Andrzej Markowski-Wedelstett: O takim jednym…34 min czytania

()

Z Niną. Andrycz była komedia… Zanim przybyła sama aktorka wcześniej przyjechała jej pomocnica do zajęć, od jakich królowa z gruntu stroniła. Owa kobieta zaanektowała jedną z toalet z zakazem wejścia do niej komukolwiek. Przed udostępnieniem jej p. Andrycz wysprzątała ten przybytek upachniając go jakimiś środkami dezynfekującymi (dezodorantów wtedy nie było). Podobnie postąpiła z gabinetem dyrektora, który przekształciła w garderobę. Tam również, do czasu wyjazdu aktorki po spotkaniu, nikomu — poza oczywiście gościem — wejść nie było wolno. Z aktorką przyjechały garderobiana i charakteryzatorka, które godzinę przed imprezą z publicznością, szykowały ją do występu. Warto wspomnieć jeszcze o — asystujących jej — dwóch smutnych panach… Jeden pilnował zaanektowanej toalety, drugi drzwi prowizorycznej garderoby, potem lustrowali zza kulis publiczność.

Impreza z Andryczówną, przy szczelnie wypełnionej sali kinowej, moim zdaniem była nudnawa. Tym swoim niskim, zmanierowanym, kresowym w tembrze i archaicznie teatralnym głosem, przy akompaniamencie wystudiowanych dziewiętnastowiecznych scenicznych gestów — tak dla niej charakterystycznych, opowiadała o swojej karierze i wyjątkowych (ponoć) możliwościach i osiągnięciach zawodowych. A ponieważ program spotkania nie przewidywał zadawania pytań ze strony publiczności — tym bardziej spotkanie było bezbarwne, bezkrwiste i monotonne. Jak sobie przypominam spotkania z innymi prominentami sztuki, to było raczej nużące. Ale zgromadzonym się podobało. Męskiej stronie na pewno uroda aktorki, żeńskiej, o wiele liczniejszej niż tej pierwszej — bezpośredni widok i aura — jeszcze wtedy — małżonki premiera Cyrankiewicza…

Jak teraz sobie przypominam tamte spotkania, cholera! Sprzed ponad już pół wieku! I porównuję z dzisiejszymi, w jakich coraz rzadziej uczestniczę z powodu moich fobii do miasta, ale głównie ich miałkości treściowej (może nie trafiam na ciekawych ludzi?), konstatuję nie tylko szczególnie duże wtedy nimi zainteresowanie zwłaszcza młodzieży, ale i wysoką w przeciwieństwie do dzisiejszej jakością dyskusji.

W sekretariacie królowała niepodzielnie panna Danusia M. Panna… W tamtych latach do kobiety niezamężnej nawet po trzydziestce, jak ona wtedy, zwracało się per panno. Więc panna Danusia była przystojną, wysoką, urodziwą dziewczyną, na zabój zakochaną w jakimś Arabie, którym ustawicznie się chwaliła. Wszyscy — pracownicy „Energetyka” — znaliśmy upadki i wzloty tej miłości. Często odwiedzała ją jej koleżanka o dość „suchej” urodzie, ale za to modnie i wyszukanie elegancko ubranej i o dzisiaj już niespotykanej u młodych ludzi dystynkcji. To była flama znanego wówczas wodzireja słynnych „podwieczorków przy mikrofonie”, Z. W.

Panna Danusia, pamiętam, jako biegła maszynistka (na maszynie do pisania!) przepisywała z rękopisów teksty Sarneckiego, m.in. „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”. Jego autor nic jednak w jawnym obiegu nie mógł drukować. Był objęty pełnym zakazem wydawniczym. Po jego śmierci tekst tej książki trafił ponoć do przepastnych depozytów Biblioteki Narodowej i — z tego, co wiem — uległ w ten sposób zapomnieniu. Jej fragmenty Sarnecki czytał raz wąskiemu gronu współpracowników, byłem tego spotkania słuchaczem. Ich treść wydała mi się niezwykle ciekawa. Szkoda, że to naocznie, bezpośrednio spisywane podczas prowadzonych z Niemcami walk na Starówce świadectwo, praktycznie zaginęło.

Jesienią 1965 roku lub wiosną następnego, w „Energetyku” zaistniał zespół teatralny. Uznanym przez jego uczestników kierownikiem został wtedy świeżo upieczony maturzysta, Andrzej Maria Marczewski. Późniejszy, znany w Polsce reżyser i dyrektor teatrów. Zgłosił się do Sarneckiego z zorganizowanymi już przez siebie młodymi pasjonatami Melpomeny. Między kilkoma chłopakami, których nazwisk nie pamiętam, znalazły się, wtedy jeszcze nic nieznaczące Elżbieta Jodłowska i drobniutka blondyneczka, Alicja Majewska…

Po odejściu z „Energetyka” partyjnego kierownika Działu Imprez ja zająłem opuszczony przez niego etat. Moje miejsce zaś objęła matka A. Marczewskiego, podobnie do Sarneckiego z lat studenckich słuchaczka wykładów prof. prof. Kotarbińskiego i Tatarkiewicza — wiele razy wspominali postaci tych filarów polskiej nauki. Jeżeli pamięć mnie nie myli, była polonistką i żoną znanego architekta, współtwórcy powołanego w 1945 roku słynnego Biura Odbudowy Stolicy.

Z grupą teatralną Marczewskiego zaczęło się od znacznego kłopotu. Młodzi ludzie otóż, jak to młodzi i buńczuczni, postanowili, że linią programową zespołu będzie mniej lub bardziej jawna niechęć do cech scentralizowanej, wtedy już do reszty pleśniejącej kłamstwem i hipokryzją gospodarczo-polityczno-kulturalną gomułkowszczyzny. Więc wymyślili sobie, adekwatną do wymarzonych wizji nazwę… „Po Prostu”. Przywołali szyld, nawiązujący do winiety i treści prowokacyjnie zlikwidowanego przez władze w roku 1957 znanego tygodnika. I się zaczęło…

Zespół teatru „Po prostu” (jeszcze przed historią z cenzurą).
Pierwszy chłopak z lewej – Andrzej Marczewski, druga dziewczyna od lewej – Elżbieta Jodłowska.

Nazwa zespołu musiała uzyskać zgodę cenzury. Oczywiście osławiona ul. Mysia uznała, że w „Energetyku” rodzi się anarchia i ktoś usiłuje podstępnie obalić w Polsce ustrój socjalistyczny. Osobiście kilka razy jeździłem na tę ul. Mysią, próbować te i inne tłumaczenia. Ale, co tam ja! Jeździł sam Sarnecki. Pomagali mu jego jeszcze od przedwojny łódzcy koledzy, marszałek Spychalski, w latach sześćdziesiątych przewodniczący ogólnopolskiego Frontu Jedności Narodu i członek KC PZPR oraz b. minister oświaty, W. Bieńkowski. Oni jednak jedynie wstrzymali spektakularne zwolnienie Sarneckiego z Domu Kultury na przysłowiowy bruk. Nazwa teatru musiała zniknąć. Cenzura zatwierdziła inną, wymyśloną przez młodzież, „Test”, która zresztą też politycznie mogła się kojarzyć dwuznacznie.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.