Z naszej Małej Encyklopedii znam trzy fazy obrzędów, jak w nie wierzą uczeni. Najpierw uświęcano całe grono w świątyni, odprawiały te zabiegi anonimowe osoby (nie kapłani, wbrew Frazerowi), które miały i anonimowe pozostać – tabliczki z brązu lub ołowiu z wyrytymi ich imionami wrzucano do morza, by tych imion, jak się domyśla Frazer (s.215), nie poznano nawet po ich śmierci. Obrzędy miały wedle historiografii charakter zgoła niewinny, tyle, że w drugiej fazie przychodził czas na kult ekstatyczny, zwany orgią, tylko dla tych wtajemniczonych (mystes), o treści jednak mało dwuznacznej – kochali się wszyscy ze wszystkimi, pytanie, czy w maskach, jakie będą zakładali w przyszłości uczestnicy ateńskich Dionizjów, rozpustnicy, jak widać, wstydliwi. Na koniec święta wreszcie – kult tajemny, misteria. Odgrywany w misteriach dramat pouczał o nieśmiertelności człowieka jak ziarna, które zmartwychwstaje, powracając na ziemię dla dalszego wzrastania. W finale ukazane źdźbło zboża symbolizowało główną mistyczną tajemnicę. Kończyło się widowiskiem ze śpiewami i tańcami.
Nauka ciągle jeszcze nie zdołała wyjaśnić, co decydowało, że w misteriach eleuzyńskich mogli uczestniczyć na równych prawach i niewolnicy, też składający przysięgę milczenia, i oczywiście, też przyzwoici. Czy to wybrani, wierni kochankowie najwybitniejszych, rządzących dam? Czy może wskazywały ich mające uczestniczyć w misteriach kobiety – w reminiscencji dawnego podporządkowania im równych sobie mężczyzn? Ten świat wyznawał przede wszystkim miłość i dopełniał ją seksualnością.
Seksualizm nie zdominował kultu matki wszystkiego, czyli Demeter. Pamiętano jej rolę w nauce rolnictwa, to przede wszystkim nadawało jej boskość. Pozostała – „boginią dla wszystkich”. Uczyła i dobroci dla zwierząt. Czy to coś tłumaczy, nie wiem. Jedno pewne: poczucie sprawiedliwości, wbrew bohaterom Homera, ma przeszłość grecką bardzo starą i szanowną, a w zapomnienie zepchnęły je męskie wzory tych bohaterów, jak też, o paradoksie – dobroć, widocznie bardziej ludowi potrzebna od sprawiedliwości. I, oczywiście, seksualność.
Na jednym z posągów nosiła Demeter koński łeb, co najlepiej dowodzi jej władczego pochodzenia. Patronowała przed greckiemu (?) kultowi konia, choć niby to Posejdon stworzył konia, zaś Atena, już zhellenizowana, uczyła ludzi jeździć konno – i to jeździć chyba już nie na miejscowych kucykach, jak przedtem, a na rumakach pełnej krwi, którejś czystej rasy. Czytaliśmy w egipskiej relacji o zwycięstwach Ramzesa III nad ludami morza – że z początkiem XII w. p.n.e. nadal jeździły po Azji Mniejszej dla wojennych potrzeb achajskie ciężkie dwukółki, ciągnięte przez woły. Duże konie, do zaprzężenia w szybki rydwan bojowy, Hellenowie sprowadzili podobno ze stepu w pierwszej połowie II tysiąclecia p.n.e. Hellenowie – tylko którzy? W tym czasie Mykeny miały już lekkie, ścigłe rydwany i konie… Wspaniała Demeter wygląda mi na boginię wcześniejszą, boginię kucyków. Przetrwałą w Grecji mykeńskiej i z pięknymi końmi „naszej” cywilizacji.
Czczono dla Demeter – dęby i… delfiny. Jej był cyprys, kogut i… ogień pochodni. Potomni związali z nią i mocno podejrzane dla nas rośliny – półnarkotyczny mak i asfodelos, po polsku złotowłos, którego sproszkowany korzeń, dodany do nalewki z piołunu, dawał usypiający eliksir. Usypiał ten eliksir w razie czego nawet i na wieki. Pominę wspomagające Demeter dwie boginki, Damię i Auksezję – nieobecne w Małej Encyklopedii. Czy wywodziły się może z ojczystej, „kobiecej” Karii Herodota? Ten je spopularyzował, a w siedem wieków po nim – Pauzaniasz. Czy coś miały wspólnego z Talisjami, jesiennym, żniwnym świętem dziękczynienia, nie wiem, zresztą nie wiem o nich prawie niczego, a nawet nie wiedział sam Graves! U Gravesa znalazłem za to, że „Demeter jako Furia, podobnie jak Nemezis jako Furia, była boginią w jej dorocznym nastroju mordowania” (s. 69). Widziałbym w tym raczej tradycyjny, wojenny charakter pokojowej bogini, która doznawała w starciu bitewnej furii, raczej to, niż składane jej krwawe ofiary z ludzi, których by sama zabijała. Już bardziej pasowałoby do tej informacji znane z Małej Azji zagrzebywanie w ziemi, jak zasiane ziarno, mężczyzny, uśmierconego po jego rytualnej kopulacji z kobietą – ale nie mamy dla takiego domysłu żadnego, nawet hipotetycznego potwierdzenia. Furiami dopiero Rzymianie nazywali Erynie, boginie kary i zemsty, u Hezjoda były dziećmi Gai, Matki Ziemi, dla innych poetów – córkami Nyx, Nocy (Ciemności) i Matki Ziemi – co wiem z naszej Małej Encyklopedii. Wolę jej wierzyć. Ofiary, im składane, czarne owce, miód i kwiaty, nie miały nic wspólnego z ofiarami dla Demeter.
Pozycję Demeter nie ze wszystkim osłabi przebóstwiona zwierzchność Zeusa, już „męskiego”. Kult Demeter, wolnej, niestety, od „niesienia prawa”, będzie rozwijał się coraz szerzej, z potrzeby wiernych, co łatwo dedukować. Potwierdza to domysł, że była prawdopodobnie transpozycją Pramacierzy czy Bogini Matki, jej uosobieniem. Jedyna taka. Na razie. Już w V wieku p.n.e. Herodot niemal utożsamiał ze sobą dwie równorzędne, najpotężniejsze boginie o tych samych zasługach i tym samym powołaniu, egipską Izydę, już wtedy prawie grecką, i Demeter. Po latach mity obu zlały się ze sobą jako jednej bogini. Pisze o niej prof. Świderkówna:
