Stefan Bratkowski: Wstyd i sprawiedliwość (3)

Po trzech i pół tysiącach lat Kreta odezwała się do nas, potomnych – swoimi tabliczkami. Zapisano je dwoma rodzajami tajemniczego pisma. Evans to wyraźnie starsze nazwał pismem linearnym A i przypisał je Kreteńczykom. Drugie, jak je ochrzcił – pismo linearne B, na blisko 4 tysiącach znalezionych glinianych tabliczek, uznał za dokumenty nieznanego języka, który nazwał „minojskim”. Nikt inny nie mógł ich badać, bo Evans, zostawszy autorytetem nie do podważenia, blokował latami dostęp do nich, zwłaszcza tym, którzy wbrew jego poglądowi przypisywali nieznanemu językowi jakieś związki z greką. W imię szacunku dla wieku i zasług Evansa nikt otwarcie nie protestował.

Nie było to pismo klinowe. Babilon pisał, odciskając kawałkami trzciny w miękkiej glinie tabliczek znaki w kształcie klina – bo inne kształty byłyby zbyt pracochłonne i trudne. Potem tabliczki suszono i wypalano. Gromadziły je biblioteki, przeważnie w dalszej historii zniszczone, ale 30 tysięcy tabliczek biblioteki asyryjskiego króla Asurbanipala uchowało się w odkopanej Niniwie. To z nich korzystał Grotenfeld, ze skromnego nauczyciela profesor uniwersytetu…

Kreteńskie tabliczki, z gliny tylko suszonej, też miały swego Grotenfelda. W pewnym momencie dokonał się przełom, tak niespodziewany, jak sukces Grotenfelda i samo odkrycie Knossosu Wydarzenie jak z powieści sensacyjno-fantastycznej – oto rok 1936, na londyński wykład 85-letniego Evansa o cywilizacji minojskiej przyszedł czternastoletni angielski chłopiec. Opuścił salę rozpłomieniony perspektywą wielkiej przygody – z własnego wyboru. Czy coś to znaczyło? Tego chłopca już wcześniej uważano za swoisty fenomen: matka, Polka, z domu Janasz, żona brytyjskiego oficera, chowała małego chłopczyka w angielszczyźnie, zwiedzał z nią British Museum, a mając sześć lat, nauczył się Michael Ventris sam po polsku, siedmioletni przeczytał w Szwajcarii po niemiecku książkę o hieroglifach i opanował język francuski. W londyńskiej szkole średniej nauczył się potem starogreckiego i łaciny! I jeszcze – nowogreckiego, włoskiego i szwedzkiego. Kiedy zmarł mu ojciec, jeszcze przed drugą wojną światową, pomagała matce i chłopcu rodzina z Polski (polski dziadek Michaela był właścicielem cukrowni, ta rodzina hodowców stworzyła najwydajniejszą w świecie odmianę buraka cukrowego). Niestety, zmarł i ten dziadek, okupacja niemiecka uniemożliwiła wszelkie kontakty i nie bardzo teraz mieli Ventrisowie z czego żyć. Niemniej w roku 1940 szacowne pismo American Journal of Archeology opublikowało artykuł angielskiego uczonego, niejakiego Michaela George’a Francisa Ventrisa – który naturalnie ukrył przed redakcją, że ma zaledwie 18 lat…

Wybuchła wojna, powołano Francisa do wojska. Przeżyć musiał nasz uczony jedną jeszcze klęskę: matka, straciwszy w Polsce i brata, przybita serią nieszczęść, w lęku o syna przedawkowała barbituraty. Michael został sam. Armia posłała go do Kanady na szkolenie lotnicze. Błyskawicznie go awansowano, latał potem cztery lata nad kontynent europejski bombowcem Royal Air Force jako nawigator. Ożenił się i dorobił się dwóch córeczek. Po wojnie skończył architekturę i pracował jako architekt. Geniusz sprawdzał się swoją dzielnością, ale temat zamierzonej przygody jakby w nim usnął.

Zainteresowała się nim pewna uczona, starsza od Ventrisa o kilkanaście lat, Amerykanka z Nowego Jorku, specjalistka filologii klasycznej i archeolog, Alice Kober. Z ciekawości popłynęła do Europy i już w czasie wojny nie zdołała wrócić do domu. Tam, w Londynie, pracując pod stałym zagrożeniem bombami Luftwaffe, doszła do wniosku, że 90 różnych znaków pisma linearnego B to pewnie sylaby, nie litery. Jeśli zapisano grupami sylab jakieś słowa, to widać mają one różne końcówki! Jeśli tak, mogłoby to oznaczać ich odmianę, jak w grece lub łacinie – a już nawet Evans zgadzał się, że tym nieznanym językiem rządzi fleksja, słowa mogą brzmieć różnie w jakichś deklinacjach lub koniugacjach. Dla notowania związków tych „sylab” pani Kober robiła sobie fiszki. Przy wojennym braku papieru zaradna jankeska wycinała je z ulotek, z wolnych stron w książkach i z kopert. Przez dalsze parę lat wojny zapisała tych fiszek 186 tysięcy! Ventris, wróciwszy z wojska do swej fascynacji, poszedł dalej. Zapoznał się z pismem cypryjsko-minojskim, być może – sylabicznym, datowanym na XV-XI wiek p.n.e. Pochodzić miało od kreteńskiego pisma linearnego. Michael przestudiował to, czego można się było dowiedzieć o języku Greków Myken, powiązał znaki pisma linearnego B ze spółgłoskami i samogłoskami, odgadł w pewnych łańcuchach znaków imiona własne, a pewne z nich odczytał jako nazwy miast. Tak też i było. Trafił. Jeszcze jednak w roku 1950, kiedy dzielną, 43-letnią wszystkiego Alice Kober za oceanem, w Brooklynie, zżarł nowotwór, Michael nie był pewny swego. I dopiero w 1952 r., już trzydziestoletni, powiedział radiu BBC, że pismo linearne B to zapis języka greckiego, jego archaicznej wersji, o kilkaset lat starszej od greki Homera. I że to pismo można odczytać.

Nie było już Towarzystwa Dyletantów. XX-wieczni uczeni ze zrozumiałą, XX-wieczną zawiścią naukową, uznali to rojeniami amatora-architekta. Wśród nich – młody filolog od greki starożytnej, starszy o dwa lata John Chadwick. Ale jedynie on siadł i wnikliwie przestudiował dociekania Ventrisa. Po czym zmienił całkowicie front i poparł go z całym, równie młodzieńczym zapałem badawczym. Ze swoją cenną znajomością starej greki dołączył do prac Michaela i razem w ciągu paru lat przygotowali rewelacyjne trzy tomy Documents in Mycenean Greek, „Dokumenty mykeńskiej greki”. Wyszły w roku 1956. Pismo linearne B zostało odczytane! Wielką przygodę nauki zamknął finał, niestety, jak w starożytnym dramacie – deus ex machina, tragiczny przypadek: Michael Ventris, 34-letni geniusz, zginął w katastrofie samochodowej, zanim ich książka się ukazała…

Print Friendly, PDF & Email