…Ślązaków godności
2018-08-01.
Najmniej u siebie Ślązacy są we własnym hajmacie – (Górnym) Śląsku. Mogą sobie być Ślązakami w Katalonii, Walii, lub Bawarii, a nawet w Warszawie, lecz nie w Śląsku. Przecież Śląsk to „odwiecznie polska ziemia Piastów”, jedna z krain „Staropolski”, tak więc nie może być inny niż wyłącznie polski, through and through.
Oczywiście bytowanie Ślązaków w państwie pruskim, a zwłaszcza w Niemczech nie było sielanką. Od połowy XIX wieku nacjonalizm etnicznojęzykowy począł ograniczać sferę wolności osobistej po całej Europie Środkowej. Jednak w domu można było wciąż mówić jak się chciało, czyli głównie po śląsku. Nikt nie zabraniał śpiewać po polsku w kościele. A każdy nabywał niemczyznę w obowiązkowej szkole powszechnej. Znajomość tego języka umożliwiała znalezienie pracy od Alzacji na zachodzie po Moskwę i St. Petersburg na wschodzie, oraz od Skandynawii i dzisiejszej Estonii i Łotwy na północy po Triest i Sarajewo na południu.
Ani Dmowski ani Piłsudski nie mieli w planach włączenia Górnego Śląska w obręb planowanej Polski, którą zamierzano utworzyć na zachodniej połowie ziem byłej Rzplitej Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Śląsk nigdy nie wchodził w skład Rzplitej. Przeważył przemysł górnośląski. Bez niego międzywojenna Polska byłaby państwem zupełnie rolniczym, czyli „za mało nowoczesnym” w rozumieniu polskich działaczy narodowych. A przecież przemysł „nie ma narodowości”, tak samo jak iPhone.
Ordynację wyborczą do Sejmu Ustawodawczego z roku 1919 rozciągnięto także na Górny Śląsk, czyli wtedy obszar Niemiec. To tak jakby dzisiaj Polska przeprowadzała wybory do Sejmu także na terenie rosyjskiej enklawy Kaliningradu. Polskie elity polityczne postępowały wbrew prawu międzynarodowemu, czyli jak państwo zbójeckie (rogue state). Samych Ślązaków nikt o zdanie nie pytał. Ogromna ich większość chciała niepodległego Śląska, lub szerokiej autonomii w ramach Niemiec, z dwoma językami oficjalnymi, tj. niemieckim i polskim.
W roku 1920 Sejm przegłosował Ustawę Konstytucyjną, nadającą Górnemu Śląskowi autonomię. Czyli Warszawa znów podejmowała decyzje o terenie należącym do innego państwa.
Po trzech śląskich wojnach domowych (1919, 1920, 1921, w których głównie uczestniczyli żołnierze z Polski i głębi Niemiec) oraz Plebiscycie przegranym przez Polskę (1921), Alianci postanowili podzielić region. Polska zadowoliła się małym wschodnim skrawkiem Górnego Śląska, na którym jednak znajdowała się większość okręgu przemysłowego. Nikomu w Warszawie nie przeszkadzał paradoks, iż ten kompromis pozostawił poza Polską obszary wiejskie, które głosowały za Polską w Plebiscycie, a utworzył autonomiczne województwo śląskie z obszarów miejskich, co głosowały za Niemcami. No bo przecież przemysł „nie ma narodowości”?
Przecież chodziło o przemysł, a nie o śląskich „Polaków”, w których istnienie polscy nacjonaliści wierzyli wtedy jeszcze mniej niż obecnie. Autonomia śląska była wyłącznie typu gospodarczo-administracyjnego i nie tyczyła kultury. W latach 1922-1926 obowiązywało przejściowe użycie niemczyzny (obok oficjalnego języka polskiego) w urzędach wojewódzkich. W roku 1926 usunięto język niemiecki z urzędów oraz zlikwidowano demokrację w międzywojennej Polsce. Ułatwiło to odebranie pro-polskim Ślązakom rządów w województwie. Zastąpiono ich „prawdziwymi” Polakami z Galicji lub Wilna. Przy tym obrano ostry kurs polonizacyjny zabraniając śląskim rodzicom posyłać dzieci do mniejszościowych szkół niemieckich. Warszawa przecież wiedziała co lepsze dla tych dzieci niż ich właśni rodzice.
