Waldemar Piasecki: Koniec inkwizytora

07.02.2020

Trochę ponad 70 lat temu w waszyngtońskiej restauracji „Colony Club” ufundowano Ameryce koszmar piekła wewnętrznego. Jego pomysłodawcy i operatora, Josepha McCarthy’ego Amerykanie wolą dziś nie pamiętać. Tym, co pamiętają — towarzyszy odruch obrzydzenia. Prezydent Harry Truman, jeszcze za życia McCarthy’ego powiedział, że jest „największym atutem Kremla” w walce… z Ameryką. Atut skończył, zapijając się na śmierć.

Joseph McCarthy, człowiek, który chciał oczyścić Amerykę do spodu. Ze wszystkiego, co uznał za niezbędne do wyczyszczenia. Foto: Youtube

Restauracja ‘Colony Club’ oddalona o pół godziny od centrum Waszyngtonu ma znakomitą renomę. 7 stycznia 1950 roku zadecydowały się tu przy kolacji czterech dżentelmenów wewnętrzne losy Stanów Zjednoczonych wspominane dziś jako koszmar, a alegorycznie sportretowane przez Arthura Millera w dramacie ‘Czarownice z Salem’. Przy dobrze wypieczonych stekach wołowych i pędzonej z kukurydzy amerykańskiej wersji whisky o nazwie bourbon wykluwało się polowanie na czarownice, które jednemu z uczestników biesiady miało otworzyć drogę do pięknej kariery politycznej, z mgliście majaczącym na horyzoncie Białym Domem.

nawet.

Restauracja „Colony Club” przedsionek amerykańskiego piekła. Foto: Archiwum

Kolację stawiał Joseph McCarthy, 42-letni członek Senatu USA ze stanu Wisconsin, który dostał się na Kapitol w wyniku fuksa wyborczego w 1946 roku.

Senator od cukru i… SS

Zdemobilizowany z armii nie bardzo wiedział, co robić i bez przekonania wystartował o nominację Partii Republikańskiej przeciwko Robertowi La Follete’owi Jr. (synowi wieloletniego senatora „Fighting Boba” La Follette’a). Wygrał minimalnie, bo republikanie postanowili utrzeć nosa jego rywalowi za kilkuletni romans z efemeryczną Partią Postępu. Przeciwnika demokratycznego McCarthy pokonał już dużo łatwiej i tak został, mając 38 lat, najmłodszym senatorem swej kadencji.

Najpierw skupił się na kwestii racjonowania cukru. Potem włączył się do kontrowersyjnego lobbingu na rzecz ułaskawienia skazanych na śmierć przez amerykański sąd wojskowy żołnierzy… Waffen-SS. Sprawców masakry pod belgijskim miasteczkiem Malmedy. 17 grudnia 1944 roku pancerna grupa uderzeniowa w sile stu człogów pod dowództwem SS-Standartenführera Joachima Peipera wzięła do niewoli około 150 żołnierzy amerykańskich z 285. batalionu obserwacyjnego artylerii polowej. Rozbrojonych ustawiono na skrzyżowaniu dróg i otworzono do nich ogień. Zginęło 84, reszta zdołała uciec i się ukryć. Rannych Niemcy dobijali strzałami w głowę. Zabitych pozostawiono na miejscu. Amerykanie postanowili sprawców zbrodni wojennej odnaleźć — i istotnie w niemieckiej masie jenieckiej odszukali Peipera i jego 42 wojaków. Zostali skazani na śmierć w 1946 roku.

Wyrok wywołał falę protestów społeczności niemieckiej i oskarżenia, że Amerykanie stosują prawo dzikiego odwetu. Padały porównania do sowieckich poczynań w Katyniu. Senat USA wszczął śledztwo w wyniku kampanii grupy senatorów z Robertem Taftem na czele i krzykliwym Joe McCarthym w składzie, któremu niektórzy przeciwnicy przypisywali takie zaangażowanie z powodu… niemieckiego pochodzenia matki. Śledztwo komisji doprowadziło ostatecznie do rewizji wyroku i zmiany kar śmierci na dożywocie i długoletnie więzienie.

