11.07.2025
Niedawno pisałem o przygodach amerykańskiego jezuity Rogera Haighta (1936-2025) z Watykanem, które tak naprawdę pokazywały bezduszne praktyki tej instytucji (). Dzisiaj chciałbym zwrócić uwagę na brytyjskiego teologa Jamesa Alisona (ur. 1959), którego przygody są rzadkim przypadkiem triumfu sumienia nad biurokratycznym aparatem kurii rzymskiej. Alison jest niezwykle popularnym autorem, wziętym wykładowcą i uznanym aktywistą LGBTQ+, któremu udało odsłonić nie tylko absurdy watykańskich regulacji prawnych, ale odnieść nad nimi prawdziwy triumf. To rzadkie, by nie powiedzieć unikalne doświadczenie z tą bezduszną i bezwzględną instytucją. A wszystko dzięki telefonowi od papieża Franciszka 2 lipca 2017 roku o godzinie 15.00. O tym wszystkim opowiedział sam James Alison w artykule opublikowanym we wrześniu 2019 roku w katolickim tygodniku The Tablet. Za jego zgodą publikujemy jego polską wersję.
A jak ja się o tym dowiedziałem? Otóż dzięki książce F. Martela Sodoma, w której Alison występuje jako jeden z głównych bohaterów. Warto do niej wracać, bo skrywa sporo takich niespodzianek.
James Alison, ‘Tu papież Franciszek…’
Myślę, że ta historia zaczyna się w 1994 roku, kiedy po sześciu latach bycia księdzem stało się dla mnie jasne, że nie mogę już dłużej udawać, że miłość między osobami tej samej płci jest czymś złym. Przerażony chłopiec, który zaakceptował oficjalną linię, że jest nosicielem czegoś obiektywnie nieprawidłowego i że dlatego celibat jest dla niego obowiązkiem, w końcu dorastał.
Wraz z tą świadomością pojawiła się cała seria innych, powiązanych ze sobą wniosków. Po pierwsze, wszelkie śluby lub obietnice złożone w sytuacji, gdy jedna ze stron okłamuje drugą, są nieważne. W tym przypadku władze kościelne okłamywały mnie, podobnie jak wielu innych, w kwestii tego, kim jesteśmy.
Niestety, podczas gdy osoby takie jak ja mogą pokutować za to, że pozwoliły, aby kłamstwo ukształtowało nasze dusze, instytucje rzymskie nie są w stanie omówić ani naprawić swojego fałszu, w który tak wielu z nas zostało wciągniętych. Jednocześnie wiedziałem, że jeśli chcę zostać teologiem (moja wymarzona praca: profesor seminarium, tak jak mój ukochany nauczyciel w Brazylii, nieżyjący już Ulpiano Vázquez Moro SJ), mogę to osiągnąć tylko poprzez przyłączenie się do kłamstwa. A jaka była wartość bycia teologiem uczącym przyszłych księży, skoro zarówno moje nauczanie, jak i przykład były związane z kłamstwem i milczeniem na temat tego, kim większość z nas jest? Ale z drugiej strony, jaką wartość ma lojalny teolog wyznaniowy, który próbuje mówić prawdę w tej dziedzinie, poza strukturą kościelną? W obu przypadkach: zero.
Wszystko więc straciłem i opuściłem świat kościelny, który kochałem i w którym miałem nadzieję żyć, i wkroczyłem w morze „zdobycia życia”, powoli brodząc przez załamania i bezrobocie, wychodząc z finansowego infantylizmu, w który tak łatwo wpadają mężczyźni duchowni. Uświadomiwszy sobie, że byłem gościem, a nie członkiem dominikanów (za których nauczanie, gościnność i kilka przyjaźni na całe życie jestem im niezmiernie wdzięczny), w 1996 roku napisałem do Kongregacji ds. Kultu Bożego, opowiadając im swoją historię, wyjaśniając im nieważność moich ślubów i obietnic oraz oferując im, jeśli zechcą, unieważnienie moich święceń. W końcu otrzymałem trzyzdaniowe pismo potwierdzające ważność moich święceń, ale proszące mnie o złożenie wniosku o laicyzację. Formularz do tego celu wymagał również podania nieprawdziwych informacji, więc zgodnie z radą prawnika kanonicznego nie podjąłem żadnych działań i nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.
