Krzysztof Bielejewski: Skrajna prawica ma program. Demokraci mają kordon6 min czytania

()


06.09.2026

Dzisiaj Saksonia-Anhalt głosuje i może się okazać, że po raz pierwszy w powojennych Niemczech skrajna prawica zdobędzie władzę w kraju związkowym. AfD ma w ostatnich sondażach około 42 procent, CDU ledwie 22–23. Jeżeli kilka mniejszych partii nie przekroczy progu, arytmetyka mandatów może zrobić Niemcom niespodziankę, której przez osiemdziesiąt lat starali się nie dostać.

Nie wiadomo jeszcze, jaki będzie wynik, ale sam fakt, że liczy się możliwość samodzielnych rządów AfD, jest dostatecznie wymowny. Niemcy po wojnie zbudowali cały system polityczny na przekonaniu, że pewnych rzeczy już się nie robi. Historia miała być szczepionką. Teraz okazuje się, że szczepienie działało długo, ale producent nie przewidział, że następne pokolenia zgubią książeczkę zdrowia.

Najbardziej pocieszają się demokraci tym, że wyborcy AfD są sfrustrowani. Gospodarka słabnie, Wschód czuje się gorszy od Zachodu, migracja budzi lęk, usługi publiczne nie zachwycają, a Berlin wygląda z prowincji jak odległa centrala firmy, która wysyła regulaminy, ale nie naprawia windy.

To wszystko prawda. Tylko jest jeszcze prawda mniej wygodna. Ludzie głosują na AfD również dlatego, że podoba im się jej program.

Nie jest więc tak, że czterdzieści kilka procent mieszkańców landu przez pomyłkę weszło do niewłaściwego lokalu wyborczego, myśląc, że dostaną tam tańszy prąd. Część chce ostrzejszej polityki migracyjnej, mocniejszego państwa narodowego, mniej Unii, innego nauczania historii i powrotu do wyobrażonych Niemiec, w których porządek był porządkiem, przemysł przemysłem, a cudzoziemiec wiedział, gdzie kończy się gościnność.

AfD w Saksonii-Anhalcie proponuje między innymi zmiany dotyczące edukacji dzieci migrantów, inaczej chce rozkładać akcenty w historii Niemiec, z większą czułością patrzy na Prusy i Bismarcka, a z mniejszą na obsesyjne – jej zdaniem – zajmowanie się okresem 1933–1945. Do tego dochodzą prorosyjskie ciągoty i sceptycyzm wobec NATO.
Czyli oferta jest.

Można jej nie lubić, można uważać ją za niebezpieczną, ale trudno udawać, że jej nie ma.

I właśnie tutaj europejskie centrum popełnia od lat błąd podobny do restauratora, któremu odpływają klienci. Zamiast poprawić kuchnię, ustawia przed lokalem ochroniarza i tłumaczy wychodzącym, że po drugiej stronie ulicy jedzą ludzie o niewłaściwych poglądach.

Niemiecki Brandmauer, mur przeciw współpracy z AfD, miał być ochroną demokracji. Problem w tym, że mur nie rozwiązuje żadnego problemu, dzięki któremu AfD urosła. Nie buduje mieszkań, nie poprawia szkół, nie przyspiesza inwestycji, nie odpowiada na lęk przed migracją i nie tłumaczy mieszkańcowi małego miasta, dlaczego od trzydziestu lat słyszy, że właśnie trwa jego modernizacja, choć dworzec nadal wygląda jak dekoracja do filmu o NRD.

Można otoczyć partię kordonem sanitarnym. Nie da się otoczyć kordonem czterdziestu procent wyborców.

I tu zaczyna się właściwy europejski kłopot.

We Francji Marine Le Pen prowadzi w większości ostatnich sondaży przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku, osiągając w różnych badaniach około jednej trzeciej głosów w pierwszej turze. We Włoszech Giorgia Meloni bije właśnie rekord długości urzędowania powojennego rządu włoskiego, a ponieważ jako premier okazała się mniej apokaliptyczna, niż zapowiadano, po jej prawej stronie wyrósł już były generał Roberto Vannacci ze swoim Futuro Nazionale.

