05.08.2026
Właśnie zadziało się!
Otóż zaistniało, choć a priori jego realność została kategorycznie wykluczona tak przez naukę stosowaną, jak i napuszoną praktykę. Także w przepowiedniach wieszczów, przewidywaniach beznamiętnych analityków i pomniejszych domorosłych kabalarzy figurujące jako nie mające prawa zaistnieć we Wszechświecie, wykwitło na politycznym firmamencie. Spektakularne pączkowanie ogłoszono faktem.
Początkowo w głębokim łonie skostniałego organizmu o mafijnych strukturach i takichż procedurach, tworu dla niepoznaki zwanego największą opozycyjną partią polityczną, wybrzuszył się toksyczny bąbel. Nie sposób było ukryć owej szpetności w niepokalanej dotąd sylwetce, tym bardziej że owo kuriozum w niedługim czasie poddało się siłom niewymownego parcia w kierunku opuszczenia cierpliwego dotąd łona matki-żywicielki. Co też i niebawem ciałem się stało. Wbrew przeciwnym wiatrom, wstecznym falom i knowaniom zatwardziałych koniunkturalistów.
Jeszcze niedowiara złotymi ustami różnych nawiedzonych akuszerek pałętających się psim swędem w tej rozedrganej cieśni między porodem a połogiem twierdziła uparcie, że pępowina więzi z matecznym mirem nadal pełni rolę dotychczasowej arterii życia. Jeszcze kursowały w tę i z powrotem obłudne zapewnienia o zawarciu ugody, funta kłaków nie warte, ale będące elementami gry pozorów, a przede wszystkim rozpoznania ideologicznego. Ale już posypały się z obu stron niewybredne obelżywości, wyrafinowanych inwektyw, padających niczym salwy hukowe nie wykluczając. Powyłaziły z zapomnienia uśpione mendy, wypłynęły ponownie na wierzch pragmatycznie uciszone drzewiej szumowiny podnosząc publicznie zrakowaciałe czerepy wypełnione takimiż umysłami. Pootwierały się też spusty kloaczne i popłynęła rynsztokami wrzawa ukazująca smrodliwe oblicze mafijnej konfraterni.
Buntownicza drużyna zuchów, jak w obiegowej nomenklaturze określona została frakcja odszczepieńców – a przecież zuchy to na schwał, nie pękające jak zwietrzały od zasiedzenia w mateczniku beton – w liczebności gwarantującej drogie przehandlowanie własnej skóry na przedwyborczym targowisku próżności, odważnie wykonała swój pierwszy krok ku – no właśnie, czego – przepaści czy podboju? Ekipa rokoszan, pociągnięta przez pomysłodawcę buntu, ryzykownie uznała jednak, że z dwojga złego lepiej być awangardą pod wodzą bałamutnego technokraty, niż egzystować w cieniu zwapniałego mitomana uparcie podgrzewającego niesamowite opowieści oszołomów o ostrych jak brzytwa parówkach ścinających drzewa gdzieś w nieodległym świecie. Tym bardziej, że notowania głównego buntownika zaczęły, uwiarygodniając jego pozycję, rosnąć, wraz z ilością wylewanych na niego przez zabetonowany partyjny trzpień mniej lub bardziej toksycznych nieczystości.
*
Przez lata budował organizację przeprowadzając ją z powodzeniem przez wszystkie rekonstrukcje i zmiany partyjnych szyldów. Jedno pozostawało niezmienne: bezgraniczna wierność idei, partii i jej wodzowi. Aktywność? – wyłącznie według regulaminowych zaleceń i ściśle kontrolowana, a intelekt… najlepiej nie dorównujący poziomowi szefa. Najwierniejszych pretorian hurtem przenosił do nowej rzeczywistości obsadzając nimi newralgiczne stołki. Najwierniejszych nagradzał będącymi w jego gestii synekurami. Delegował na odpowiedzialne reduty najpewniejszych. Płaszczących się publicznie wyróżniał przydzielając miejsce w telewizyjnym kadrze obok siebie i reprezentacyjnych, leciwych matron. Z tego też względu, dla odróżnienia od grupy ideologicznych zdrajców, znakomita większość pozostałych wielbicieli idei nowo reformowanego i sprawiedliwego prawa nazwana została wazeliniarzami.
Poprzeczkę zawiesił sobie wysoko ponad pakietem własnych nikczemności, tych widocznych gołym okiem i tych głęboko skrywanych nie tylko we własnej świadomości, lecz i przezornie przechowywanych w pamięci przez starych kompanów, ale także zapewne zarchiwizowanych przez wszystko słyszące i widzące służby inwigilacyjne. I oto człowiek, któremu na początku karierowiczowsko-wodzowskiej drogi zamarzyło się zdobycie korony wszystkich szczytów i zaszczytów zawiódł na całym froncie dopuszczając do tak nokautującego policzka. Nie tylko własnych wyznawców i wyborców, zawiódł przede wszystkim samego siebie. Człowiek, któremu zamarzyło się uhonorowanie wielu lat istnienia w przestrzeni społecznej, istnienia paranoiczno-patologicznego, podsycanego wybujałym mniemaniem o sobie, ustawicznie wzniecanym falami uwielbianego klakierstwa, uznanym tytułem emerytowanego zbawcy narodu. On sam przedstawił to na ogólnopolskiej wizji okraszając ową doniosłość rozbrajającym grymasem brzdąca spodziewającego się spontanicznego aplauzu.
Już wtedy zatrąciło niemiłosierną żałosnością.
WaszeR d. Londyński

Dziękuję Autorowi za przenikliwość jasną i widzenie niepomroczne. Dawno już sekcja zwłok politycznych nie była tak pełna życia. Jest tu poród, połóg, toksyczne pęcherze, wazelina, kloaka, pretorianie i emerytowany zbawca narodu — czyli właściwie cały podręcznik anatomii partyjnej, tyle że bez rycin, bo materiał ilustracyjny codziennie występuje w telewizji.
Ubawiłem się setnie, zwłaszcza przy „emerytowanym sprawcy zawodu”. To określenie zasługuje na osobną rubrykę w formularzu ZUS: zawód wykonywany — zbawca narodu; przyczyna ustania zatrudnienia — naród nie wyraził dalszego zainteresowania.
Autor nie dopisał może tylko jednego: w tej formacji na emeryturę odchodzi się wprawdzie z urzędu, lecz nigdy z własnego przekonania. Dlatego emerytowany zbawca nadal zbawia, emerytowani pretorianie nadal salutują, a wazeliniarze — jak wiadomo — nie przechodzą na emeryturę, tylko na samozatrudnienie.