Od wczesnej wiosny ‘66, wszyscy pracownicy Domu Kultury zajęci byli… zdobywaniem. Nie znaleziono możliwości zakwaterowania ok. dwustu pięćdziesięciu osób, w tym dzieci z zespołów baletowego i plastycznego w budynku z koniecznym wyposażeniem technicznym. Więc zdobywanie nadających się do tego celu namiotów. Gdzie takie były? Zdobywanie kompletów łóżek, materacy, pościeli… Kuchnia, stołówka – stosowne namioty i oprzyrządowanie… Zdobywanie… Miejsce w Łebie na urządzenie obozu… Zdobywanie poparcia w urzędach centralnych w Warszawie… Urzędy, pisma – tysiące, konieczne pieczątki, rozmowy, rozjazdy, zgody, odmowy, interwencje…
Łóżka, materace i kilka wieloosobowych namiotów, szukając ich po całej Polsce, ja zdobyłem — we wrocławskiej jednostce wojskowej. Do Łeby ten majdan przywiozłem wielkim pekaesem z przyczepą. Resztę infrastruktury załatwiali inni. Ta organizacyjna robota trwała przez kilka miesięcy przed pamiętnym lipcem ‘66. Kiedy już cały sprzęt stanął na wyznaczonym (zdobytym) w Łebie miejscu przygotowany do montażu, swoje podwoje otworzył nieboskłon… Zaczęło lać. Z małymi, właściwie ledwie godzinnymi przerwami w Łebie padało już do końca sierpnia.
Namioty rozkładano w deszczu. Okazało się, że spadająca woda nie wsiąkała w glebę. Na polu namiotowym tworzyło się jezioro. Zrobiło się zimno. Od morza nadleciał porywisty, przenikliwy wiatr, który co rusz rozrywał połacie płacht namiotowych. W ten koszmar zabytek motoryzacyjny „Energetyka” zaczął zwozić, kilkoma turami, uczestników obozu. Największa awantura wybuchła, kiedy członkowie orkiestry symfonicznej zauważyli, że deszcz dostaje się do ich instrumentów, nie rzadko cennych. Zaprzestano prób. Namioty przeciekały. Łóżka w namiotach stały w wodzie. Plecaki leżały w wodzie. W stołówce, do talerzy z posiłkiem i za kołnierze jedzących, kapała woda. Między namiotami brodziło się w coraz bardziej grząskim bagnie… Jednym słowem koszmar koszmarów. A jednak, mimo ponurych prognostyk, wszyscy optymistycznie wyglądali słońca chodzącego po niebieskim niebie nad gorącą plażą, przy brzegu morza, w którym można się kąpać. Nic takiego się nie zdarzyło. Było coraz gorzej. Znikoma mniejszość uczestników obozu dotrwała do jego założonego końca. Nie było plażowania, prób i zaplanowanych w Łebie, Wejherowie i okolicach tych miast występów. Była gehenna. Źle się kojarzyło wtedy w Łebie pojęcie obozu…
W tym marazmie – należy to zaznaczyć – na wyżynach solidarności, poświęcenia i empatii zachowywali się owi mechanicy od zdezelowanego autokaru, którzy dojechali do Łeby w charakterze służby technicznej. Z wielkim oddaniem i – w tamtych warunkach – z zaciętością pracowali przy naprawach fruwających namiotów, niwelowaniu z ich wnętrz wody, ratowaniu instrumentów muzycznych, wożeniu prowiantu, usuwaniu śmieci itp., itp.… Bez nich tamta pogoda wessałaby obóz z jego uczestnikami w nicość w dwa, trzy dni. I wszystko to czynili tylko za wyżywienie. Przez cały czas ich tam pobytu, nie zauważyłem, by któryś z nich wypił choćby piwo, a w Warszawie, bynajmniej, nie stronili od trunków. Nie mieli – widać – na takie ekscesy czasu i — zapewne po intensywnych zajęciach — siły…
Wczasy kondycyjno-wypoczynkowe z występami zespołów były zaplanowane w Łebie na okres miesiąca. Ale zakończyły się po dwóch tygodniach. Część uczestników uciekła wcześniej. Najodważniejszych, ustawicznie naprawiany autokar, zdołał jeszcze z ich sprzętem dowieźć do Warszawy. Ale zaraz po powrocie historyczny ten wehikuł został odprowadzony w swoje ostatnie miejsce przeznaczenia, na jakieś stołeczne złomowisko. Tak niefortunnie sfinalizował się epizod autokarowy „Energetyka”. Natomiast własny, pracy w tym Domu Kultury, zakończyłem niecały rok później, wynosząc z niego bagaż wartościowych doświadczeń i wspomnienie poznanych w nim wyjątkowych ludzi, z jakich kilku stało się dla mnie niezmiernie cennych w moim późniejszym życiu – w sensie wzorów myślenia i postępowania. Najważniejszym był jednak Tadeusz Sarnecki. Bardzo żałuję, że moje kolejne życiowe wybory dały mi trzykrotne zaledwie jeszcze z nim, krótkie spotkania, w jego już schyłkowym okresie, kiedy pracował jako urzędnik w Ministerstwie Kultury.
