje na zawsze. Tak samo, jak te reklamy (słuchałem ich w czasie studiów, z Weimaru, w pracowni kolegi, który odbierał z nadajnika Ochsenkopf zachodnią telewizję.)I słuch mam niby nie najgorszy, ale jak słucham dziennika (czytanego potwornie szybko) w AFN (American Forces…) rozumiem połowę słów. Practice, praktice, practice!
PRYWATNIE DO PIOTRA TOPIŃSKIEGO
Panie Piotrze, ciesze się, ze Pana odnalazłam, spotykaliśmy sie swojego czasu, teraz juz bardzo dawno temu u Pani Marii Arnoldowej.
W związku z Nią sprostowanie. Pani Maria prowadziła az do wybuchu powstania bibliotekę dla dzieci i mlodzieży nie w przedszkolu a w budynku społecznym na podwórzu pierwszej kolonii. (pietro nizej była biblioteka dla dorosłych) Była to to odzdzielna placówka prowadząca róznorodna działalność i była to prawdziwa enklawa spokoju, odpoczynku i porządku. Spędzałam tam wiele czasu. Oprócz pani Janki Cyganskiej i Hanki Rembowskiej przacowala tam tez Jadwiga Lubowiedzka.
Pamiętam doskonale panską matkę, Panią Zofię. Jej pogrzeb mam w pamięci jako ostatnie spotkanie ludzi starego WSMu
Pozdrawiam Pana serdecznie
Anna Sianko