W międzyczasie, bardzo powoli, pokonując paraliżującą depresję, w którą popadłem, i dzięki zachęcie świeckich przyjaciół, zacząłem ponownie być twórczy teologicznie. W końcu odważyłem się przewodniczyć nabożeństwom i głosić kazania, gdy poprosili mnie o to różni ludzie, którzy wiedzieli wystarczająco dużo, aby nie być zgorszeni. Moje próby spotkania się z biskupami lub kardynałami, którzy mogliby „rozstrzygnąć” mój status kanoniczny, były niezmiennie odrzucane – więcej niż jeden twierdził, że spotkanie się ze mną byłoby nierozsądne. Wiele listów pozostało bez odpowiedzi. Jeden lub dwóch chętnie rozmawiało, ale szczerze przyznawało, że nie może nic zrobić.
Minęło ponad 10 lat i w końcu miły przełożony dominikanów zapytał mnie, czy nie miałbym nic przeciwko, gdyby zajął się formalnościami związanymi z wypisaniem mnie z zakonu. Nie miałem nic przeciwko jego działaniom, ponieważ, jak już dawno wyjaśniłem, moje członkostwo było nieważne. Nie mogłem jednak uczestniczyć w tym procesie, ponieważ wymagałoby to udawania, że istnieje coś, z czego można mnie wypisać. Na szczęście nie miało to znaczenia dla niego, ponieważ potrzebował jedynie, abym otrzymał powiadomienie o tym procesie, a nie moją zgodę na jakąkolwiek jego część. Dodatkowo, z wielką życzliwością wyjaśnił władzom, że powołałem się na względy sumienia.
W końcu otrzymałem dokument potwierdzający, że ani dominikanie, ani ja nie mieliśmy wobec siebie żadnych zobowiązań, ale także, że byłem księdzem o nieposzlakowanej opinii, bez inkardynacji, i gotowym do inkardynacji, gdyby jakiś biskup był na tyle odważny, aby mnie przyjąć.
Kilka lat później znalazłem się w Brazylii, towarzysząc nowopowstałej apostolskiej wspólnocie LGBT. Wcześniejszy list do lokalnego kardynała pozostał bez odpowiedzi. Później wezwał mnie, zaniepokojony tym, że wywiad, którego udzieliłem gazecie, pojawił się tuż obok niefortunnego artykułu redakcyjnego, który napisał z okazji Parady Równości. Przyjął do wiadomości, że nie było to zamierzone – byłem poza krajem i nie wiedziałem nic o planach gazety. Niemniej jednak dał jasno do zrozumienia, że chce mnie zlaicyzować, do czego potrzebował mojej zgody. Nie wyraziłem zgody.
Podczas kolejnego spotkania, w obliczu tego samego żądania, zaproponowałem mu, że jeśli chce, może mnie inkardynować do archidiecezji (dając mu w ten sposób pewną kontrolę nade mną). Natychmiast odmówił. Niedługo potem, już za pontyfikatu Franciszka, powołał się na niedawną zmianę w prawie kanonicznym i wszczął proces przymusowej laicyzacji. Tego rodzaju proces miał najwyraźniej na celu umożliwienie biskupom usunięcie księży, którzy bez załatwiania formalności opuścili stan duchowny wiele lat wcześniej, aby zawrzeć związek małżeński, i nie odpowiadali na listy. Nie było to wcale moim przypadkiem.