To jest piękna właściwość radykalizmu: kiedy radykał zostaje premierem i zaczyna czytać budżet, natychmiast pojawia się ktoś, kto zarzuca mu zdradę ideałów.

Rewolucja też ma dział reklamacji.

W Polsce sytuacja wygląda trochę inaczej, ale kierunek jest znajomy. KO w ostatnim sondażu IBRiS prowadzi z 27,5 procent, lecz symulacja mandatów dawała PiS, Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej łącznie 239 miejsc. Nie znaczy to oczywiście, że taki rząd powstanie; między Kaczyńskim, Mentzenem i Braunowską prawicą jest więcej wzajemnej miłości niż między trzema kotami zamkniętymi w transporterze. Ale arytmetyka pokazuje, że samo powtarzanie „demokratyczna większość” nie jest programem politycznym.

Najłatwiej byłoby teraz napisać, że Europa brunatnieje, faszyzm wraca i trzeba jeszcze mocniej bronić liberalnej demokracji. Tylko że od samego mówienia „liberalna demokracja” czynsz nie maleje.

Jeżeli mainstream chce przetrwać, musi stworzyć siebie na nowo. Nie wystarczy informować obywatela, że alternatywa jest straszna. Trzeba mu jeszcze pokazać, że dotychczasowy model działa.

To jest zadanie znacznie trudniejsze od moralnego oburzenia.

Przez lata europejska polityka lubiła rozmawiać językiem, który świetnie brzmi podczas panelu w Brukseli: inkluzywność, transformacja, odporność, zielony ład, strategiczna autonomia, spójność społeczna. Obywatel tymczasem chciał wiedzieć, dlaczego nie może znaleźć lekarza, jego syn nie może wynająć mieszkania, fabryka ogranicza zatrudnienie, a nauczycielka w klasie nie jest w stanie porozumieć się z częścią dzieci.

Kiedy pytał o migrację, za często słyszał, że sposób zadawania pytania jest podejrzany.

A wtedy przychodził człowiek z AfD, RN albo Konfederacji i mówił: ja cię rozumiem. Po czym dodawał pięć bzdur, dwie teorie spiskowe, Putina i powrót do złotego wieku, którego nigdy nie było. Ale pierwsze zdanie zdążyło już zadziałać.

Na tym polega dzisiejsza przewaga skrajnej prawicy: bardzo sprawnie rozpoznaje prawdziwe problemy, a następnie sprzedaje do nich często fałszywe lekarstwa. Mainstream natomiast przez długi czas popełniał odwrotny błąd: miał przeważnie rozsądniejsze lekarstwa, lecz czasem udawał, że choroby nie ma.

Czy Europa ma więc alternatywę dla skrajnej prawicy?

Ma. Nie jest nią jednak zakaz wypowiadania brzydkich słów ani kolejna konferencja o zagrożeniach dla demokracji. Jest nią państwo, które działa, granica, której można pilnować bez pogardy dla człowieka, transformacja energetyczna, której kosztów nie przerzuca się wyłącznie na klasę średnią, polityka społeczna niezamieniająca obywatela w petenta oraz patriotyzm, który nie wymaga ani wstydu za własny kraj, ani nienawiści do cudzego.

Krótko mówiąc: demokracja musi znowu zacząć być użyteczna.

Jeśli jej głównym argumentem pozostanie to, że konkurenci są gorsi, wcześniej czy później wyborca postanowi sprawdzić i właśnie to robi dzisiaj Saksonia-Anhalt.

Może się jeszcze okazać, że AfD nie będzie w stanie rządzić sama. Może kordon przetrwa. Może CDU skleci kolejną koalicję z ludźmi, z którymi łączy ją przede wszystkim wspólna niechęć do tych trzecich.

Tylko wtedy problem nie zniknie. Zostanie przełożony do następnych wyborów.

A wyborca skrajnej prawicy nauczył się już jednej rzeczy: demokraci bardzo dobrze wiedzą, z kim nie chcą rządzić. Coraz mniej wiadomo, po co chcą rządzić sami.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo