Nimfy były wszędzie i niezliczone, przyroda w nie obfitowała. Te piękne, subtelne, dziewczęce stwory cechować miał istny głód seksu, nie przypadkiem nasza cywilizacja z wyobrażeń, dziedziczonych po starożytności, utworzyła pojęcie nimfomanki. Wygląda na to, że wszystko w tej przyrodzie promieniowało miłością. Spełniającą się fizycznie – bo to raczej nie przypadek, że zrobił mitologiczną karierę ów arkadyjski, pasterski bożek Pan. Przy swych koźlich nogach, koźlich uszach i rogach, miał też całkowicie ludzki, dziarski członek męski. Co wywoływało i nieuchronne żarty, których Grecy swoim bogom nie szczędzili. Niestety, nie znam żadnego dobrodziejstwa tego humoru, czyli dowcipów.
Męskie członki w niemal stałej erekcji reklamowały też satyrów, pół–kozłów (nie kóz!), pół–ludzi, pierwotnie – pół–koni jak centaury, tylko brodatych i łysych. Satyry współżyły z nimfami, towarzyszyły im w orszaku Dionizosa; te orszaki mieszkańcy Attyki imitowali procesjami w dni specjalnych świąt. Satyr oznaczał pożądanie i zapłodnienie. I chyba nie tylko od święta. Syleny, inni towarzysze w orszakach Dionizosa i kochankowie nimf, pojawiły się jako bóstwa rzek i źródeł z pewnością później i później przyznano im wodę jako ich żywioł, do chronienia wody przed suszami i zanikiem źródeł. Sama ich postać, pół konia, pół człowieka, dowodzi, że pierwotnie, jak i centaury zajmowały się czymś zupełnie innym. Może – ochroną stad koni, już na stepach…? Sądząc po doświadczeniu plemion koczowniczych i przypadku Pazyfae, nie można wykluczyć i sodomii, zbliżeń seksualnych ze zwierzętami. Co charakterystyczne, piękno nie wybiera płci – wiąże się tyleż z istotami doskonałych kształtów żeńskiego rodzaju, co z mężczyznami urody wprost wyjątkowej jak Antinousa czy Apollina, których posągi ukazują genitalia męskie w całej ich okazałości. Jak i kobiece. Ale to niezwykłe kobiety mogły się zamienić w otaczane czcią lwice bądź nawet lwicę skrzydlatą. Nie mężczyźni. Morskie nereidy miewały kształty pół–ryb, ale kochały jako kobiety… Centaury i syleny, wyciruchy stepowe, nie kusiły kobiet swą urodą.
Frazer tudzież inni etnografowie i historycy nazywają „prostytucją” podboje seksualne kobiet greckich, dokonywane poprzez świątynie i w świątyniach. Tym sposobem kompletnie mylą obraz. Matriarchat nadawał kobietom zgoła inną pozycję w ustroju miłości. Zbliżenie seksualne od wieków było formą oddawania czci bóstwom płodności, a symbolem płodności była kobieta, nie mężczyzna. Czyni się niekiedy symbolem płodności fallus, choć płodność Grecja starożytna kojarzyła jednoznacznie z bóstwami kobiecymi i z kobietami, Pan tudzież satyry, równie pożądliwe, uosabiali, jeśli już, zbliżenia seksualne. Mężczyźni, proszę wybaczyć, nie rodzili, nawet w mitach. To dziewczyny wybierały przecie partnerów, swoją decyzją lub kaprysem, bo takie musiały być obyczaje w ustroju wyższości kobiet. O swych związkach decydowały kobiety. To one dobierały sobie kochanków jak mitologiczne boginie, sukcesy bogiń w miłości najlepiej potwierdzają odwrotną do naszej hierarchię seksualnego sukcesu. Nikt ich nie wabił żadnymi dochodami, same się do tych ról zgłaszały i licytowały się swoimi zdobyczami. Jak nasi współcześni męscy podrywacze. Nasza kultura nie ma za złe mężczyznom związków z wieloma kolejno zdobytymi kobietami, ale w świecie matriarchatu i długo później liczono takie związki jako dowody sukcesu kobiet. Wiązano się chętnie z dziewczynami, które przodowały w świątyni jako zwycięskie, zdobywcze kochanki – mogły przebierać między kandydatami do trwałego związku! Dobór kochanków nie podlegał poczuciu sprawiedliwości. I nie sądzę, by Grecy tego oczekiwali. Jak nie sądzę, by w epoce „męskiej” sprawiedliwość rodziła się z miłości. Raczej nie za to ceni się miłość. I trzy tysiące lat temu, i dzisiaj.