Mniej więcej rok później otrzymałem list od Kongregacji ds. Duchowieństwa, napisany po łacinie, informujący mnie, że zostałem przymusowo pozbawiony statusu duchownego i nie wolno mi nauczać, głosić kazań ani przewodniczyć mszy św. Nie można było się od tego odwołać. Nawet dla kogoś, kto ma skłonność do wyobrażania sobie kafkowską naturę watykańskiej biurokracji, szokujące było uczestnictwo w procesie, w którym nie ma potrzeby informowania oskarżonego o zarzutach, nie zezwala się na reprezentację prawną, a ostateczny wyrok nie wymaga podpisu skazanego. Byłem w pewnym stopniu przygotowany intelektualnie na subtelności prawne i wiedziałem, że nie powinienem pozwolić, aby taka przemoc mnie dotknęła, niemniej jednak jednoznaczne stwierdzenie Kongregacji „twoje kapłaństwo jest nic nie warte” pogrążyło mnie w głębokiej depresji.
Kilka miesięcy później, wciąż będąc w szoku, udało mi się porozmawiać z moim byłym mistrzem nowicjatu, obecnie biskupem, którego reakcja była natychmiastowa i wykraczała poza moje najśmielsze oczekiwania: „To absurd, w tej chwili potrzebują właśnie takich ludzi jak ty. Nie pisz do papieża, twój list nigdy nie dotrze do adresata. Poproszę o prywatną audiencję i poproszę go, aby to wyjaśnił”.
Osiemnaście miesięcy później biskup odbył prywatną audiencję, zabierając ze sobą mój list, w którym odwoływałem się od decyzji Kongregacji, którą uznano za niepodlegającą odwołaniu. W liście wskazałem, że cały proces nosił znamiona „autoreferencyjnego kurializmu”, który Franciszek tak często krytykował. I że robiłem dokładnie to, do czego publicznie nas zachęcał: ewangelizowałem na egzystencjalnych peryferiach i „wywoływałem trochę zamieszania”. W liście wyznałem mu stan mojego sumienia: nie mogłem zrozumieć tego, co sam papież powiedział publicznie, z łacińskim dokumentem wysłanym mi w jego imieniu, i proponowałem potraktować ten dokument jako nieważny i kontynuować działalność jak dotychczas.
Poprosiłem Franciszka, aby w miarę możliwości uregulował moją sytuację, nie jako osobistą przysługę dla mnie, ale jako część otwierania szerszych możliwości duszpasterskich w Kościele dla osób LGBT, aby mogły mówić, głosić kazania, ewangelizować, nie będąc już związane strasznym „oni” klerykalnej nieuczciwości.
I tak w maju 2017 roku list trafił w jego ręce. Mój przyjaciel, biskup, powiedział mi później, że spotkanie było niezwykle serdeczne, Ojciec Święty okazał zrozumienie dla mojej sytuacji i zapewnił, że coś zostanie zrobione. Dla mnie nie mogło to być bardziej ekscytujące: niepodlegający apelacji wyrok został w rzeczywistości zaskarżony do najwyższego sądu. Nawet jeśli nic się potem nie wydarzyło, moja sprawa na zawsze pozostałaby Sub Iudice. Wyobrażałem sobie, że może za rok lub dwa otrzymam zawiadomienie od asystenta, że sprawa jest rozpatrywana. I zacząłem oddychać.
Sam fakt, że mój dawny mistrz nowicjatu uznał za słuszne przeprawić się przez ocean i zaryzykować swoją wiarygodność wobec Ojca Świętego z mojego powodu – cóż za niezwykły dar! W tym samym okresie wyjaśniłem kwestię przymusowej laicyzacji kilku przyjaciołom, którzy zaprosili mnie do wygłoszenia wykładów i przewodniczenia mszy św. Zaproponowałem, że wycofam się z przewodniczenia, aby nie sprawiać im kłopotu. Oni natychmiast i bez wahania nalegali, abym przewodniczył; jeden z nich powiedział mi, że gdybym potraktował przymusową sekularyzację i to, co do niej doprowadziło, jako fakt, nie mówiąc już o upublicznieniu tej informacji, skandal wywołany takim zachowaniem kurii byłby znacznie większy niż wszystko, co sam mógłbym spowodować.