Wybory komunalne (samorządowe) z roku 1926 wygrane przez partie niemieckie stanowiły szok dla Warszawy i powód do jeszcze ostrzejszej polonizacji oraz szybszego zaprowadzania autorytaryzmu, podobnie jak w etnicznie nie-polskich województwach wschodnich („kresowych”). W 1934 zdelegalizowano Związek Obrony Górnoślązaków, tym samym likwidując ostatnią etnicznie śląską partię. Także Niemców ani partii opozycyjnych nie tolerowano w polityce. Na wybory do Sejmu Śląskiego w 1935 roku obcięto liczbę mandatów o połowę, i tak sprawnie liczono głosy, że wszyscy wybrani posłowie byli z Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR). Dwa lata później BBWR stał się otwarcie nacjonalistycznym Obozem Zjednoczenia Narodowego, którego program w Górnym Śląsku charakteryzował antygermanizm, antysilezjanizm oraz antysemityzm. W roku 1938 zamknięto wszystkie pozostające jeszcze w województwie niemieckie i bilingwalne szkoły mniejszościowe.
Po II wojnie światowej całość historycznego Górnego Śląska znalazła się w granicach powojennej Polski na mocy decyzji Aliantów podjętych w Umowie Poczdamskiej (ostatecznie potwierdzonej dopiero w roku 1990). Zaraz w 1945 roku, Krajowa Rada Narodowa (czyli prosowiecki komunistyczny „sejm” polski) nielegalnie (a zatem de jure nieskutecznie) zniosła autonomię województwa śląskiego. Zgodnie z obowiązującym prawodawstwem decyzja ta była wyłączną prerogatywą Sejmu Śląskiego, a ten nigdy więcej już się nie zebrał po roku 1939. Jak widać polskie władze nie były zainteresowane poszanowaniem prawa zarówno po pierwszej, jak i po drugiej wojnie światowej. Wedle nich „interes narodu” stał (i znów stoi) ponad prawem. A co miało być interesem narodu, ustalała dana elita sprawująca władzę.
Zgodnie z postanowieniami poczdamskimi Polska mogła dokonać pełnej czystki etnicznej („transferu ludności”) ludności pozostającej na terenach niemieckich przekazanych przez Kreml powojennej Polsce. Przecież to byli Niemcy, wszyscy posiadali obywatelstwo niemieckie. Jednak Warszawa, znów nie konsultując niczego z samymi zainteresowanymi, arbitralnie postanowiła zatrzymać na miejscu gros Ślązaków. Po prostu nie było nigdzie w Polsce tylu wykwalifikowanych robotników, którzy mogliby zastąpić pracowników górnośląskiego okręgu przemysłowego (GOP). A był to jedyny okręg przemysłowy w kontynentalnej Europie, który uniknął zniszczeń wojennych.
Znów przemysł – czyli gospodarczy interes polskiego narodu – przeważył. W 1946 GOP wygenerował aż 75% polskiego PKB, a w latach 1947-1949 co najmniej 50%. Lecz pod przymusem zatrzymanym w hajmacie Ślązakom ufano jeszcze mniej niż przed wojną. Dla administracyjnego odseparowania ich od reszty „narodowościowo sprawdzonej” ludności określano ich terminem „autochtoni”. W komunistyczno-narodowej nowomowie wyraz ten oznaczał on „osoby, które potencjalnie można spolonizować”, czyli „bezwolną masę etnograficzną”. Po wysiedleniu do Niemiec górnośląskiej inteligencji (uważanej za „niewątpliwych Niemców”), poczęto przymusowo polonizować Ślązaków. Polityka „odniemczania” skutecznie zlikwidowała użycie niemczyzny jako języka komunikacji grupowej po wioskach i miastach. Z kolei polityka „re-polonizacji” miała nauczyć Ślązaków mówić i pisać „poprawnie po polsku”. Czyli była to polityka de-silezjanizacji, mająca na celu likwidację użycia języka śląskiego (tzn. „gwary” jak pogardliwie się o nim wyrażano w oficjalnych dokumentach).
