Z Niną. Andrycz była komedia… Zanim przybyła sama aktorka wcześniej przyjechała jej pomocnica do zajęć, od jakich królowa z gruntu stroniła. Owa kobieta zaanektowała jedną z toalet z zakazem wejścia do niej komukolwiek. Przed udostępnieniem jej p. Andrycz wysprzątała ten przybytek upachniając go jakimiś środkami dezynfekującymi (dezodorantów wtedy nie było). Podobnie postąpiła z gabinetem dyrektora, który przekształciła w garderobę. Tam również, do czasu wyjazdu aktorki po spotkaniu, nikomu — poza oczywiście gościem — wejść nie było wolno. Z aktorką przyjechały garderobiana i charakteryzatorka, które godzinę przed imprezą z publicznością, szykowały ją do występu. Warto wspomnieć jeszcze o — asystujących jej — dwóch smutnych panach… Jeden pilnował zaanektowanej toalety, drugi drzwi prowizorycznej garderoby, potem lustrowali zza kulis publiczność.
Impreza z Andryczówną, przy szczelnie wypełnionej sali kinowej, moim zdaniem była nudnawa. Tym swoim niskim, zmanierowanym, kresowym w tembrze i archaicznie teatralnym głosem, przy akompaniamencie wystudiowanych dziewiętnastowiecznych scenicznych gestów — tak dla niej charakterystycznych, opowiadała o swojej karierze i wyjątkowych (ponoć) możliwościach i osiągnięciach zawodowych. A ponieważ program spotkania nie przewidywał zadawania pytań ze strony publiczności — tym bardziej spotkanie było bezbarwne, bezkrwiste i monotonne. Jak sobie przypominam spotkania z innymi prominentami sztuki, to było raczej nużące. Ale zgromadzonym się podobało. Męskiej stronie na pewno uroda aktorki, żeńskiej, o wiele liczniejszej niż tej pierwszej — bezpośredni widok i aura — jeszcze wtedy — małżonki premiera Cyrankiewicza…
Jak teraz sobie przypominam tamte spotkania, cholera! Sprzed ponad już pół wieku! I porównuję z dzisiejszymi, w jakich coraz rzadziej uczestniczę z powodu moich fobii do miasta, ale głównie ich miałkości treściowej (może nie trafiam na ciekawych ludzi?), konstatuję nie tylko szczególnie duże wtedy nimi zainteresowanie zwłaszcza młodzieży, ale i wysoką w przeciwieństwie do dzisiejszej jakością dyskusji.
W sekretariacie królowała niepodzielnie panna Danusia M. Panna… W tamtych latach do kobiety niezamężnej nawet po trzydziestce, jak ona wtedy, zwracało się per panno. Więc panna Danusia była przystojną, wysoką, urodziwą dziewczyną, na zabój zakochaną w jakimś Arabie, którym ustawicznie się chwaliła. Wszyscy — pracownicy „Energetyka” — znaliśmy upadki i wzloty tej miłości. Często odwiedzała ją jej koleżanka o dość „suchej” urodzie, ale za to modnie i wyszukanie elegancko ubranej i o dzisiaj już niespotykanej u młodych ludzi dystynkcji. To była flama znanego wówczas wodzireja słynnych „podwieczorków przy mikrofonie”, Z. W.
Panna Danusia, pamiętam, jako biegła maszynistka (na maszynie do pisania!) przepisywała z rękopisów teksty Sarneckiego, m.in. „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”. Jego autor nic jednak w jawnym obiegu nie mógł drukować. Był objęty pełnym zakazem wydawniczym. Po jego śmierci tekst tej książki trafił ponoć do przepastnych depozytów Biblioteki Narodowej i — z tego, co wiem — uległ w ten sposób zapomnieniu. Jej fragmenty Sarnecki czytał raz wąskiemu gronu współpracowników, byłem tego spotkania słuchaczem. Ich treść wydała mi się niezwykle ciekawa. Szkoda, że to naocznie, bezpośrednio spisywane podczas prowadzonych z Niemcami walk na Starówce świadectwo, praktycznie zaginęło.
Jesienią 1965 roku lub wiosną następnego, w „Energetyku” zaistniał zespół teatralny. Uznanym przez jego uczestników kierownikiem został wtedy świeżo upieczony maturzysta, Andrzej Maria Marczewski. Późniejszy, znany w Polsce reżyser i dyrektor teatrów. Zgłosił się do Sarneckiego z zorganizowanymi już przez siebie młodymi pasjonatami Melpomeny. Między kilkoma chłopakami, których nazwisk nie pamiętam, znalazły się, wtedy jeszcze nic nieznaczące Elżbieta Jodłowska i drobniutka blondyneczka, Alicja Majewska…
Po odejściu z „Energetyka” partyjnego kierownika Działu Imprez ja zająłem opuszczony przez niego etat. Moje miejsce zaś objęła matka A. Marczewskiego, podobnie do Sarneckiego z lat studenckich słuchaczka wykładów prof. prof. Kotarbińskiego i Tatarkiewicza — wiele razy wspominali postaci tych filarów polskiej nauki. Jeżeli pamięć mnie nie myli, była polonistką i żoną znanego architekta, współtwórcy powołanego w 1945 roku słynnego Biura Odbudowy Stolicy.
Z grupą teatralną Marczewskiego zaczęło się od znacznego kłopotu. Młodzi ludzie otóż, jak to młodzi i buńczuczni, postanowili, że linią programową zespołu będzie mniej lub bardziej jawna niechęć do cech scentralizowanej, wtedy już do reszty pleśniejącej kłamstwem i hipokryzją gospodarczo-polityczno-kulturalną gomułkowszczyzny. Więc wymyślili sobie, adekwatną do wymarzonych wizji nazwę… „Po Prostu”. Przywołali szyld, nawiązujący do winiety i treści prowokacyjnie zlikwidowanego przez władze w roku 1957 znanego tygodnika. I się zaczęło…

Pierwszy chłopak z lewej – Andrzej Marczewski, druga dziewczyna od lewej – Elżbieta Jodłowska.
Nazwa zespołu musiała uzyskać zgodę cenzury. Oczywiście osławiona ul. Mysia uznała, że w „Energetyku” rodzi się anarchia i ktoś usiłuje podstępnie obalić w Polsce ustrój socjalistyczny. Osobiście kilka razy jeździłem na tę ul. Mysią, próbować te i inne tłumaczenia. Ale, co tam ja! Jeździł sam Sarnecki. Pomagali mu jego jeszcze od przedwojny łódzcy koledzy, marszałek Spychalski, w latach sześćdziesiątych przewodniczący ogólnopolskiego Frontu Jedności Narodu i członek KC PZPR oraz b. minister oświaty, W. Bieńkowski. Oni jednak jedynie wstrzymali spektakularne zwolnienie Sarneckiego z Domu Kultury na przysłowiowy bruk. Nazwa teatru musiała zniknąć. Cenzura zatwierdziła inną, wymyśloną przez młodzież, „Test”, która zresztą też politycznie mogła się kojarzyć dwuznacznie.
