W tym starogreckim pożeraniu ofiar nie da się odczytać przejmowania cech zjadanego. I w ogóle człowiek był wtedy, jak można przypuszczać, mięsem inteligentniejszego zwierzęcia, chyba niekoniecznie smacznym, chyba łykowatym. Prawdopodobnie ciało ofiary, złożonej któremuś z bóstw, a już zwłaszcza pierworodnych potomków, zjadano właśnie w imieniu bóstwa, któremu oddano nią cześć. Prometeusz próbował podejść Zeusa podziałem zabitego ku jego czci wołu. Kombinował tak, by Zeusowi dostały się kości z tłuszczem, a jemu samemu – mięso; Zeus świadomie wziął gorszą część. To snadź upoważniło Greków, by oddawali bogom w ofierze jedynie kości i tłuszcz zabitego zwierzęcia, a sami zjadali mięso. Także – jakbym z tego wnioskował – mięso ofiar ludzkich, które przysmakiem nie było. Na ziemiach przyszłej Polski archeologia znalazła kości po upieczonych ciałach ludzkich z epoki niewątpliwie matriarchalnej i nie da się wykluczyć rytualnego kanibalizmu także w matriarchalnej pra-Grecji. Nie dopiero potem. I trudno rozważać wczesny matriarchat bez owego zjadania mężczyzn, złożonych bogom w ofierze. Bo inaczej – to niby dlaczego tylko mężczyzn?
Niemniej mitologia, w niej ten pochodzący z Krety Zeus, odbierała stopniowo ludożerstwu jego uświęcony charakter. Jedna ze starszych tragedii miała finał prawie idylliczny, całkowicie sprzeczny z potwornością, która go poprzedziła: Pandion, wygnany król Aten, wydał swoją córkę, Prokne, za trackiego króla Tereusa; Tereus zgwałcił siostrę Prokne, Filomelę, po czym, żeby nie mogła opowiedzieć, co ją spotkało, okaleczył ją, obcinając dziewczynie język. Filomela jednak opowiedziała swe nieszczęście – językiem krosien, utkanymi na nich obrazami. Prokne w odwecie, właściwym tej epoce mitów – zabiła swojego synka z Tereusem, Itysa, i podała mężowi jako pieczyste. I bogowie za to zmienili tylko Prokne w słowiczkę, Filomelę w jaskółkę, a Tereusa w dudka… Król Arkadii znów, Likaon, poczęstował Zeusa mięsem człowieka i Zeus obrócił go w wilka.
Kiedy Zeus już panował na Olimpie, tytani rozszarpali jego syna, Zagreosa, zrodzonego z Persefony, własnej córki Zeusa, o pelazgijskim, tubylczym imieniu. Wedle źródeł literackich Frazera utożsamiano tego Zagreosa z Dionizosem. Tytanów, którzy go zjedli – Zeus spalił piorunami albo wykończył torturami. Żywe jeszcze serce Zagreosa, symbolizujące odwagę, Zeus połknął (jednak!) i przekazał następnemu swemu synowi, Dionizosowi… Wedle orfizmu, ukształtowanego w Tracji, to Zeus pożarł swojego dziadka, Fanesa, boga słońca, a serce Zagreosa, rozszarpanego przez tytanów, uratowała Atena. Dionizos, nim został dzięki temu sercu Dionizosem, przejść musiał w wersji orfików siedem kolejnych wcieleń, zgodnie z ich wiarą w reinkarnację… Dionizos potem zmartwychwstał, symbolizując wiosnę. Ubierano go w rogi, trawestując obraz byka (zapamiętajmy tego byka!). W części wierzeń został bykiem i tytani rozszarpali go jako byka. Długo by tu można rozważać mitologiczne wczesne wersje kultu, przedstawiane w dziele Frazera, dość na tym, że fantazja ludu nie ograniczała się w pomysłach i tylko wynagradzała bogowi-ulubieńcowi krzywdę zmartwychwstaniem.
Zwycięstwo Zeusa nad tytanami jest jedynym przypadkiem w mitologii bezpośredniego zderzenia boga Achajów z tytanami (spróbujemy odgadnąć, jak doszło do tego „zderzenia”). Tych olbrzymów Achajowie obdarzyli godną ich rozmiarów potęgą, ponieważ tylko tytani, na pewno nie sami Achajowie, wbrew naszym encyklopediom, zbudować mogli kolosalne fortyfikacje mykeńskie. Wedle łatwo czytelnego przekonania Achajów ludzie normalnych wymiarów i sił nie mogli tych fortyfikacji postawić ani zdobyć. Achajowie, dość w tym prymitywni, nie dysponowali ani umiejętnościami, ani środkami technicznymi, pozwalającymi radzić sobie z parotonowymi kamiennymi łomami… Rozprawy Zeusa z tytanami jako winnymi nie były też karami. To w każdym przypadku była zemsta Zeusa. Odwet. Reakcja na wyzwanie rzucone bogom. Bez żadnego sądu.