Napływ etnicznie polskich osadników z głębi Polski oraz z etnicznie niepolskich terenów wschodnich, zagarniętych przez ZSRR (a obecnie w granicach Białorusi, Litwy i Ukrainy) doprowadził do tego, że w PRL – zgodnie z założeniami polonizacji – Ślązacy stali się mniejszością we własnym hajmacie. Obecnie nie stanowią oni więcej niż jedną czwartą mieszkańców województwa opolskiego, i nie więcej jak jedną piątą ludności w górnośląskiej części województwa śląskiego (katowickiego).
Ponadto przez cały okres istnienia PRL trwała bezustanna czystka etniczna Ślązaków. Usuwano z Polski do NRD lub RFN osoby niepoddające się procesom polonizacji. Ponadto gdy jakiś zaufany Ślązak mimo wszytko zdecydował się nie wrócić do kraju z koncesjonowanego wyjazdu do RFN, to po pięciu latach karnego okresu przymusowej separacji pozwalano też na wyjazd jego najbliższym. Za to w okresie odprężenia, czyli latach 70. ubiegłego wieku, Polska za kilkanaście tysięcy marek za głowę (w ramach bezzwrotnej „pożyczki” RFN na rzecz PRL z roku 1975 w wysokości 2,3 mld marek) zezwoliła na wyjazd ok. 150.000 Ślązakom do Niemiec Zachodnich. Z perspektywy Warszawy to byli „Polacy-autochtoni”, którzy po przekroczeniu granicy stawali się Niemcami-Aussiedlerami (przesiedleńcami) z perspektywy Bonn. Za pierwszej Solidarności, w latach 1980-1981, dołączyła do nich podobna liczba Ślązaków, i ponownie raz jeszcze tyle w latach 1988-1992, kiedy otwierały się granice po upadku komunizmu. W sumie w latach 1952-1992 zmuszono lub sytuacja (tj. kryzys gospodarczy i dyskryminacja związana z polityką przymusowej polonizacji) zmusiła prawie 1 milion Ślązaków do wyjazdu do RFN. A że była to czystka etniczna widać po jej efektach zgodnych z polityką polonizacji – całkowite zaniknięcie niemczyzny jako języka dnia codziennego do roku 1950, oraz dramatyczne ograniczenie użycia języka śląskiego. Śląszczyzna ta została silnie spolonizowana przez szkolnictwo i mass media, a paradoksalnie dla mniejszości niemieckiej Górnego Śląska jest ona obecnie mową dnia codziennego oraz wyznacznikiem jej etnicznej nie-polskości.
Okres demokracji w wolnej Polsce (1989-2015) nie przyniósł diametralnej zmiany w oficjalnej polityce polonizacyjnej prowadzonej przez Warszawę wobec Górnego Śląska. W roku 1990 uznano istnienie mniejszości niemieckiej w Górnym Śląsku. Wtedy Warszawa wciąż dbała o przychylność właśnie co zjednoczonych Niemiec, bo traktat graniczny ostatecznie uznający granicę polsko-niemiecką w świetle prawa międzynarodowego nie został ratyfikowany aż do roku 1992. Dlatego Armia Czerwona opuściła Polskę dopiero w roku 1993, bo wcześniej była jedynym gwarantem trwałego istnienia tejże granicy. Jednak nie odtworzono szkolnictwa mniejszościowego z niemieckim jako językiem wykładowym. Obecnie istnieją zaledwie trzy niewielkie asymetrycznie bilingwalne szkoły dla mniejszości niemieckiej, w których większość przedmiotów wykłada się po polsku. Oczywiście polski Rocznik Statystyczny wspomina o ok. 600 niemieckich szkołach mniejszościowych, lecz są to po prostu szkoły, w których naucza się niemieckiego jako „języka ojczystego”, czyli w wymiarze co najmniej trzech godzin lekcyjnych w tygodniu.