Obok uchybień proceduralnych analizowano także możliwość wpływania na przebieg procesu SS-manów Moskwy, zainteresowanej eksponowaniem hitlerowskich zbrodni na jeńcach wojennych w kontekście ich legendy katyńskich. Amerykanie dobrze wiedzieli, kto w Katyniu mordował polskich oficerów, ale ze względów politycznych jeszcze nie decydowali się tematu eksponować. Zmieni to dopiero wojna koreańska. W większości wyroki na SS-manach złagodzono. Peiper wyszedł na wolność w 1956 roku. Zawsze pozostał wdzięczny McCarthy’emu.

Senator od… sowieckich agentów

Kiedy ten stawiał kolację miał do następnych wyborów senackich ponad dwa lata i było oczywiste, że na Kapitol nie wjedzie ponownie, jako obrońca SS-manów, którzy mordowali bezbronnych amerykańskich żołnierzy. Chciał porady — co powinien zrobić, aby zdobyć zaufanie wyborców. Uważał, że zaproszeni goście mu pomogą. Byli to: William A. Roberts, znany stołeczny adwokat; prof. Charles H. Kraus politolog Georgetown University oraz zdecydowanie najważniejszy z nich, legendarny założyciel i dziekan Wydziału Służby Zagranicznej tej uczelni, jezuita o. prof. Edmund Walsh. On właśnie miał zaoponować, aby hasłem kampanii wyborczej McCarthy’ego uczynić sowieckie zagrożenie Ameryki.

Nie był to pomysł abstrakcyjny. Ameryka żyła kwestią infiltracji aparatu państwa przez komunistyczną agenturę. W wielu zresztą przypadkach w pełni uzasadnioną. Nie kryją tego w swoich wielkonakładowych wspomnieniach publikowanych w Rosji wysocy funkcjonariusze NKWD, budujący legendę sowieckiego wywiadu, Sergo Beria (syn Ławrentija) czy Paweł Sudopłatow. To samo wynika z publikacji długoletniego archiwisty NKWD Wasilija Mitrochina, który z ogromnym zasobem kopii archiwalnych uciekł do Anglii w 1993 roku.

NKWD potrafiło m.in. uplasować swego agenta Lauchhlina Currie jako asystenta Roosevelta. Harry Dexter White (ps. Jurist) był zastępcą Sekretarza Skarbu Henry’ego Morgenthaua, a Duncan Lee (ps. Koch) asystentem generała Williama Donovana, szefa OSS (Office of Strategic Studies – poprzednika CIA). Gregory Silvermaster (ps. Nathan) kierował biurem statystyki w Departamencie Skarbu, zaś Owen Latimore był zastępcą szefa biura informacyjnego rządu. W Departamencie Stanu działo kilku agentów z najbardziej znanym Algerem Hissem (ps. Ales), głównym doradcą Roosevelta w Jałcie. Tam tak bardzo przypadł do gustu Andrejowi Gromyce, że w trakcie konferencji założycielskiej ONZ w San Francisco, zaproponował amerykańskiego kolegę na stanowisko p.o. sekretarza generalnego. Sukcesy odnosili także Rosjanie w penetracji amerykańskiego programu atomowego „Manhattan”. Agentami okazali się czołowi fizycy pracujący w Los Alamos i innych ośrodkach oraz członkowie personelu pomocniczego. Bruno Pontecorvo zdołał uciec do ZSRR. Juliusz i Ethel Rosenbergowie (ps. Antena, Liberał) zostali aresztowani.

Podczas kolacji w ‘Colony’ McCarthy oczywiście nie wiedział, jak się skończy za dwa tygodnie proces Hissa (pięć lat za… krzywoprzysięstwo; prokuratura nie zdecydowała się przedstawić dowodów z rozszyfrowanych depesz sowieckich) czy za rok i dwa miesiące proces Rosenbergów (kara śmierci za szpiegostwo i zdradę; bez wątpienia w wyniku konsekwentnej postawy obojga kwestionowania oczywistych nawet dowodów i odmowy współpracy z sądem). O nich wszystkich senator wiedzę czerpał z mediów. To się miało jednak szybko zmienić.