Wtedy nadszedł telefon: niedziela, 2 lipca 2017 r., około godziny 15:00. On: „Soy el Papa Francisco”; Ja: ¿En serio?; On: „No, en broma hijo” („Tu papież Franciszek”; „Mówisz poważnie?”; „Nie, żartuję, synu”). Ale to był on. Argentyński akcent, ale przede wszystkim fakt, że znał treść mojego listu i wyraźnie odnosił się do niego podczas rozmowy, utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie był to złośliwy żart przyjaciela.
A potem to: „Chcę, abyś kroczył z głęboką wewnętrzną wolnością, podążając za Duchem Jezusa. I daję ci moc kluczy. Rozumiesz? Daję ci moc kluczy”. Odpowiedziałem „tak”, choć z perspektywy czasu nie rozumiem, jak w moim oszołomieniu mogłem zrozumieć ten dar. Rozmowa toczyła się dalej, pełna humoru, a nawet pewnej pikantności, o wspólnych przyjaciołach i znajomych. W tle słychać było nutę opery lirycznej, którą starałem się rozpoznać. Po wezwaniu mnie do dyskrecji, aby nie sprawiać problemów dobrym biskupom, zakończył słowami: „Módl się za mnie. Przejrzę twoje akta i skontaktuję się z tobą”.
Co oznacza dla mnie to niezwykłe miłosierdzie i co może oznaczać dla innych? Przynajmniej to, że źródło kanonicznego porządku nie uznało wyroku własnej kongregacji za wiążący, ponieważ wyraźnie traktował mnie jak kapłana, dając mi powszechną jurysdykcję do spowiadania (co, jak sądzę, uczynił również w przypadku misjonarzy, których wysłał na Jubileusz Miłosierdzia). Że ufał mi, że będę odpowiedzialnym kapłanem, którym stałem się przez te wszystkie lata; że po raz pierwszy w moim życiu w Kościele zostałem potraktowany jak dorosły przez dorosłego i, dobry Boże! – tylko sam papież może tak postępować.
Niedawno miałem zaszczyt zapytać bardzo znanego kanonistę, co oznacza ten bezpośredni akt powszechnego zwierzchnika, który wysłał mnie jako swego rodzaju tajnego kapłana miłosierdzia. Roześmiał się głośno i powiedział: „Z kanonicznego punktu widzenia nie ma to żadnego sensu, ale… on tak właśnie postępuje!” – z przyjemnością obserwowałem, jak ten wybitny kanonista, zamiast martwić się tym, cieszył się z wolności papieża. Z sugestią, że nie jestem bynajmniej jedyną osobą, która otrzymała wyzwalające wezwanie z ukrytego numeru.
A co z tak wieloma innymi, bardziej zasługującymi niż ja na taki dar? Co z Jubileuszem Szczerości dla księży, zainaugurowanym amnestią dla podwójnego życia, które nie jest ani nadużyciem, ani przestępstwem? Publiczna odpowiedzialność za szczerość, zwłaszcza formatorów, jako główny czynnik formacji? Szafa nie tworzy już i nie egzekwuje szafy? (to nawiązanie do książki „Sodoma”, w której Martel wielokrotnie o tym pisze przyp. S.O.). Biskupi mają pięć lat, aby nauczyć się przezwyciężyć swoją niezdolność do rozeznania i negocjowania z ludźmi, którzy mają prawdziwe życie, prawdziwą posługę dla dobra prawdziwych ludzi, którym są oddani? Koniec z mówieniem o „kryzysie powołań” – położyć nacisk tam, gdzie należy: na kryzys rozeznania podtrzymywany przez tych, którzy zamknęli się w samonapędzającym się systemie kłamstw i wyrzucili klucz.