Nie zezwolono też na odtworzenie de jure wciąż istniejącej autonomii województwa śląskiego, czego od roku 1990 domaga się Ruch Autonomii Śląska. Od roku 1996 o prawa etnicznie śląskiej i śląskojęzycznej ludności zabiegał Związek Ludności Narodowości Śląskiej (ZLNŚ). Praktycznie od momentu założenia państwo polskie starało się o delegalizację ZLNŚ, do czego doszło w roku 2004 po korzystnym dla Warszawy wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu. Jednak w wyroku trybunał ten nie wypowiedział się w sprawie istnienia lub nie narodu śląskiego, a ponadto zobligował władze polskie do konstruktywnego dialogu z etnicznym (narodowym) ruchem śląskim. Po pięciu latach, w roku 2009, do takiego dialogu ponownie wezwał Warszawę Komitet Doradczy Konwencji Ramowej o Ochronie Mniejszości Narodowych Rady Europy.
Jak na razie „dialog” ten sprowadził się do zdelegalizowania w roku 2013 kolejnej etnicznie śląskiej organizacji, czyli Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej (SONŚ) (założonego dwa lata wcześniej, w 2011 roku). Obecnie kwestia legalności tej delegalizacji jest rozpatrywana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasbourgu. Powstała w roku 2012 Rada Górnośląska zrzeszająca śląskie organizacje regionalne i kulturalne zwróciła się tego samego roku do rządu z apelem o podjęcie dialogu ze Ślązakami. Apel ten pozostał bez odzewu.
W międzyczasie, wedle spisów ludności z lat 2002 i 2011 okazało się, że Ślązacy to największa mniejszość narodowa (850 000 osób) oraz językowa (530 000 osób) we współczesnej Polsce. Warszawa nie uznała tego wyniku spisowego i arbitralnie uważa Ślązaków – wbrew deklaracji ich woli – a to za „grupę społeczną” a to za „grupę regionalną” narodu polskiego, a ich język śląski za „gwarę” („dialekt”) polszczyzny.
Po delegalizacji ZLNŚ i SONŚ działacze śląscy skupili się na „organicznej pracy u podstaw”, czyli na kwestii rozwoju i oficjalnego uznania języka śląskiego. Na świecie śląszczyzna jest uznawana od roku 2007, kiedy to w ramach standardu rejestracji języków całego globu (ISO639-3) nadano jej kod indentyfikacyjny szl. Od roku 2008 istnieje Ślōnsko Wikipedyjo, tym samym śląszczyzna jest jednym z 300 języków, w którym tworzy się Wikipedię. W roku 2009 wypracowano standard zapisu języka śląskiego, i od tego czasu prywatnym sumptem wydano około 40 książek śląskojęzycznych w standardowej ortografii. Śląscy parlamentarzyści kilkakrotnie składali w sejmie projekty ustaw (w tym i jeden społeczny) przyznający śląszczyźnie status języka regionalnego. Praktycznie bez żadnej merytorycznej dyskusji wszystkie te projekty zostały odrzucone.
Po wyborach w roku 2015, sytuacja zaczyna przypominać tę, jaka w międzywojennej Polsce nastąpiła po roku 1926. Czyli zaprowadzono w kraju dyktaturę. Przejawia się ona w arbitralnej (przez to niekonstytucyjnej) organizacji sprawowania władzy. Prezydent i premier wykonują polecenia prezesa obecnie rządzącej partii. Formalnie prezes ten jest „zwykłym posłem”, i na gruncie prawa nie ponosi żadnej odpowiedzialności za wydawane decyzje. System ten, jak i w okresie międzywojennym, jest emanacją żądań i życzeń „ugrupowań narodowych” (czytaj: nacjonalistycznych). Dążą one do umacniania homogeniczności („czystości”) narodowej (tj. etnicznej i religijnej) oraz językowej Polski. Wyraźnym wyrazem dezaprobaty tych sił wobec dążeń emancypacyjnych Ślązaków był „niechcąco” upubliczniony w Internecie raport UOP z roku 1999 na temat zagrożeń bezpieczeństwa państwa. Jako najpoważniejsze zagrożenie wewnętrzne wymieniono Ślązaków, wtedy reprezentowanych przez RAŚ i ZLNŚ. W roku 2011 prezes (czyli obecnie sprawujący w Polsce władzę dyktator) określił Ślązaków mianem „zakamuflowanej opcji niemieckiej”. Czyli nic się nie zmieniło i pełną parą z powrotem do przeszłości.