Debiut w Wheeling

Joe McCarthy po raz pierwszy publicznie zaatakował 9 lutego 1950 roku podczas spotkania z grupa kobiet republikańskich na temat amerykańskiego patriotyzmu. Posłużył się listem, jaki w 1946 roku napisał sekretarz stanu James F. Byrnes do kongresmana Adolpha Sabatha. Informował, że wewnętrzne śledztwa Departamentu Stanu wykazały, iż 284 osoby nie powinny tam pracować, bo mają powiązania z komunistami, albo inne ułomności (np. alkoholizm czy homoseksualizm). Ubolewał równocześnie, że jednak tylko 79 z zostało zwolnionych, a pozostałe 205 osób pozostało na swoich stanowiskach. McCarthy już sam ustalił, że „choroba” komunizmu dotyczy 57 z nich. Obwieszczał o tym paniom republikankom i dodawał, że jak ma być dobrze, skoro w Departamencie Stanu wielu ludzi ma „legitymacje komunistyczne”. O występie McCarthy’ego stało się głośno.

W marcu tegoż roku prestiżowy stołeczny dziennik „Washington Post” zamieścił rysunek słynnego karykaturzysty Herberta Blocka, na którym oszalały facet z wiadrem lezie po drabinie gasić zarzewie zła w Ameryce, jakim jest pochodnia Statui Wolności.

Bloch po raz pierwszy użył słowa „Maccarthyzm”. Senator zaraz skwapliwie go podchwycił i zaczął używać, jako uogólnienia dla pewnego „nurtu odnowy moralnej”. Z czasem zacznie powtarzać jak mantrę: „Maccarthyzm to… amerykanizm z podwiniętym rękawami”. Podwiniętymi, aby lepiej używać rąk do walenia w pysk „zdrajców Ameryki”.

Idąc za ciosem, oskarżył przewodniczącego Stałej Podkomisji Śledczej Senatu ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego senatora z Marylandu Miliarda Tydingsa o szkodliwe pobłażanie, doprowadził do jego klęski wyborczej i dymisji.

Niesiony tą falą sam wygrał wybory 4 listopada 1952 roku, będąc jedną z bardziej znaczących postaci idącej do władzy, wyposzczonej długimi latami demokratycznej dominacji partii republikańskiej. Bez reszty zaangażował się w kampanię prezydencką bohatera II wojny gen. Dwighta Eisenhowera i kongresmana z Kalifornii Richarda Nixona na pozycje wiceprezydencka. Udało się.

Krucjata przeciwko „zdradzie narodowej”

W nowej kadencji McCarthy został już szefem komisji śledczej i rozpoczął rolę swego życia. Postanowił dobrać się do czołowych postaci demokratycznej administracji Trumana, którą oskarżył o „20 lat zdrady”. Bojąc się uderzenia w samego Trumana, wybrał za cel jego sekretarzy stanu Deana Achesona i George’a Marshalla, zdaniem lustratora, ponoszących odpowiedzialność za klęski dyplomatyczne USA, które wzmacniały siłę ZSRR. Mimo serii widowiskowych przesłuchań McCarthy’emu nie udało się wykazać ich winy, od czego zapewne już tylko krok byłby do snucia podejrzeń o agenturalne powiązania z Kremlem. Kolejną kampanię stoczył o „odstrzelenie” przez Senat kandydatury Charlesa Bohlena na ambasadora w Moskwie. Ten zawodowy dyplomata znający od ćwierćwiecza Rosję, jej język i realia w dużej mierze formował opinię Roosevelta w dziedzinie sowieckiej. W Jałcie pełnił funkcję jego tłumacza w rozmowach ze Stalinem i z Algerem Hissem walczył o dostęp do prezydenckiego ucha. McCarthy postanowił spektakularnie zdeprecjonować Bohlena, ale – ku swemu zaskoczeniu – trafił na kontrę samego Eisenhowera. Senat zatwierdził ambasadora miażdżącą większością głosów 74:13.

Przegrawszy ten bój, skupił się na innych obszarach rzeczywistości. Atak skierował przeciwko mediom podejrzanie liberalnym ostatnimi laty wobec Rosji oraz światowi kultury i sztuki też skręcającemu na lewo. Jako zagorzały katolik i wychowanek jezuickich uczelni, skłonny był wiązać słabość kręgosłupa ideologicznego z niedostatecznym uwewnętrznieniem tradycyjnych wartości katolickich. Kto ich nie posiada silnie wykształconych, jest podatny na szkodliwe dewiacje.

