Niewątpliwie, na co wszyscy się już zgadzają, kulturę starej, właśnie matriarchalnej Grecji przenikał erotyzm. Eliade określał go „seksualizacją świata”. Rządy kobiet nie były Eliademu potrzebne, bez nich seksualizował cały starożytny świat, od jaskiń po rośliny. Czy mu się dziwić? Fascynować może wysmakowana uroda fizyczna rzeźb greckich, w pełni zasadnie czcimy osiągnięcia i styl greckiej kultury, przebóstwienie piękna, żyjemy poczuciem dziedzictwa. Niekoniecznie trzeba jednak odbierać rzeźby, nawet mężczyzn z pokaźnymi genitaliami jako pomniki greckiego erotyzmu, tym mniej – seksualizmu. Bardziej przejmujące erotycznie mogły być budzące zachwyt wzgórza, jaskinie i rośliny, z czym też radziłbym ostrożność, bo są i takie rośliny jak pokrzywy, raczej dla masochistów.
Historiografia, wywodząca się z dobrych naukowych domów, z jej przyzwoitą, XIX–wieczną edukacją, jak nie godziła się ze staro–greckim kanibalizmem, nie godzi się i z erotyzmem greckiego matriarchatu – mimo „seksualizowania” Eliadego. Umoralnia więc wczesnogrecką starożytność, a przynajmniej odsuwa erotyzm poza margines badań naukowych. Bo też zdarzały się i kulty na wskroś, wręcz prymitywnie seksualne, prawdopodobnie bardzo stare – sądząc właśnie po ich prostocie. By nie rzec – po ich prostactwie.
W świecie matriarchatu panujące mu kobiety korzystały z naturalnych uprawnień i przewag, nazwijmy to tak, ustrojowych. One, nie mężczyźni, decydowały, z kim, kiedy, z iloma, jak i jak długo, co, gdzie, raz czy więcej, ile uczuć, ile samej przyjemności. Ich dziedzictwo wracało naraz tu i tam w Grecji „cywilizowanej”, „klasycznej”, w formach dość specyficznych. W IV wieku p.n.e. kult Priapa nawet jak na domniemaną obyczajowość wczesnego matriarchatu nie mieścił niczego poza seksualnością – co świadczyłoby właśnie o jego rodowodzie, niemal z epoki prostego, pierwotnego promiskuityzmu, chwilowego doboru par dla pomnożenia potomstwa. Ten chwilowy dobór utrzyma się zresztą jak zasada, czy może prawo decydujących kobiet, w Sparcie, przy braku mężczyzn.
U Gravesa Priap należy do mitów (s. 74 – 76), na pewno z epoki twórczości aojdów. Porodzić miała Priapa – Afrodyta w związku z Dionizosem lub wedle innej wersji – z Adonisem, zaś Hera, by dokuczyć Afrodycie, obdarowała Priapa sprośnym wyglądem, z potężnymi genitaliami. I też pisze Graves, że „Priap powstał z prymitywnych drewnianych wizerunków fallicznych, pod którymi odbywały się orgie dionizyjskie”. Z tym że orgie dionizyjskie przyszły później. Pierwotny Priap chyba nie potrzebował aż orgii. I to raczej dla niego symbolicznie stawiano rzeźbione, drewniane fallusy…
Jerzy Ciechanowicz we wstępie do swego przekładu Priapeów (Warszawa 1998, s. 6–9) opisał niespodziewane odnowienie kultu w IV w. p.n.e. Zasłynęło nim Lampsakos, kolonia fokejska z południowej strony Hellespontu, blisko już Propontydy, znana jedynie z dobrych win, a wino z natury, to prawda, sprzyja seksualnemu pobudzeniu. Zjawił się pono młodzian brzydki, niezgrabny, ale z członkiem męskim w prawie stałym wzwodzie, co miejscowe kobiety uznały za znamię boskości, właściwym Priapowi i korzystały z tej boskości, ile mogły. Mężowie, rozsierdzeni, wygnali go, ale – uwaga! – oburzone czcicielki zemściły się na nich dotkliwie. Rzuciły na nich przekleństwo – z epidemią jakiejś choroby wenerycznej (!). Eolska wyrocznia epirskiej Dodony – ten eolski adres potwierdza dawny początek mitu, Fokejczycy sami byli Eolami – otóż wyrocznia doradziła im, by sprowadzili Priapa, kochanka zdrowego! z powrotem. Zrobili to. I przyjęli starą zasadę, że spółkowanie z nim jest sposobem oddawania mu czci jako bóstwu! Bardzo to było stare rozwiązanie, właściwe obyczajowości matriarchatu, nic nowego, panie czciły tak swoich bogów i boginie długi czas potem, bez pomysłów z Lampsakos. Uwieczniały te akty czci nawet wykuwanym w ścianach napisami. W każdym razie żadnej sprawiedliwości dopatrzyć tu się nie sposób.