W międzywojennej Polsce nie ufano Ślązakom, że mogą racjonalnie decydować o edukacji własnych dzieci, a tym bardziej sensownie zarządzać własnym autonomicznym regionem, iż są „zbyt niemieccy” w wyborach kulturowych i politycznych. Za PRL „autochtonów” powszechnie poważano za „krypto-Niemców”. Po roku 1989, w wolnej już Polsce, władza jednak wie lepiej od samych Ślązaków, że Ślązacy przecież nie są żadnymi Ślązakami, i że nie mówią w żadnym języku śląskim, tylko „czysto po (staro)polsku”. A teraz za dyktatury „dobrej zmiany” z woli narodowego suwerena, wiadomo już, że nic się nie zmieniło. Nie tylko się Ślązaków nie uznaje, ale też się im nie ufa, jako przecież „niby-Polakom”, „Polakom niepełnym”.
Pozostaje spytać: Dlaczego? Przecież przemysł ciężki się już nie liczy. Obecnie GOP to jedno wielkie muzeum techniki. Nie wydaje się, żeby szło tu o jakieś wytłumaczenie racjonalne. To czyste („zdrowe”) narodowe emocje: „Abo tak, i już!”. Ślązaków i ich śląskiego języka nie było, nie ma i być nie może. Zupełnie tak samo jak carska Rosja sądziła o Ukraińcach i ich mowie.
Nie można przewidzieć co przyniesie przyszłość. Na pewno teraz, za dyktatury, Ślązakom – w wymiarze ich tożsamości, kultury i języka – będzie ciężej niż wcześniej. Dobrze, że granice (jeszcze) pozostają otwarte, że „dobra zmiana” nie zlikwidowała tej opcji. Zapewne wielu niezadowolonych z pogłębiającej się dyskryminacji Ślązaków wyjedzie do Niemiec i gdzie indziej do UE. A tam, z dala od hajmatu, można się swobodnie deklarować jako Ślązak oraz posługiwać uznanym na świecie (tj. poza Polską) językiem śląskim.
Tomasz Kamusella
University of St Andrews

„Ślązaków i ich śląskiego języka nie było, nie ma i być nie może.”
O ile mi wiadomo, w Polsce obowiązują odpowiednie zapisy prawne dotyczące tego co jest językiem, gwarą, narzeczem itd.
Są też określone warunki do spełnienia, które decydują o kwalifikacji do jednej z tych grup. Czy wie Pan coś o staraniach Ślązaków w tej materii?
Pytam, bo jestem z Kaszub, gdzie od lat 90tych ten problem zniknął. Podstawą była 150 letnia tradycja literatury w jęz. kaszubskim oraz całkiem współczesne opracowanie gramatyki i ortografii tego języka. To są warunki, które kaszubszczyzna spełniła. Są więc i napisy dwujęzyczne na drogach i nauka kaszubskiego w szkołach itd. Czy coś takiego pojawiło się w obszarze języka śląskiego?
Urodziłem się w roku 1941 w Gleiwitz, czyli w niemieckiej części śląska. Nikt w rodzinie ojca, u której mieszkaliśmy, nie umiał po polsku. Po sląsku w tej rodzinie się też nie mówiło. Tymczasem jestem zdaniem, że polegało to na tym, że dziadek był głównym księgowym – czyli „nie – proletariusz”. Gdy poszedłem do szkoły prawie nikt (30 dzieci o 36) nie umiał po polsku w klasie. Po niemiecku nam nie wolno było mówić. Po jakimś czasie koledzy w klasie naraz mieli inne nazwiska i imię. Pamiętam jakiś Lücker naraz się nazywał Lis. Jakiś Johannes Jan idt idp. W niektąrych rodzinnach nawet urzędy pisali nazwiska w różny sposób, a póżniej mieli problemy w tych urzędach, po spadkobierciu, śmierci itp.