Wzrok skierował więc na Żydów i…. homoseksualistów. W widowiskowy sposób zainicjował akcję oczyszczania bibliotek publicznych z pozycji „prokomunistycznych”. Powstała lista 418 prohibitów, na której do końca coś skreślał i dopisywał. Znalazły się tam dzieła tej miary co np. „Grona gniewu” Steinbecka czy „Buszujący w zbożu” Salingera. Dokonał także – używając słów Jana Nowaka-Jeziorańskiego – masakry w Głosie Ameryki, skąd zażądał zwolnienia 830 (!) pracowników, osobiście konsultując każde nazwisko. Większości proponowano, przed ostatecznym „wyrokiem”, przystąpienie do ruchu odnowy poprzez donoszenie na kolegów. „Podejrzane” media oczywiście zareagowały, jak przystało na „agenturę” frontalną krytyką poczynań McCarthy’ego i porównywaniem do hitlerowskich czystek antyinteligenckich, palenia książek i zamykania redakcji.

Chaplin i spółka

Czystki miały szczególnie widowiskowy, by nie rzec – filmowy charakter w Hollywood. Przed inkwizycję McCarthy’ego trafiały jedna po drugie sławy i osoby powszechnie podziwiane. Próbowano unurzać w szambie Charlie Chaplina. Poniżyć znaną pisarkę i scenarzystkę Lillian Helman, wypchnąć poza nawias obiegu publicznego sławnego dramaturga Arthura Millera (męża Marilyn Monroe), a genialnemu kompozytorowi Aaronowi Coplandowi zasugerować, żeby już się nie zajmował nutami. Inkwizytorzy przyczepili się także do mistrza musicalu Leonarda Bernsteina i aktora Zero Mostela (wejdzie do historii, jako pierwszy odtwórca postaci Tewje Mleczarza w „Skrzypku na dachu”).

Zaatakowany zostanie ojciec bomby wodorowej, słynny fizyk Robert Oppenheimer, ale też pionier badań nad seksualnością i jej wpływem na zachowanie ludzkie Alfred Kinsey (głównie za ujawnianie wyników badań nad skłonnościami homoseksualnymi, jaki deklarowało mu w 1948 roku aż 38% ankietowanych).

McCarthy dbał, aby powoływanie przed komisję miało charakter jarmarcznego show z udziałem mediów. Często „podejrzany” dowiadywał się, że ma się tłumaczyć od oskarżeń innych: na przykład zasłyszanych z… radia lub od sąsiada, który z kolei usłyszał o czymś na wiecu urządzonym po meczu bejsbola.

Inkwizytorska nagonka miała swoją „antysemicką gębę” – będzie wspominał po latach Jan Karski – Znaczna część atakowanych artystów i naukowców będą to Żydzi, co zostanie dodatkowo przyprawione odpowiednim sosem propagandowym. Sam będę świadkiem wielu niezasłużonych cierpień z tego powodu, jak choćby w przypadku Lenniego Bernsteina, którego znałem jeszcze z lat 40.

Wiele szykan dotyczyć będzie znajomych mojej żony, tancerki-artystki Poli Nireńskiej, warszawskiej Żydówki. Paradoks polegał także i na tym, że uderzano nierzadko w żydowskich artystów i intelektualistów, którzy w czasach Hitlera musieli uciekać z Niemiec. Tworzono karkołomne konstrukcje „detektywistyczne”, że niechybnie, jeszcze w Europie, ludzie ci musieli zostać kiedyś zwerbowani przez Sowietów, by potem w Ameryce się uaktywnić i jej szkodzić.

By ciągle znajdować się na czołówkach gazet, cynicznie wykorzystywał media, oferując im sensacje nie z tej ziemi, które okazywały się potem wymysłami i kłamstwami. Zbudował nawet swego rodzaju prasową „gwardię pretoriańską” z ze słynnym brukowcem „Confidential” osiągającym w okresie największego „sukcesu” nakład 4 mln egzemplarzy, czyli tyle ile sowiecki organ związków zawodowych „Trud” i na tym samym poziomie merytorycznej perswazji.

