Co jeszcze wyjątkowego zauważyłem w nowym miejscu pracy? Chyba wszyscy odznaczali się tam „prawicowym odchyleniem” … No, może poza jednym kolegą, kierownikiem Działu Imprez. Był jedynym pracownikiem „Energetyka” należącym do PZPR, a jak się w 1968 roku okazało, również członkiem osławionej formacji ZOMO. Ale z nim Sarnecki dość szybko się rozstał, pomagając mu w objęciu posady kierowniczej w innym warszawskim przybytku kultury. Poza tym ideologicznym odchyleniem instruktorzy, w znakomitej większości, byli po okrutnych przejściach wojennych lub okresu stalinowskiego, albo z różnych przykrych zdarzeń losowych potrzebowali jakiejkolwiek pomocy materialnej. Do pierwszej i jednocześnie drugiej grupy należała pani H. Z., żona sądownie zamordowanego majora AK — po słynnym procesie oficerów (w tym gen. E. Fieldorffa), w którym oskarżała znana wówczas H. Wolińska-Brus. W „Energetyku” prowadziła zespół baletowy młodzieżowy. Przed wojną sama z wielkim powodzeniem tańczyła w cieszącym się kolosalną popularnością nie tylko w Polsce, słynnym zespole Parnella.
Drugą, niezmiernie poszkodowaną przez oprawców S. Radkiewicza i J. Brystigerowej (złą sławą okryta, podobno kochanka B. Bieruta, „Luna”), była dyrygentka orkiestry symfonicznej, Janina Manczarska-Orzeszkowska (tak, tak, w „Energetyku” był wtedy taki, ok. sześćdziesięcioosobowy, całkiem profesjonalny zespół). Przed II Wojną świetnie zapowiadająca się pianistka, córka pedagogicznych filarów Instytutu Głuchoniemych na pl. Trzech Krzyży. Jej możliwości artystyczne zostały zaprzepaszczone najpierw w akowskim podziemiu czasu wojny i udziałem w Powstaniu Warszawskim, a ostatecznie w lochach więziennych „sanatorium” przy ul. Rakowieckiej, które opuściła w 1955, albo w ‘56 roku ze zdemolowanym, m. in. przez reumatyzm, zdrowiem. Musiała zapomnieć o karierze pianistycznej. Ale ukończyła studia muzyczne w zakresie dyrygentury. W „Energetyku”, mimo wielu utrudnień ze strony władz, wbrew orzeczonej rehabilitacji ciągle jeszcze postępowało za nią świadectwo wroga ludu – nie bez skutecznego parasola Sarneckiego udało się jej stworzyć znakomitą orkiestrę. Ten zespół wielokrotnie koncertował nie tylko na deskach sceny przy Wybrzeżu Kościuszkowskim. Znany był też z objazdów po Polsce. Podczas m. in. jego występów swoją karierę rozpoczynał wówczas W. Ochman, śpiewali też H. Rumowska czy znany już w świecie B. Ładysz. Pamiętam koncert skrzypcowy K. Szymanowskiego grany przez W. Wiłkomirską.
Akompaniatorem chóru Jozaitisa był świetny pianista i kompozytor, w starszym już wtedy wieku, powyżej sześćdziesiątki, Wieńczysław Rozbiewski. Wirtuoz na swoim instrumencie. Przed wojną studiował w Paryżu u Nadii Boulanger. Niestety i jemu wojna, a może i nieco jego charakter bon vivanta, utemperowały zawodową karierę. Był jeszcze od przedwojny kolegą Henryka Sztompki, zmarłego wtedy dopiero co, stąd moje z nim jako ucznia tego znakomitego chopinisty, trwające parę lat kontakty. Rozbicki zmarł w połowie lat siedemdziesiątych.
Oprócz zespołu symfonicznego, w „Energetyku” ćwiczyła również orkiestra dęta. Nie pamiętam, kto ją prowadził. Często występowała na przeróżnych imprezach. W tamtych latach takie zespoły były dość popularne. Wiele ośrodków kultury, zwłaszcza finansowanych przez zakłady przemysłowe, mogło się pochwalić takimi kapelami.
Pracownią fotograficzno-filmową kierował pan Jacek Zieliński. Dokumentowała uroczystości warszawskie czy państwowe, w jakich brały udział zespoły „Energetyka”. Pamiętam, że ta pracownia dysponowała licznym w asortymencie i znakomitym, jak na tamte czasy, sprzętem. W tamtych latach zajmowanie się fotografią, zwłaszcza filmem, wymagało nie tylko różnorakiego w przeznaczeniu oprzyrządowania, ale i znacznej wiedzy z zakresu tej działalności. Nie to, co dzisiaj, telefonem komórkowym pstryk, pstryk i już wszystko gotowe… Jacek Zieliński prowadził również w „Energetyku” klub bridżowy.
Nie mogę sobie przypomnieć imienia i nazwiska instruktorki dziecięcego zespołu baletowego. Wiem, że była siostrą prowadzącej balet młodzieżowy, pani H. Z. i b. małżonką Jozaitisa. Też, zawodowo, wywodziła się z trupy Parnella.
Z ogromnej biblioteki placówki korzystało całe Powiśle. Nad wieloma tysiącami bogatego jakościowo księgozbioru panowała pani Anna Chmielewska, b. studentka prof. J. Krzyżanowskiego. Należała do starszych pracowników. Też była po przejściach wojennych w konspiracji akowskiej i z tego powodu przeszła przez powojenny magiel represji stalinowskich. O tych przeżyciach, w przeciwieństwie np. do Sarneckiego, nie chciała opowiadać. Nie miała rodziny, nie zabiegała o przyjaźnie, nawet o znajomości. Zawsze przesuwała się niemal niedostrzeżenie. Była bardzo samotna, co rzutowało na jej dość osobliwy, wyraźnie ostrożny stosunek do ludzi. O literaturze, o autorach opowiadała jednak z wielkim znawstwem i w sposób bardzo zajmujący. Jej pomocnikiem w bibliotece był – jakiego imienia? – kolega Miszczuk, zaoczny student bibliotekarstwa.
Oprócz wypożyczania biblioteka organizowała częste spotkania z tuzami ówczesnej literatury polskiej. W sali kinowo-widowiskowej liczni mieszkańcy nie tylko Powiśla spotykali J. Iwaszkiewicza, T. Konwickiego, J. Hena – niezwykle przystojnego, z wielką czarną czupryną, A. Szczypiorskiego, M. Samozwaniec… Bohaterami tych spotkań bywali też znani aktorzy. Pamiętam na nich W. Siemiona, A. Szczepkowskiego, Z. Mrozowskiego, A. Łapickiego, B. Ludwiżankę, I. Kwiatkowską, Skarżankę, Holoubka… Raz nawet przyjechała królowa polskiego, właściwie: Polskiego teatru, Nina Andrycz.
