Piotr Rachtan: Mateuszowi Kijowskiemu ku refleksji

Po lekturze wyznania Mateusza Kijowskiego
– kilka uwag bez ironii a z sympatią

21.04.2019

Komitet Obrony Demokracji porwał tysiące ludzi, pamiętających swoje nadzieje, lokowane przed dziesięcioleciami w ruchu kryjącym się za NSZZ Solidarność. Do którego lgnęli i aktywni, tradycyjni opozycjoniści demokratyczni, i nowi, którzy odkryli w nim szansę na zmianę spróchniałego porządku, wreszcie – miliony oportunistów, którzy porzucili Pannę „S” w godzinie próby.

Ale nade wszystko był to ruch z charyzmatycznym przywódcą, wspieranym przez silnych młodych działaczy związkowych i z bardzo mocnym zapleczem doradców, którzy nie liczyli na żaden bonus, gdyż kierowali się nie swoim, doraźnym interesem osobistym, tylko racją stanu, tak jak ją widzieli. I choć obalił ich stan wojenny, to przetrwali, by usiąść do debaty z bezradną, lecz wciąż uzbrojoną władzą.

KOD-owskie manifestacje siwych głów były dowodem, że uczestniczący w nich Polacy traktują nowy ruch – i jego przywódcę – jak inkarnację bytów już minionych.

Lecz nie było przy Kijowskim doradców na miarę Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Jacka Kuronia czy Adama Michnika i Waldemara Kuczyńskiego.

W KOD-zie nie było Zbyszków Bujaka, Lisa i Janasa, Wiktora Kulerskiego, Grażyny Staniszewskiej czy Tadeusza Jedynaka.

O najbliższym otoczeniu przywódcy Komitetu Obrony Demokracji nie chcę się wypowiadać. Kim był Borusewicz, kim był Czuma czy Rulewski – wiedziałem.

W 2015 roku było też inaczej niż w 1980. Były — w parlamencie i poza nim — partie opozycyjne, mocne samorządy lokalne i zawodowe, związki zawodowe, NGO-sy i całe rozdrobnione może, ale aktywne społeczeństwo obywatelskie.

Oczywiście, były też media, dla których Mateusz Kijowski był cudownym darem niebios. Dla przyjaznych KOD-owi i wrogich nowej władzy, bo dostarczał amunicji, jak i dla prawdziwie narodowych i głęboko katolickich – bo był ucieleśnieniem wroga.

Czy służby dłubały? Na pewno zbierały informacje, raczej nielegalnie niż zgodnie z prawem. Czy mieszały? Nie wiemy na pewno, chyba że znajdzie się jakiś kpt. Hodysz, który pokaże kwity.

No więc KOD nie stał się nową Solidarnością, bo nie mógł: nie te czasy, nie ta władza, nie ten wróg i nie to społeczeństwo. Inny świat, w którym już wyrosło więcej niż jedno pokolenie.

Wiem, rozumiem, że Mateuszowi Kijowskiemu jest przykro, bo tylu ludzi odwróciło się od niego. Niech spojrzy jednak na to pozytywnie: los odsiał plewy, za to kilku, może kilkudziesięciu ludzi się ostało; ci murarze, a może jeszcze inni. I na nich może się oprzeć, choć — zdaje się — nie są w stanie załatwić mu pracy.

Wreszcie, niech Mateusz Kijowski oceni to, co się wydarzyło inaczej jeszcze: przecież mimo jego abdykacji z KOD-u, mimo nagonki, niesprawiedliwej zapewne, a nawet nieuczciwej, mimo redukcji KOD do rozmiarów zarządu i nielicznej (w stosunku do niedawnej przeszłości) grupy członków stowarzyszenia  kraj jest dziś wypełniony ludźmi, grupami, kołami, środowiskami, związkami zawodowymi niezwykle aktywnymi, które, gdy zajdzie potrzeba, gdy przemknie impuls, połączą swój zapał i dadzą nie tylko świadectwo, ale przede wszystkim – dadzą radę. Cały gęsty archipelag, łączący się, w razie potrzeby, tęgimi więziami sieci.

Duża w tym zasługa samego Mateusza Kijowskiego, on dał początek. Kto wie, może bez niego nie byłoby Gabrieli Lazarek, Katarzyny Wyszomierskiej, Michała Wawrykiewicza, Krzysztofa Parchimowicza i setek innych. I tragicznego Piotra Szczęsnego może też by nie było.

Oczywiście, trochę szkoda KOD-u i tego pierwszego marzenia o nowej Solidarności, lecz po ponad trzech latach rachunek nie wychodzi na zero – bilans jest zdecydowanie pozytywny!

Niech więc Mateusz nie popłakuje nad swoim losem i nad daremnością swojego posłannictwa, bo odegrał rolę prawdziwie historyczną: wyprowadził dziesiątki tysięcy ludzi na ulice i dal im niepowtarzalną szansę policzyć się. I w ten sposób umocnił istniejący – i nieuświadomiony – fundament społeczeństwa obywatelskiego.

Za to jestem mu wdzięczny.

A reszta jest już historią.

Piotr Rachtan

Czytaj też: Mateusz Kijowski: Nie jestem rycerzem na białym koniu

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com