Dla nauczycieli byliśmy hitlerowcami. Jedno szczęście, że miałem wujka który mnie odpowiedał o zbrodniach niemców, ale jednak została poczucie krzywdy w tym młodym wieku.
Gliwice/Gleiwitz to może wyjątek na Sląsku – tam nie ma „proletariatu” lecz akademia, urzednicy, a w czasie 1980/81 prawie nikt nier priotestował w porudwnaniu innych miast.
Ojciec ze Sybirri 1948 do Berlina, a urzędy dopiero 1954 pozwolili na wyjazd do ojca. Wtedy sobie ślubowałem – już nigdy nie będę mówił po polsku.
@Norbert K. Ja urodziłem się, mówiąc Pańskim językiem, w Ostpreußen, kilkanaście lat po Pana narodzinach w Gleiwitz. Ja i moi wszyscy koledzy mówili w języku polskim, jak to na Warmii i Mazurach wiele lat po wojnie, nie mieliśmy problemu w szkole (oprócz klasówek). Urodziliśmy się tam, chociaż powinniśmy urodzić się, gdyby historii nie spuszczono z łańcucha, gdzie indziej. Ja współczuję Panu jako niezawinionej ofierze wojny, rozumiem Pana przeżycia, gdy zmuszano Pana do uczenia się w obcym języku – jest to okropne i dzisiaj nie do usprawiedliwienia. Rozumiem, że nie chce Pan mówić po polsku. Ale czy w Pana głowie pojawiła się kiedykolwiek myśl, kto jest odpowiedzialny za to, że Gleiwitz to Gliwice, a Ostpreußen to Warmia i Mazury? A Papa jak trafił na Syberię? Pytał Pan? Zgarnęli go Rosjanie w 1945 r. jako podejrzanego mieszczucha w Gleiwitz? Wtedy współczuję. A może Waffen-SS? Może Einsatzgruppen? Wie Pan, co to było? Czy tylko Wehrmacht? Czyli nic, jakąś wioskę białoruską spalili i tyle. Uważam, że szczucie Polaków na Niemców dzisiaj, wyrachowane przypominanie o niemieckich zbrodniach, co czyni polski rząd, gdy jest (a może już była) szansa na porozumienie i zapomnienie o przeszłości, jest czymś głupim i nieodpowiedzialnym. Pan okazuje się być niemieckim mini-Kaczyńskim, czyli człowiekiem głupim i nieodpowiedzialnym, niezdolnym do refleksji.
Nie da się wymierzyć wielkości czyjejś krzywdy, więc nie byłbym tak ostry. Co człowiek to historia. U nas w czasie wojny (kiedy to ok. 0,5 mln Kaszubów wcielono do Wehrmachtu) działał „Gryf Pomorski”, lokalna partyzantka. Część z nich po wojnie wylądowała w … Stutthofie (nie wszyscy wiedzą, ze ten obóz działał jeszcze długo po wojnie), a potem dalej, aż na Zabajkalu. Nowa władza stwierdziła, że są elementem niepewnym politycznie. I nie chodziło o „opcję niemiecką”, lecz o zabarwienie polityczne „Gryfa”.
To była wielka krzywda dla ludzi, którzy w czasie wojny ryzykowali dla Polski życie.