Leonard Bernstein, kompozytor i dyrygent też był na celowniku… . Foto: Wikipedia

McCarthy’ego w szczególny szał wprawiały przejawy wszelkich odruchów solidarności zawodowej, np. odmawiania zgłaszania się przed komisję czy protestowanie w obronie poniewieranych przed nią kolegów. Lustrator z Wisconsin z upodobaniem grał kartą specyficznego statusu jego komisji, której można było odmowić, jedynie powołując się na Piątą Poprawkę do Konstytucji USA. Pozwala ona na odmowę zeznań, jeżeli miałby posłużyć… samooskarżeniu. Zatem odmawiający w oczach inkwizytorów, praktycznie i tak się pośrednio samooskarżał. Stawiani przed komisją nie mieli praktycznie żadnych szans obrony, już sam fakt wezwania oznaczał infamię, a w wielu przypadkach po przesłuchaniu spotkał ich zakaz pracy w instytucjach państwowych i wybranych prywatnych, m.in. w Hollywood.

Skoro już jesteśmy przy tej „Fabryce Snów”, to Mc Carthy złamał solidarność jej załogi kolejnymi aresztowaniami artystów za odmowę stawienia się przed komisją śledczą. Artyści pękali jeden po drugim i szmacili się. Ludzie przecierali oczy i nie dowierzali uszom, śledząc zeznania przed komisją nieustraszonego szeryfa Gary Coopera, który plącze się, przymila i nadskakuje słuchającym go pętakom. Nie mogli uwierzyć, że Elia Kazan sypie przyjaciół, „potwierdzając” ich komunistyczne inklinacje. Zbierało im się na wymioty, gdy John Wayne w 1952 roku wcielał się w ekranową postać „Wielkiego McLaina”, specagenta, który rozpracowuje kolejne spiski komunistyczne amerykańskich kongresmanów.

Gdy w tym samym roku Charlie Chaplin dowiedział się, że komisja szykuje mu szczególnie „gorące” przyjęcie, aby mu „podziękować za współpracę”, sam jej podziękował, wsiadając do samolotu lecącego do Londynu.

Charlie Chaplin, jako filmowy dyktator Hitler, sam musiał uciekać przed „fuhrerkiem” McCarthym. Udało się, ale został skazany na banicję. Foto: Wikipedia

McCarthy zamierzał doprowadzić do aresztowania geniusza filmu, odebrania mu prawa stałego pobytu (Chaplin nigdy nie starał się o obywatelstwo amerykańskie) i deportowanie. Przyjaciele uprzedzili aktora.

Król w Nowym Jorku, czarownice w Salem

Na tępą opresję Joe McCarthy’ego artyści odpowiedzieli mu utrwaleniem go w dziełach artystycznych. Arthur Miller napisał kultowy dla tego czasu dramat „Crucible” (tyle, co proces próby przed sądem czarownic) znany pod polskim tytułem „Czarownice z Salem”, w którym dokładnie portretuje amerykańskiego oberlustratora, jego mechanizmy działania i towarzyszący im klimat. Z kolei Charlie Chaplin, który ostatecznie osiądzie w szwajcarskim Vevey, unieśmiertelni McCarthy’ego filmem „Król w Nowym Jorku”. Powstanie on we Francji i będzie historią króla Igora Shahdova, którego rewolucja wypędza z ojczyzny. Przybywa do Nowego Jorku bez pieniędzy, okradziony przez własnego premiera. Zarabia reklamami telewizyjnymi, w których poznaje 10-letniego ucznia i redaktora gazetki szkolnej Rupperta (gra go syn Chaplina, Mike). Gówniarz jest totalnym anarchistą i nie uznaje żadnej władzy, za to jego rodzice są komunistami. Zostaną za to uwięzieni, a mały trafi przed komisję (McCarthy’ego), gdzie przypadkowo wymieni imię króla. Król naturalnie zaraz stanie przed komisją. Jakoś się z komunizmu (który go obalił) wybroni. Ameryki będzie miał już jednak wyżej uszu i wyjedzie do Paryża wprost w objęcia ekscentrycznej księżniczki. Tam też zaprosi Rupperta z rodzicami (jak tylko wyjdą z pierdla).

