Andrzej Markowski-Wedelstett: O takim jednym…34 min czytania

()

Teatr „Test” nie zdążył się zapisać jakimiś wywrotowymi zdarzeniami. Pamiętam jedynie przygotowany dla dzieci spektakl oparty na książce Przyborowskiego pt. „Szwedzi w Warszawie”, kilkakrotnie grany w różnych miejscach Warszawy, m. in. na Starym Mieście, przy barbakanie, w ramach w tamtych latach popularnych tzw. imprez „Światło i Dźwięk”. Marczewski, nie bez wydatnej, zakulisowej pomocy Sarneckiego, niwelującej braki robotniczo-chłopskiego pochodzenia chłopaka, został studentem Szkoły Filmowej w Łodzi.

Autokar. Latem 1965 roku Sarnecki z jakiegoś demobilu wydobył przedpotopowy autobus. Wpadł na pomysł wożenia zespołów na coraz liczniejsze występy własnym — Domu Kultury — transportem. Autokar był dość pojemny, zdolny, no, może już nieco w ścisku, przewieźć pełną obsadę orkiestry symfonicznej z instrumentami poutykanymi w różnych schowkach w podwoziu i na bagażniku dachowym Nie pomnę marki samochodu, ale dobrze sobie przypominam ustawiczne kłopoty, jakich przysparzał. Maszyna, swoim kształtem, musiała się wywodzić z otchłani technicznej początku lat dwudziestych i na pewno zwiedziła kilka wojennych frontów II Wojny. Już jako swoista kombatantka dogorywała zapewne, wożąc pasażerów po wyboistych trasach powojennej Polski. Już nie pamiętam jakim cudem dotoczyła się na Wybrzeże Kościuszkowskie, wątpię, aby o własnych siłach. Podwórko „Energetyka”, jak tylko się tam zjawiła, zamieniło się w warsztat samochodowo-remontowy.

Sarnecki bardzo wzmógł wtedy swoje rozjazdy między wydziałem kultury dawnej Centralnej Rady Związków Zawodowych przy Nowym Zjeździe (niejacy Kopyt, Powichrowski, Wojnarowski — nie mylić z dyrygentem chóru), takimże biurem śródmiejskiej, ówczesnej Dzielnicowej Rady Narodowej (W. Kołakowska) a wieloma innymi urzędami, w tym centralnymi, usiłując zdobywać fundusze na utrzymanie rozrastającej się wtedy dynamicznie działalności swojej placówki, no i na nowy jej rozdział — kosztowny remont autokaru. To była jego iście krzyżowa droga. Odznaczał się jednak wyjątkowym hartem ducha i samozaparciem, także — na szczęście — zapleczem dawnych znajomych na centralnych stołkach, bez jakich, zwłaszcza w tamtych czasach, prawie nic nie można było uzyskać. Ta droga była tym bardziej wyboista, gdyż dyrektor „Energetyka” zupełnie był pozbawiony umiejętności dyplomatycznych. I coraz bardziej odmawiało mu posłuszeństwa serce.

Remont samochodu stanowił specyficzną działalność Domu Kultury. Sarnecki, swoimi pedagogiczno-psychologicznymi sposobami zmobilizował do niego, spontanicznie i za darmo, kilkunastu powiślańskich chłopaków, spod tzw. ciemnej gwiazdy. Takich, co to mając ustawiczne kłopoty z miejscowym komisariatem Milicji, wieczorowymi porami pod wiaduktem mostu Poniatowskiego i w innych zaułkach dzielnicy „pod kosą” lubili np. opróżniać przechodniom kieszenie z portfeli lub sprzedawać słynną ze znanego wówczas filmu… cegłę. Okazało się otóż, że są znakomitymi, niezmiernie ofiarnymi, pracowitymi mechanikami samochodowymi. Na ich czele zakasał rękawy starszy ich kolega, też Powiślak, znany z czasu Powstania Warszawskiego, współbudowniczy słynnego „Kubusia”, samochodu pancernego, w jakim brał udział w szturmie na Uniwersytet.

W ciemnych zaułkach Powiśla te chłopaki stanowili zakałę dzielnicy, ale starego grata wyremontowali z samozaparciem i wiedzą godną najsolidniejszych fachowców. Nie rzadko, własnym sobie sposobem (?), zdobywali nieosiągalne na oficjalnym rynku brakujące części, nie domagając się za ich dostarczenie żadnej zapłaty. Przy tym na wieczorno-nocnym Powiślu nastał niezrozumiały dla milicjantów spokój. Chłopaki zaangażowali się również w inne prace fizyczne na terenie placówki, jakich w niej ciągle przybywało. Najlepiej pamiętam Bogdana, mniej więcej mojego rówieśnika. Sam jego wyraz twarzy mógł otwierać portmonetki. Przy robocie pod Sarneckim okazał się bardzo sympatycznym, ciepłym w kontakcie, wielce zmyślnym pomocnikiem. Przy okazji „Energetyk” zyskał specyficzną ochronę przed „gościnnymi występami” obcych gangów z innych dzielnic.

Remont autokaru zakończył się zorganizowaną przez dyrektora, może niepedagogiczną, ale wódką. Brali w niej udział wszyscy etatowi pracownicy „Energetyka”, przede wszystkim owi mechanicy, na których cześć ta impreza się odbyła. Wódki było symbolicznie, może po dwie pięćdziesiątki, kobiety pewnie nie piły, ale gest Sarneckiego bardzo przypadł chłopakom do ich zbójeckich, ale wielce jednak sympatycznych serc…

Niestety, autokar nie był długo przydatny. Ustawicznie się psując, reperowany, przetrwał zaledwie rok. Swój żywot zakończył po pamiętnym, niemal tragicznym w skutkach, obozie artystyczno-wypoczynkowym w Łebie, jaki Sarnecki zorganizował zespołom „Energetyka” w lecie 1966 roku.

Plan obozu był wspaniały i na owe lata nowatorski. Ale w tamtych czasach schyłkowej gomułkowszczyzny, sypiącej się już do cna siermiężnej ekonomicznie i zatruwającej jadem ideologicznej podejrzliwości każdy błysk, już nie czynu, samej nawet skrytej, lecz wolnej myśli, taka impreza wymagała wyjątkowego heroizmu i ustawicznych, przeciw wszelkiego stopnia czynownikom, podstępów. Sposobem normalnym, wynikającym z logiki racjonalizmu, wtedy nic nie można było załatwić. A tego roku, tamtego lata nie tylko urzędnicy bruździli. Nawaliła również pogoda.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.