
Założyciele napisali między innymi: „KOD stopniowo stał się ruchem jednego lidera. Jest rządzony autorytarnie, niejednokrotnie ze szkodą dla wewnętrznej demokracji, pluralizmu postaw i poglądów. Wielu ludzi, także aktywistów KOD-u, zostało skrzywdzonych, zmarginalizowanych. Uważamy, że niedostatek demokracji wewnętrznej nie tylko szkodzi rozwojowi ruchu, ale też jest główną wewnętrzną przyczyną stopniowej utraty skuteczności w walce o pierwotne cele, dla których KOD powstał”.
Dodatkowo założyciele wskazali inne przyczyny kłopotów KOD. „Obok autorytarnego stylu zarządzania, za główną przyczynę spadku skuteczności ruchu uważamy zbyt emocjonalne działanie od akcji do akcji, brak planów oraz brak debaty intelektualnej”.
Mimo oczywistej bezradności, członkowie-założyciele KOD nie uchylali się od odpowiedzialności: „Jako założyciele KOD-u czujemy się współodpowiedzialni za te słabości ruchu. Przepraszamy z całego serca każdą i każdego z KOD-erów i sympatyków, których KOD poprzez swoje decyzje, działania i zaniechania skrzywdził lub nie docenił Waszych talentów, niezależności, twórczości myślenia i wielkiego zaangażowania. Dziś towarzyszy nam świadomość, że zamiast autentycznie oddolnego demokratycznego ruchu powstała centralistyczna i hierarchiczna struktura. To chyba największe zło, jakie sobie nawzajem w KOD-zie wyrządziliśmy. Jednak wierzymy, że wspólnie możemy je naprawić”.
Pod oświadczeniem opublikowano odrębne stanowisko pomysłodawcy KOD, Krzysztofa Łozińskiego. Było ono neutralne, lecz pod znamiennym tytułem: „MOJE STANOWISKO WOBEC KONFLIKTU W ZARZĄDZIE KOD I OŚWIADCZENIA ZAŁOŻYCIELI”.
W ten sposób dowiedzieliśmy się wprost, że istnieje konflikt w ramach zarządu i członków komisji rewizyjnej KOD.
Jak zwykle nieco więcej szczegółów „od kuchni” dowiedzieliśmy się w komentarzach. Pani Magdalena Ostrowska w jednym z nich napisała: „To jest nasz, grupy założycieli, poniekąd testament. Założyciele nie mają ŻADNEGO wpływu na działania statutowych władz KOD. Co więcej, oświadczenie jest skutkiem braku zainteresowania ze strony Zarządu Głównego, w szczególności ze strony Mateusza Kijowskiego, do niepublicznej rozmowy o problemach wewnątrzkodowskich, o których piszemy. Próby zaproszenia do mediacji oraz próby namawiania do takiego spotkania, podejmowane przez zacnych ludzi, spełzły na niczym. Nie pozostało nam nic innego tylko dać wyraz swojemu zaniepokojeniu. Losy oświadczenia na stronach kodowskich zasługują na odrębne oświadczenie; okazało się, że tłumienie wolności słowa i krytyki jest standardem w ruchu demokratycznym. KOD nie toleruje krytyki.”[vii] Znowu odwołam się do własnego komentarza w tamtym czasie, aby zilustrować, jak bardzo dużo już wówczas wiedzieliśmy o patologiach zarządzania KODem.[viii]
Aby zrekonstruować proces powstania i narastania fatalnego sposobu zarządzania KOD potrzebna była jeszcze informacja z wewnątrz. Przyniosły ją wypowiedzi Magdaleny Ostrowskiej na początku lutego 2017 roku, która uprzednio odeszła z władz KOD.[ix]
W samym tekście Autorka napisała: „Na marginesie warto odnotować, dlaczego od razu nie przyjmowano członków. Pierwszy statut, jak pisałam, był prosty, bo po pierwsze nie było czasu na pisanie skomplikowanego dokumentu ze strukturami i zasadami wyborów pośrednich. Dwa, nikt nie wiedział, jak sprawy się potoczą. Po 1 marca, kiedy teoretycznie można było przyjmować członków, statut nie był gotowy, nie zdołano uzyskać konsensu; jak dziś to widzę, już wtedy zaczęło się politykierstwo.”