Trzydzieści lat kapłaństwa i czuję, że dopiero teraz moje święcenia kapłańskie zaczynają przynosić efekty. Otrzymawszy dodatkowo taką wolność, jak mam teraz pełnić swoją posługę? Z kim i dla kogo? W jaki sposób i przed kim mam się rozliczać? Papież Franciszek mówił o tym, że jest to raczej zmiana epoki niż epoka zmian. Jaki kształt będzie miała posługa w Kościele, który się rodzi? Jaka będzie forma i styl nauczania? Jaki będzie podstawowy paradygmat wiary i wspólnego życia? Wszystko to, dzięki Bogu, otwiera się teraz w sposób, którego nigdy nie mogłem sobie wyobrazić, kiedy jako przerażony i klasycznie nastawiony młodzieniec klęczałem przed biskupem na zimnej podłodze w 1988 roku, pełen intelektualnej pewności, mając nadzieję na emocjonalne bezpieczeństwo, które by jej dorównywało, a zamiast tego otrzymałem od Ducha Świętego 30-letni impuls do dorosłości.


Fascynująca historia. Małe zwycięstwo w sprawie jednostkowej ma w tym opowiadaniu wymiar symboliczny. Ciekawe czy z odejściem Franciszka skończyła się era takich, choćby małych zwycięstw, czy jeszcze za wcześnie aby o tym coś powiedzieć ?
Obawiam się, ze Franciszek to był epizod w naoliwionej machinie niszczenia sumień. Leon jest z wykształcenia prawnikiem i na pewno przywróci prawu jego nadrzędna role, a rzymskie Dykasterie odzyskają dawny wigor. James Alison zapewne nie znajdzie łaski u polskich teologów katolickich dla których Franciszek był problemem, a JP2 i B16 obiektami kultu.
Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem i przyjemnością.
Piękna postać zrozumiał swoją naturę zamiast z nią walczyć jak Paweł z Tarsu najgorliwszy z gorliwych, wiecznie wybrakowany, nie zasługujący i nie potrafiący spokojnie usiedzieć na miejscu by spokojnie „być”. Książka Federicka Martela wyjaśnia bardzo wiele ale pyta o jeszcze więcej, jeśli oni są „tacy” to na ile ukształtowali według swojego skonfliktowanego uwarunkowania całą katolicką doktrynę, teologie,duchowość, liturgię, zwyczaje etc.
Swoim zwyczajem przesłałem ten autobiograficzny esej to kilku zaprzyjaźnionych osób, które zareagowały lub nie. Jedna reakcja wydaje mi się na tyle znamienna, ze ja przywołam: „Zagmatwana sytuacja, do której dorzuciłeś swoje trzy grosze, ale twoja sytuacja jest inna, niż głównego bohatera”, ja na to: „Sytuacja jest jasna to kościół ze swoją hipokryzja jest zagmatwany…”. I dopowiedzenie: „ Ta opowieść pokazuje zawikłaną sytuację.
Niech teraz zainteresuje Leona XIV…”, i ja: „ No właśnie, ale nie mam dostępu do jego świętobliwości…”. I tak będzie w nieskończoność, a papież ma to gdzieś. I właśnie dlatego nie jestem katolikiem.
Nie bardzo rozumiem, skąd się biorą te konflikty sumienia. Szczęśliwi są ci nieliczni, którzy mijają kościoły podobnie, jak jadłodajnie MacDonalda. Z tych samych powodów.
To ci z nas którzy uwierzyli kiedyś iluzji że religia, duchowość i kościół katolicki są ze sobą tożsame plus często estetyka kościoła wyrażona przez śpiewy, liturgie itp:
https://youtu.be/cPBaN2N1xfk?si=WRlJpX38_LO9H5lP
Podzielę się jeszcze jedna wymiana opinii. Mój korespondent: Moze Pan Profesor zaluje, ze papiez nie zwrocil sie w swoim czasie do Pana z taka wyrozumialoscia, ale to nie zmienia faktu,ze ten gest pozostal, na jego prosbe, nieznany i ze dotad kosciol pozostaje niezmieniony. Wiec nie podzielam Panskiego zachwytu.