Ironia Chaplina okazał się tak bolesna, że film wszedł na ekrany w USA dopiero w… 1973 roku, czyli 16 lat po śmierci Joe McCarthy’ego.

Generałowie na celowniku …

… McCarthy’ego też się znaleźli. Bezpośrednim impulsem do zrobienia czystki w armii okazała się wojna koreańska, podczas której – zdaniem lustratora – doszło do poniżającej kompromitacji Ameryki. Uznał ją za nieprzypadkową i rozpoczął poszukiwanie „rzeczywistych” przyczyn. Ten „zamach” na generałów, z których jeden – trzeba trafu – zasiadł w Białym Domu, nie wzbudził entuzjazmu. Eisenhower zaczął uważniej przyglądać się McCarthy’emu, tym bardziej że inkwizytor ruszył jak czołg na gen. George’a Marshalla, bohatera II wojny i jej głównego menadżera (był wtedy szefem Połączonego Komitetu Szefów Sztabów), a po wojnie menadżera nowego świata europejskiego (plan Marshalla).

Inkwizytor postanowił zlustrować politykę i pragmatykę awansów we wszystkich rodzajach sil zbrojnych, pod kątem preferowania przy nich oficerów agenturalnie powiązanych z Moskwą. Pretekstem stał się awans do stopnia majora kapitana Irvinga Peressa, doktora stomatologii, który jako rezerwista dostał powołanie, a po zakończeniu służby przeszeregowanie o stopień. Była to pomyłka biurokracji wojskowej, ale McCarthy rozdmuchał ją do niebotycznych rozmiarów, kiedy dowiedział się, że Peress był sympatykiem partii komunistycznej. Zarzucił konspirację gen. Raplhowi Zwickerowi, bohaterowi lądowania w Normandii i tam zresztą rannemu. Tym, co miało łączyć generała z kapitanem-dentystą prócz „lewoskrętu”, było ich jednakowe – wiadomo jakie – pochodzenie.

Mc Carthy zaplanował masowe, idące już w setki generałów i wysokich oficerów – przesłuchania. Postanowił ominąć pragmatykę zwracania się o zgodę dowódców na powołanie podwładnych przed komisję. Wybuchł otwarty konflikt, w którym prezydent-generał poparł swoich. Wtedy senator postanowił wezwać na przesłuchania… wysokich urzędników Białego Domu. Na co prezydent odpowiedział, że chroni ich Executive Immunity czyli prawo odmowy odpowiadania na jakiekolwiek pytania o działania powzięte z polecenia prezydenta w ramach obowiązków służbowych. Wściekły McCarthy początkowo postanowił odpowiedzieć wezwaniem przed swe oblicze samego Eisenhowera, ale to już tak wystraszyło innych członków komisji, że zamiaru poniechał.

Broni nie składał. Zaapelował do prezydenckich, żeby powołanie się Eisenhowera na immunitet zignorowali i stawili się przed komisją. „Ike” natychmiast nazwał to nawoływaniem do buntu i nielojalności wobec najwyższego urzędu w państwie.

Zapiekła determinacja lustracyjna McCarthy’ego była nie tylko bolesna prestiżowo dla otoczenia prezydenta, ale rodziła konkretne podejrzenia, że operujący jak małpa brzytwą „macacz kur z Wisconsin” (aluzja do posiadania przez McCarthy’ego fermy drobiu) może doprowadzić do zdekonspirowania tajnych operacji CIA przeciwko ZSRR i innym państwom.

Telewizyjna klęska

„Macacz” szedł na całego. Dyskontując fakt transmitowania przesłuchań przez telewizję, grał o rząd dusz w Ameryce. Do decydującej batalii doszło pomiędzy 22 kwietnia, a 17 czerwca 1954 roku. Armia wystawiła przeciw niemu najlepszego adwokata procesowego noszącego mundur, swego naczelnego prawnika Josepha Welcha. McCarthy’emu, samemu prawnikowi (choć bez sukcesów zawodowych) towarzyszył młodszy o 20 lat, główny prawnik komisji, nowojorczyk Roy Cohn, najwierniejszy druh inkwizytora i jego powiernik. Welch rozbijał w proch wszystkie zarzuty dowodząc, że komisja nagina, a niekiedy wręcz fabrykuje fakty dla dowodzenie swoich tez. Posuwa się nawet do używania falsyfikowanej korespondencji i fotomontażowo zmienianych zdjęć.