W dalszej części autorka informuje, że na początku w KOD brakowało nawet pieniędzy na pokrycie kosztów. „Dziś, kiedy dowiaduję się, że w tamtym czasie, kiedy rozmawialiśmy, jak dać członkom zarządu cokolwiek, nawet 2,5 tys. zł na pokrycie kosztów, kiedy deliberowaliśmy, jak to przyjmą koderzy, koordynatorzy itd., Mateusz Kijowski zdążył wystawić co najmniej 4 faktury na ok. 60 tys. zł, czuję się jak idiotka. To nie ja miałam dostać pieniądze; to ja wraz z innymi członkami komisji mieliśmy te pieniądze przyznać zarządowi. Jednak ani od osoby, która regularnie co miesiąc wystawiała faktury na 15 tys. zł, ani od osoby, wówczas już członka zarządu, która te faktury regularnie opłacała ze środków komitetu zbiórkowego – ani komisja ani pozostali członkowie zarządu nie usłyszeli o tym słowa.”
Nieco więcej światła na zachowania Mateusza Kijowskiego rzuca wypowiedź Autorki w komentarzach pod jej artykułem, gdzie sprowokowana opiniami komentatorów napisała:
„Także ja w grupie zarządowej, którą zarząd, komisja i pełnomocnicy trzymali na Fb dla bieżącej komunikacji, oraz na zebraniach, stawiałam głośno podłe pytania i wytykałam to, co było moim zdaniem niewłaściwe, złe, nie do przyjęcia. Jak Katon Starszy, upominałam się od początku systematycznie o rozmowę o programie i strategii, aż gdzieś maju, może czerwcu MK patrząc na mnie zimnym wzrokiem, powiedział wprost, że żadnego programu nie będzie, bo jest manifest.
W tym czasie MK wyrzucił też z projektu programowego (Przestrzeń Wolności) kilka ważnych osób, uznając, że zagrażają jego pozycji. Za nieprawomyślne wpisy aktywistka MK wyrzuciła mnie z grupy Polonia, wyrzucono mnie również z mojej grupy lokalnej, biorąc za „pisowskiego trolla”; wierni żołnierze MK usuwali mnie systematycznie z fejsbukowej piaskownicy za to samo. W pewnym momencie lider nie wytrzymał i w grupie zarządczej publicznie oskarżył mnie o zdradę i knucie w KOD przeciwko niemu. Następnie, dowiedziałam się, że w lipcu „mojej” sprawie poświęcono specjalne posiedzenie w domu lidera, gdzie przydzielono role w polowaniu z nagonką. W takich okolicznościach powiedziałam pass. Koledzy z komisji przekonali mnie jednak, abym jeszcze chwilę została, gdyż już wówczas MK i sekta grała na zwołanie w Warszawie nadzwyczajnego walnego zebrania tysięcy członków, licząc, że do Warszawy zjedzie głównie Mazowsze, a tu już życzliwi akolici organizowali zaplecze, które miało wybrać MK na wodza KOD na pełną kadencję.
Szukano usilnie pretekstu, aby to zrobić. Jednym z nich byłby niestatutowy skład komisji rewizyjnej; gdybym odeszła, skład spadłby poniżej statutowej liczby i zarząd miałaby święte prawo zwołać nadzwyczajne walne. Takim samym pretekstem byłoby zmniejszenie się składu zarządu poniżej statutowej liczby, dlatego trwała otwarta wojna MK i jego zaplecza z częścią zarządu, dziś zwaną „świętą trójca”, której celem było zmuszenie ich do złożenia rezygnacji. Odeszłam formalnie, kiedy koledzy z komisji znaleźli na moje miejsce następcę.
Podobnie jak inni, odeszłam nie z powodu afer finansowych, o których nikt z nas pojęcia nie miał, lecz z powodu niemożliwości współpracy z MK i zapanowania nad jego solową karierą medialną, w ramach której plótł co mu ślina na język przyniosła, robił, co chciał mimo i często wbrew uprzednim uchwałom zarządu, i w wyniku której to kariery uwierzył we własną wielkość. Wszystko to przy pomocy mediów, które z nikim innym z KOD-u nie chciały gadać, tylko z MK.”[x]