A ja na to: Nie, nie żałuje Panie Profesorze, a poza tym już jestem poza katolicyzmem wiec nie tyle Franciszek mnie zachwyca ile James Alison, który stoczył ciekawa batalie o siebie. Ta historia tylko pokazuje jak nieludzki to system. W Polsce zreszta nadal trzyma się mocno o czym świadczą nagłaśniane wypowiedzi tak „pobożnych ludzi” jak J. Kaczyński czy T. Rydzyk, a obecny rząd wyraźnie się ich boi i kluczy w sprawie obiecanych reform.
Wydaje mi się to pouczające.
Konflikt autorytetu i sumienia jest stary jak dzieje chrześcijaństwa… Dramatycznie przeżywał go polski filozof i myśliciel religijny Marian Zdziechowski, który w tej sprawie rozmawiał z papieżem Piusem X. Wyrazem goryczy i rozczarowania po tej rozmowie jest broszura pt. Pestis perniciosissima (najbardziej zgubna zaraza) z r. 1905. Ciekawych zachęcam do lektury…
Bardzo dziękuje za te rekomendacje i cieszę się, ze rozprawka Zdziechowskiego jest dostępna online. Gdy ja czytam to mam nieodparte wrażenie, ze Wojtyła z Ratzingerem znakomicie dogadywali się z duchami Piusa IX i X, nie wspominając o XII i za nic mieli soborowe otwarcie. Wystarczy przeczytać fragment, w którym pojawia się tytułowe określenie: „ Nie dziw przeto, że przedstawiciele tego kierunku zapałali nienawiścią do «ducha wieku». Ponieważ zaś ludzie, których potępił był Grzegorz XVI-ty, a którzy marzyli o możliwości porozumienia się z owym duchem, występowali pod nazwą katolików liberalnych i ponieważ później Pius IX ty napiętnował ich kierunek, jako «najzgubniejszą zarazę (pestis perniciosissima)», więc stało się to dla ich przeciwników źródłem wielkiej radości i odtąd poczęli upatrywać liberała, roznoszącego zarazę w każdym, kto się z nimi w czemkolwiekbądź nie zgadzał. Przeciwko temu musimy protestować. Liberalizm jest afirmacyą wolności. Bóg stworzył człowieka wolnym, wolnych chce mieć czcicieli — i na wyraz wolność bije każde serce szlachetne, a że niczem nieograniczona, rozpasana wolność, prowadząc za sobą wybryki przewrotnych prądów natury ludzkiej staje się złem, z tego nie wynika, iżby w tem tylko znaczeniu należało wyraz wolność pojmować”.
Dziękuję adekwatny za cytat! Wypowiedź Zdziechowskiego sprzed 120 lat powinna być przypominana i powtarzana zwłaszcza dzisiaj, w dobie ataku na wolność i ufundowane na niej doktryny. Tak wgląda współczesnym zapisie ortograficznym: „Liberalizm jest afirmacją wolności. Bóg stworzył człowieka wolnym, wolnych chce mieć czcicieli — i na wyraz 'wolność’ bije każde serce szlachetne. A że niczym nieograniczona, rozpasana wolność, prowadząc za sobą wybryki przewrotnych prądów natury ludzkiej, staje się złem, z tego nie wynika, iżby w tym tylko znaczeniu należało wyraz 'wolność’ pojmować”.
