Zdanie odrębne
14.02.2019

Jeden z intelektualnych filarów dobrej zmiany – znany socjolog i wysoko funkcyjny europoseł udzielił wywiadu którejś ze stacji radiowych. Dziennikarz pytał o sprawy bieżące, m.in. o zatrzymanie byłego szefa gabinetu politycznego, byłego ministra obrony narodowej – wtedy technika farmacji, teraz już prawnika po szkole Rydzyka. Indagowany profesor przyznał, że słabą stroną rządów PiS są kadry…
Niezbyt odległa pamięć natychmiast podsuwa inne tego typu kariery: a to wójt Pcimia, który został prezesem Orlenu; a to młody szef KNF, który od bankowca chciał 40-milionowej łapówki, albo sekretarka prezesa NBP, specjalistka od komunikacji i marketingu, która ani razu nie wydała z siebie głosu, bo – jak ktoś zauważył – „ma strukturalną niezdolność mówienia”.
To znowu przewodniczący ważnej komisji sejmowej, który w rozmowie z przesłuchiwanym fachowcem zapomina języka w gębie; albo kierowca BOR, który rozbija rządową limuzynę (praktykował za kółkiem w firmie kurierskiej); także rzecznik prezydenta (były samorządowiec), który nie wie, czy jego szef jest na nartach, czy nie; wreszcie podejrzany o fałszowanie list wyborczych narodowiec, który zostaje ministrem cyfryzacji…
Nie sposób pominąć dziennikarzy-komisarzy nachalnego frontu ideologicznego, przymilnych dla ludzi władzy i brutalnych wobec opozycji. Lista jest otwarta i można na nią wpisywać, co kto widzi i słyszy…
W urzędach i agendach państwowych roi się od niedouczonych, względnie młodych ludzi, aroganckich, czasem nawet nie ogolonych, którzy od trzech lat nadają ton polskiemu życiu i kształtują, albo raczej utwierdzają społeczeństwo w potrzebie niekompetencji oraz związanej z nią pewności siebie.
Nawiasem mówiąc, sprawa nie dotyczy wyłącznie ‘młodzików’, ale i starych, partyjnych wyjadaczy. Oto jeden z ważniejszych ministrów, który w końcu zdecydował się napisać pracę magisterską, za żadne skarby nie chce wyjawić jej tytułu/tematu… Wstydzi się, czy co? A może są jakieś inne tajne/ważne powody odmowy ministra, który wreszcie zdobył wyższe wykształcenie?
Kadry trzeba ustawicznie doskonalić, o czym świadczy kurs dla sędziów organizowany w ulubionej przezPiS uczelni toruńskiej, za unijne pieniądze… Przedmiot szkolenia: „podniesienie kompetencji w zakresie komunikacji i negocjacji”, a główny cel – jak na ironię – to: „poprawa wizerunku sądów i sędziów oraz działanie na rzecz wzrostu zaufania społecznego do wymiaru sprawiedliwości”.
W dawnych czasach szkolenia tego typu organizował WUML (Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu). Dziś odbywają się one w prywatnej uczelni heretyckiego kapłana. Dlaczego? Zapewne dlatego, że stare polskie uniwersytety, tudzież inne renomowane szkoły publiczne nie mają odpowiedniej kadry ani wystarczających kompetencji… A więc nie są godne uczestniczyć w tzw. reformie sądownictwa.
W latach PRL, bo do tej formy ustrojowej można porównać obecne rządy, też był problem z kadrami. Inteligencję wytrzebiła wojna, królował analfabetyzm, na każdym kroku trzeba się było ideologicznie określić… Ale „władza ludowa” w przeciwieństwie do „władzy suwerena” nie pozbywała się przedwojennych fachowców i specjalistów. Ponieważ byli potrzebni państwu i gospodarce, rezygnowała z ich deklaracji politycznej; godziła się na milczenie i pozwalała pracować. Bo tego wymagało dobro kraju. Teraz sprowadza się ono do dobra partii, czyli stosunkowo niewielkiej grupy ‘trzymającej władzę’ i jej akolitów, janczarów, zauszników; słowem – ludzi dobrej zmiany.
Trudno pojąć, że panoszące się zjawisko spotyka się z tak nikłą reakcją; a przecież w czasach II Rzeczypospolitej – tak bliskiej sercu najważniejszego szarego posła – powstało dzieło wzorcowe pt. Kariera Nikodema Dyzmy. Było sporo satyrycznych filmów; z poczynań władzy zaśmiewały się warszawskie kabarety… A teraz? Mamy wprawdzie bijący rekordy oglądalności Kler, po którym dudni echo słabnącego potępienia filmu z ambon.
Jedyne, czym się „naród” ratuje, to dowcipy opowiadane dyskretnie przez stare pokolenie. Młodzi wolą obrazki, czyli memy w mediach elektronicznych, które lotem błyskawicy upowszechniają się w przestrzeni cyfrowej, czytaj – ludzkiej; wszystko, co poza nią, staje się powoli nieludzkie, bogobojne, byle jakie …
Brakuje reżysera wymiaru Felliniego, który by odważył się nakręcić rodzimą wersję filmu 8 i pół. A przecież tyle jest nadającej się do wykpienia błazenady władz, faryzeizmu Kościoła, prostactwa mediów narodowych. Samograjem w takim filmie byłaby, wywodząca się z czasów sarmackich, pompa funebris (pol. wystawność pogrzebowa), czyli podniosłe, trwające latami ceremonie żałobne, wykorzystywane do brudnej gry politycznej. Albo witanie na lotniskach polityków, czy sportowców, którym się nie udało. Wręcza się im ogromne wiązanki kwiatów albo śpiewa hymn nieudaczników: Polacy, nic się nie stało… Jeśli nie są to materiały do komicznego filmu, to na pewno nadają się do opery buffo…
Jeszcze w latach pięćdziesiątych na murach polskich miast można było przeczytać napis: „Polaka znak – trzy razy tak!”. To hasło słynnego referendum z roku 1946, które poprzedziło, sfałszowane rok później, wybory sejmowe. Pod nim, na jednej ze ścian kamienicy naszego wiejskiego miasteczka, widniał wyblakły dwuwiersz: „Nie matura, lecz chęć szczera / zrobi z ciebie oficera” oraz jego dalszy ciąg zamalowany szarą farbą… Zapytałem ojca: Co tu było napisane, a on na to: „Nie pomogą szczere chęci – z g… bata nie ukręci!”.
Zamazany fragment, choć nie był nadmiernie sofisticated, wyrażał potoczną obserwację tudzież naturalną zdolność abstrahowania, jaką posiada prosty lud. W żadnym razie nie był pochodną nienawiści, która dziś stała się instrumentem sprawowania władzy. I nie miał nic wspólnego z jej prawowitym dzieckiem, czyli wszechobecnym hejtem.
J S