Uważano kopulacje tych zdobywczyń za obowiązek moralny wobec bogini, patronki danej świątyni. Nie tylko we wczesnej Grecji. W wielu okolicach aż po czasy starożytności „cywilizowanej”, ba, aż po IV wiek naszej ery! Frazer (s.270): „Święte przybytki zatłoczone były kobietami, czekającymi na spełnienie obrządku. Niektóre musiały czekać latami. W Syrii w Heliopolis (…) obyczaj miejscowy nakazywał, by każda niewiasta oddała się obcemu w świątyni Astarte i zarówno matrony, jak i młode panny dawały w ten sposób dowody swej wierności bogini”. Zniósł ten obyczaj i samą świątynię dopiero cesarz Konstantyn w IV wieku! W Tralles, w Lydii, znaleziono wyryty na marmurowej kolumnie w II w. napis, informujący z satysfakcją, że kobiety pewnego rodu konsekwentnie wypełniały rozkaz boga. Przekazywały świątyniom pieniądze, odebrane od mężczyzn po seksualnym zbliżeniu, ale to była ze strony tych mężczyzn ofiara, nie zapłata i nie wszędzie jej wymagano, one zaś zbierały pieniądze na utrzymanie świątyni. Afrodyta patronowała swej świątyni w Koryncie, utrzymywanej aktami miłosnymi pięknych dziewczyn w służbie bogini. Ta zasłużona dla bogiń swoboda seksualna, ograniczona jednak co do celów i sposobów jej używania, przeniosła się na akceptację płatnej miłości, czyli autentycznej prostytucji, w miastach Grecji „klasycznej”, w „męskim” świecie. Wczesnej prostytucji w ogóle nie spotykało potępienie, bo to dziewczyny wybierały partnerów zbliżenia, biorąc od nich pieniądze, im piękniejsza, tym więcej. O czym przekonamy się z twórczości Nossis, poetki z plemienia Lokrów…
Tę swobodę w powszechnej skali ograniczano co do czasu, dając jej upust w określone dni świąt. Choćby podczas Dionizjów Miejskich Aten. Pili wtedy wino wszyscy, przybrani jednak zauważmy, w maski – kryły one wedle dzisiejszych określeń jakieś „opętanie”. Oczywiście – skrywały „opętanie” uczestników. Jakie, zaraz dojdziemy. To nie byli frygijscy korybanci, tańczący bez żadnych masek, rozgorączkowani ekscytującą muzyką. W tych ateńskich pochodach dla „zmniejszenia napięcia emocjonalnego”, jak czytamy u Gravesa, śpiewano „wyuzdane pieśni jambiczne”. Hm, nie wyobrażam sobie, żeby śpiewano „wyuzdane pieśni jambiczne” dla zmniejszenia napięcia emocjonalnego… Raczej odwrotnie. A noszono i hermy jako symbol święta. Zasadnie. I nie przypadkiem Pauzaniasz zapisał o Dionizjach w II wieku: „Co zaś tyczy się nocnych misteriów ku czci Dionizosa, odbywających się corocznie, zbożna cześć nie pozwoliła mi pisać o tym publicznie” (Pauzaniasz, s. 267). Pruderia rzymska poprzedziła chrześcijańską wstydliwość.
Stefan Bratkowski