Wkrótce po uprzejmej rozmowie z Polakiem Pius X ogłosił encyklikę Pascendi, w której potępił wszystkich myślicieli i reformatorów religijnych bliskich naszemu autorowi. „Nie miała ona w sobie nic z tego ducha miłości, który pierwszą encyklikę tegoż papieża cechował” – pisał rozżalony…
Ciągle nie rozumiem, dlaczego należy się przejmować tą instytucją sprzedającą umysłowe zniewolenie. To tylko jedna z wielu totalitarnych sekt. Co z tego, ze bogata i rozrośnięta? Są inne instytucje, legalne albo nielegalne, które są bogate na skutek sprzedawania produktów szkodzących zdrowiu: producenci wody z cukrem, producenci papierosów, producenci broni, producenci narkotyków. Czy my analizujemy bełkoty producentów pistoletów? W Polsce raczej nie, ale Amerykanie jak najbardziej tak. Na szczęście Polacy to jeszcze nie Amerykanie, przynajmniej w tym zakresie. Mam nadzieje, ze tak pozostanie. Na nieszczęście Polacy mają hopla nie tyle religijnego, ile raczej instytucjonalnego na temat tej konkretnej sekty. A może warto byłoby się wyleczyć?
Schorzenia społeczne wymagają nie tylko adekwatnych środków leczniczych, ale również zmuszają lekarzy do uwzględnienia kontekstu czyli rozległości schorzenia. Nazwanie katolicyzmu sekta totalitarna nie ułatwia społecznego dialogu. Moim zdaniem należy zróżnicować potencjalnych pacjentów i aplikować zróżnicowane dawki. W pewnych kontekstach (w Polsce niestety rzadkich) rozmowa i dialog są możliwe i należy je uparcie i wytrwale stosować.
„adekwatnych środków leczniczych”. Najpierw warto je zaaplikować sobie. Moim zdaniem, dobrze jest podejść bez złudzeń do tej instytucji. Pierwszym złudzeniem, wytrwale rozpylanym wszelkimi możliwymi sposobami, jest to, ze to coś więcej niż po prostu instytucja. Według ich doktryny, za plecami Meringa czy innego Rydzyka stoi jakiś Pan z Brodą. Według tych facetów, ofiara musi po pierwsze uklęknąć (oni sami to niekoniecznie), upokorzyć się, i cienkim głosem prosić tego Pana o wybaczenie. A potem to oni zadecydują. Powołają komisje, i pochylą się z troską. A może nie, i to trzeba przyjąć do wiadomości i nie podskakiwać. Taka to doktryna i taka ma być „podstawa społecznego dialogu”. Moim zdaniem, jeśli przyjąć takie założenia, to będzie „Kościół, społeczeństwo, dialog” wzorem Michnika. Wiadomo, jak się zakończył dialog Kościoła z lewicą. Wiadomo, jak wygląda dialog Kościoła ze społeczeństwem. Oczywiście wytrwały i uparty, przynajmniej z jednej strony. No, to ja proponuję, żeby zamiast tego wytrwałego dialogu splunąć z obrzydzeniem i po po prostu nie zawracać sobie głowy. Ale oczywiście nie trzeba od razu odrzucać wszystkiego. Oni mają jakieś całkiem fajne osiągnięcia, których można sobie posłuchać w czasie uwolnionym on zbędnych co niedzielnych wizyt w pralni dla rozumu. Oczywiście pomijając reklamy.
https://www.youtube.com/watch?v=Pl9iZnBmLpE
… warto z takimi kościelnymi katolikami jednak rozmawiać z doświadczenia wiem że największe wrażenie robią na nich cytaty Jezusa z Nazaretu zestawione z postępowaniem czy oficjalnym nauczaniem kk w różnych formach. Poza tym przebudzenie do zdrowego rozsądku, połączenia ze sobą samym i postawy poznawczej bardziej receptywnej są wartościami bezcennymi. Tak naprawdę tylko postawa poznawcza jest najbardziej zgodna z naszą naturą i duchowością dlatego warto. Od katolicyzmu odchodziłem stopniowo poprzez zaprzestanie ignorowania tego o czym już wiedziałem czyli wszystko czego potrzebowałem do wyzwolenia było już mnie. Kościół ma oczywiście swoje skarby np katedry gotyckie, utwory muzyczne czy Mistrza Eckharta a reszta to raczej komentarz który mniej lub bardziej zamyka człowieka w labiryncie.