Stefan Bratkowski: Wstyd i sprawiedliwość (3)

Kreteński Zeus, rządzący z Olimpu, będzie teraz tępił kanibalizm. Król Lidii, Tantal, ulubieniec bogów, obdarzony nieśmiertelnością, podał im podczas uczty, by sprawdzić ich wszechwiedzę, pieczeń z własnego syna, Pelopsa. Nie tknęli tego dania, Zeus przywrócił chłopcu życie, a Tantala skazał na wieczny głód i pragnienie w Tartarze (stąd męki Tantala).

Tak samo pięćdziesięciu zarozumiałych, pyszałkowatych synów owego króla Arkadii, Likaona, poczęstowało Zeusa, udającego żebraka, wnętrznościami chłopca, którego uśmiercili – i mitologia też ich unicestwi piorunami Zeusa. Królewicza Erysichtona, który chciał ciąć święty gaj Demeter, pokarała ona nieustannym głodem, zjadał w końcu własne członki, aż mu ich nie stało i umarł – swoją drogą, jakaż pokrętna wyobraźnia rządziła tymi kanibalami! Dla historiografii były to reminiscencje po składaniu Zeusowi ofiar z ludzi. Ale gdyby się na tym kończyło, nie dochodziłoby do ludożerstwa…

Ani w mitach, ani też nigdzie w Europie, o ile się orientuję, nie odkryto śladów zjadania kobiet. Czy mięso męskie smakowało lepiej? To raczej po prostu rządzący matriarchat składał w ofierze wyłącznie bądź niemal wyłącznie, mężczyzn – choć nie sądzę, by dlatego pominęli go jako temat Frazer czy też Mircea Eliade, religioznawca równie autorytatywny, co mało wiarygodny. Ciekawe byłoby dociec, jak uzasadniano wybór płci ofiary. Musiał kryć się za nim jakiś motyw. Być może u zmierzchu matriarchatu byli to jeńcy wojenni. Ale tak czy siak, z jakąkolwiek sprawiedliwością ani jedno, ani drugie nie miało wiele wspólnego…

Uratowanie Zeusa przed losem potrawy z menu Kronosa, jak się wydaje, miało takie znaczenie jak rezygnacja Jahwego z poświęcenia mu Izaaka, pierworodnego syna Abrahama. No bo ta kreteńska koza… Kreteńska! Szacuję, że Grecy wyrzekli się kanibalizmu u schyłku III tysiąclecia p.n.e., gdzieś w latach 2200 – 2000 p.n.e., nim rozkwitły Kreta i Mykeny. Podkreślam – wyrzekli się kanibalizmu. Bo nie ofiar z ludzi.

Agamemnon – jeśli to coś więcej niż mit – po blisko tysiącu lat, przed lub z początkiem XII w. p.n.e., złoży w ofierze na ołtarzu obrażonej Artemidy swą córkę, Ifigenię, by za łaską bogini odpłynąć z dobrym wiatrem do Troi. Nawet jeśli 50 lat później czy wcześniej, obrazu dramatycznej sytuacji to nie zmienia. Legendarnemu eponimowi, czyli najważniejszemu z dziewięciu archontów Aten, Leosowi, zaleciła wyrocznia delficka, by dla odwrócenia klęski głodu poświęcił w ofierze bogom trzy swoje córki. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie upieczono i nie zjedzono ciał zabitych dziewcząt. Jednakże wszędzie, i to nagminnie, składano ofiary ze swych dzieci – jak i zwierząt. Różne, łagodniejsze wersje mitów i dramaturgii greckiej wręcz potem ratowały Ifigenię przed śmiercią, przenosiły ją żywą w odległe kraje.

Te ofiary przyczyniały atrakcji opowieściom o mitach, ale zdarzały się realnie, i to w cywilizacji Aten! W ateńskie majowe Targelie, święto ku czci Apollina, składano mu pierwotnie, by uzyskać jego łaskawość dla życia ludzi żywych, dwie ofiary, mężczyznę i kobietę. Tych ludzi przedtem rok utrzymywano dostatnio z państwowych pieniędzy – niewolnika, albo kogoś skazanego sądownie na śmierć, bądź kogoś nie nadającego się do pracy, kto zgodził się na śmierć za rok luksusu. Raczej – mężczyzn, choć Frazer podaje, że niekiedy, w imię ochrony życia kobiet – uśmiercano i kobietę. Wyprowadzano ofiarę za miasto i tam kamienowano, czyli bito kamieniami jej unieruchomioną głowę, stopniowo ją roztrzaskując i miażdżąc. Spalenie żywcem na stosie uważano za lżejszą śmierć. Zrezygnowano z tych okrucieństw jeszcze w epoce przed-historycznej, czyli nim zaczęto opisywać swoje czasy. Palono dla ofiary kukłę; zakładam, że najpóźniej w XII wieku p.n.e. Znała takie Targelie nie tylko Attyka, znali Jonowie, gdziekolwiek założyli jakąś swoją kolonię – już nie rozbijając głów!

Mocno to zmienia cywilizacyjny stereotyp antycznej Grecji… Dziś rekonstruowana historia Krety jest całkiem inna niż to, co wiedziałem o niej na uniwersytecie przed sześćdziesięciu paru laty. Kretę mieli wykończyć Achajowie, których tym imieniem nazywał Homer, a potem podbili ją półdzicy Dorowie. To było wszystko. Brednia, jak się dowiemy.

Print Friendly, PDF & Email