Miał też innego pecha. Na jego drodze stanął znakomity dziennikarz radiowy CBS, szybko kreujący własny styl dziennikarstwa telewizyjnego Edward R. Murrow. Podczas wojny zasłynął relacjami z bombardowanego Londynu i reportażem z wyzwalania obozu w Buchenwaldzie. Po wojnie pionierską audycją informacyjno-polityczną „Hear It Now” („Posłuchaj teraz”), zmodyfikowaną w telewizji jako „See It Now” („Zobacz teraz”). Nadawany od 18 listopada 1951 roku program od początku przeciwstawiał się „czerwonej panice” McCarthy’ego i łamaniu przezeń ludzi. Od 1953 roku uruchomił drugi program „Person to Person” ostrych wywiadów ze znanymi osobistościami, który do dziś wyznacza standardy tego gatunku.

9 marca 1954 roku Murrow wyemitował w cyklu „See It Now” półgodzinny program „Raport na temat Jospeha McCarthy’ego”. Był to majstersztyk.

Edward R. Murrow, dziennikarz telewizyjny CBS, który położył kres karierze McCarthy’ego. Foto: Wikipedia

Do krytyki działań McCarthy’ego użyto… jego własnych sformułowań i wypowiedzi użytych w innych okolicznościach. Ludzie z otwartymi ustami patrzyli na obraz paranoika, który sam sobie przeczy i zmierza ku szaleństwu. CBS przestraszone efektem programu podczas kolaudacji zabroniło, aby Murrow używał do jego promocji logo stacji i telewizyjnej kasy. Murrow i jego team sami zrzucili się na ten cel. Efekt emisyjny był piorunujący. Spowodował masowe odwrócenie się społeczeństwa amerykańskiego od szalonego lustratora. Murrow dobił go jeszcze propozycją repliki antenowej, co McCarthy przyjął, zwlekał trzy tygodnie, po czym wypadł tak blado i kompromitująco, że lepiej by w ogóle się nie pokazał.

The end…

Wielkość inkwizytora legła w gruzach. Jego komisja rozpadła się, a 30 grudnia 1954 roku Senat USA w specjalnej uchwale potępił metody działań McCarthy’ego i jego kolaborantów. Końcówka jego kadencji była już tylko wegetacja polityczną w atmosferze totalnej pogardy publicznej, kpiny i liczonych w tysiące złośliwych dowcipów. Joe próbował moderować nastrój i redukować napięcie litrami wypijanego kukurydzianego ‘bourbona’. By ratować małżeństwo, zdecydowali się z żona Jean na adopcję kilkumiesięcznej dziewczynki Tierny Elizabeth, która trafiła do ich domu 13 stycznia 1957 roku. Za chwilę wygasał jego mandat senatorski.

Zmagając się ze sobą i ‘bourbonem’ Joseph McCarthy dotarł do daty 1 maja. Poszedł w cug. Nad ranem następnego dnia znaleziono go martwego. Według potocznej wersji udusił się we śnie własnymi wymiocinami. Według wersji oficjalnej – współpracy odmówiła wątroba.

Po hollywoodzku mógłby się pojawić napis „The end”.

Po kole

Miał piękny pogrzeb. Najpierw żegnali go w Waszyngtonie, potem złożyli do grobu w rodzinnym Appleton na głębokiej prowincji stanu Wisconsin, skąd tuż po wojnie ruszył w wielki amerykański świat.

Został wyposażony na tę drogę tradycyjnym, religijnie surowym wychowaniem w niemiecko-irlandzkiej katolickiej rodzinie, w której liczył się twardy konkret. Dlatego, gdy tylko ukończył podstawówkę, założył kurzą farmę na własny rachunek. Splajtował w wieku 20 lat i poszedł pracować do sklepu spożywczego. Rok później poszedł do szkoły średniej, a po niej na jezuicki Marquette University w Milwaukee. W 1935 roku, po ukończeniu prawa, spróbował praktyki adwokackiej. Nie bardzo mu szło, więc zapisał się do demokratów. Ci pomogli mu w karierze lokalnego sędziego.

Na okręgowego poszedł już kandydować z republikanami i został nim w powiecie Outagamie w 1939 roku. Dał się poznać jako sędzia obiektywny, ale otrzymał naganę za „ciężkie naruszenie powagi sądu poprzez dopuszczenie do zniszczenia akt sprawy”, cokolwiek by to miało oznaczać.

W 1942 roku po przystąpieniu USA do wojny poszedł na nią. Otrzymał stopień porucznika w US Marines, gdzie służył, jako fotograf pokładowy. Wziął udział w 11 lotach bojowych, by upierać się potem, iż było ich 32 (bo to dawało tytuł do odznaczenia Distinguished Flying Cross). Odszedł w randze kapitana. Bez ran i orderów za waleczność. Chwalił się co prawda listem gratulacyjnym od admirała Chestera Nimitza, potem jednak okazało się, że napisał go sam na admiralskim papierze firmowym. W 1945 roku wrócił w rodzinne strony, gdzie upomniała się o niego historia…

Potem wiemy, co się stało. Zaczął porządkować amerykański świat na swój strój. Ameryka się na tym nie poznała. Bywa. Wrócił do Appleton. Już tylko na cmentarz.

Memento

Kiedy w 50. rocznicę kolacji McCarthy’ego w styczniu 2000 roku, profesor Jan Karski zabrał mnie na kolację, aby porozmawiać o t a m t e j kolacji, najważniejsze pytanie było następujące. Czy ojciec profesor Edmund Walsh, dziekan School of Foreign Serivce Georgetown University, mistrz Jana Karskiego i inspirator jego wspaniałej kariery akademickiej, mógł się aż tak pomylić w stosunku do McCarthy’ego? Czy rzeczywiście podpowiadając hasło wyborczej kampanii, wykreował diabła, który zniewolił Amerykę na cztery długie lata?

Jan Karski ważył odpowiedź. Brzmiała:

Ojciec Walsh był jednym za najzacieklejszych antykomunistów, jakich znałem. Poznał istotę tego systemu, gdy w latach 30. podróżował do Rosji. Zakładając Szkołę Służby Zagranicznej, zapewne wyobrażał sobie w swej jezuickiej roztropności, że będzie ona służyć także walce z komunizmem. Ale nigdy z konkretnymi ludźmi. Mc Carthy z rady Walsha wywiódł, że używając haseł antykomunizmu, może zwalczać dowolnych ludzi. Użył ojca Walsha cynicznie. Paradoksalnie nasz dziekan nie mógł świadomie śledzić owoców „dzieła” McCarthy’ego. W marcu 1952 roku, podczas przyjęcia z okazji jego urodzin doznał wylewu krwi do mózgu. Nigdy nie powrócił do sprawności. Szał krucjaty McCarthy’ego przetrwał nieświadomie. Odszedł 31 października 1956 roku. Europą wstrząsał wtedy zryw antykomunistyczny. Ale już bez związku z McCarthym. Wkrótce i po nim Ameryka głęboko odetchnęła. Eksperyment w podobnym wydaniu jest już we współczesnym świecie niemożliwy.

Czyżby, Profesorze?

Waldemar Piasecki

Pisarz, dziennikarz

Od 30 lat aktywnie uczestniczy w  polsko-żydowskich i żydowsko-chrześcijańskich wzajemnych relacjach i dialogu. Współpracuje z wieloma polskimi pismami.

W ostatnich latach życia Jana Karskiego był jego sekretarzem, koordynatorem działalności publicznej, a przede wszystkim przyjacielem.

Waldemar Piasecki

Waszyngton

Ameryka na wszelki wypadek przestrzega samą siebie przed samą sobą:

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. slawek 2020-02-07
  2. Yac Min 2020-02-07
    • Paweł Grabski 2020-02-07
  3. jrk 2020-02-07
  4. jrk 011 2020-02-09
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com