Inna rzecz, ze nie spotkałem nikogo, kto za tę krzywdę winiłby Polskę. Za to komuna nigdy nie zyskała tu jakiejś szczególnej sympatii 🙂
@J.Luk Ależ ja nie neguję krzywdy tego człowieka. Ja ją rozumiem. Tylko że ja potrafię przyznać, że Niemców więziono w Łambinowicach i Potulicach, że gwałcono Niemki, że odwet był straszny i na niewinnych ludziach. A Norbert K. skamle, że się musiał uczyć po polsku i nie wie dlaczego. Gdyby się urodził w 1941 w żydowskiej rodzinie, to nie miałby okazji uczyć się w żadnym języku, bo pewien pan K. z Gleiwitz roztrzaskałby mu łeb o węgieł domu. I o to mi chodzi – że on nie rozumie. Ma 77 lat i niczego nie rozumie, nic nie przeczytał, niczego się nie dowiedział.
T. Kamusella : Bardzo dziękuję za pański tekst. Rzadko można czytać rzetelne pod każdym względem wypowiedzi dotyczące spraw Śląska i Ślązaków. Jakiś irracjonalny strach przed siłą tej krainy i ludzi z niej pochodzących sprawia, że nadal traktowani jesteśmy w najlepszym razie jako „ciekawostki przyrodnicze” . Najlepszym bodaj przykładem jest wypowiedź pana J.Luk ( ” brata w wierze” ), który bardzo rozumie nasze problemy, ale jak wynika z tekstu, Jego wiedza o Śląsku , bez obrazy, bardzo przystaje do ogólnej polskiej. Mamy swój język, kulturę, nie ma nas ( vide tekst p. Kamuselli ). Czesi w swojej Konstytucji oznajmiają, że w ich kraju mieszkają Czesi i Ślązacy… We współczesnych czeskich opracowaniach naukowych z dziedzin historii czy architektury historycznej, znajdują się prace dot. również polskiej obecnie części Śląska Morawskiego. Na Śląsku wydawało się i wydaje sporo opracowań dotyczących naszego języka, literatury pisanej w języku śląskim , opowiadamy naszą historię – nie wymyśloną na potrzeby polskiej poprawności. Kaszubów jest mniej – łatwiej w „centrali” przełknąć dziwaczność tej grupki tak, jak przełknięto istnienie mniejszości niemieckiej na Śląsku. Ślązacy ? – najzgrabniej udać , że ich nie ma , a jeżeli skądś wyłażą, zrobić z nich groźnego dla sprawy polskiej czarnego luda.
Drogi Panie/Pani. Ja po prostu pytam, bo nie wiem. A odpowiedź na te pytania sporo by wyjaśniła, ponieważ np. odmowa uznania języka musiałaby być uzasadniona przez właściwe urzędy. Ponieważ nie słyszałem o staraniach Ślązaków w tym obszarze, to pytam. Jak dotąd nagłaśniane są tylko postulaty „autonomii” Śląska, co postronnemu, choć życzliwemu obserwatorowi wydaje się być zaczynaniem budowy domu od komina. Powtarzam – tak można pomyśleć czytając doniesienia medialne, bo na zdrowy rozum, akurat autonomia powinna wieńczyć dzieło, a nie je zaczynać.
Dlatego tak bardzo interesuje mnie odpowiedź na pytanie: czy wystąpiono do właściwych urzędów w sprawie uznania języka śląskiego? I jaka była ew. odpowiedź.
Wiem, że na Śląsku wydaje się opracowania dotyczące języka, kilka książek nawet czytałem, widziałem też kilka filmów ze ścieżką dźwiękową w tym języku, ale to na urzędach nie zrobi wrażenia. Oni mają swoją ścieżkę proceduralną, na którą można się zżymać, ale której się nie obejdzie. Ktoś na nią wszedł czy nie?
O sytuacji Ślązaków i Śląska dowiaduję się zwykle od prof. Antoniego Golly’ego, który pozostaje dla mnie autorytetem od czasu, gdy buszowałem po blogach „Polityki”. Pod Jego wpływem zaglądam do „Silesii”, bieżący artykuł:
http://www.silesia-schlesien.com/index.php?option=com_content&view=article&id=518:prof-antoni-golly-mniejszoci-narodowe–kopot-dla-spoeczestwa-czy-zysk-&catid=37:artykuy
„Nagłaśnianie” zawsze traktuję jako narzędzie propagandy służące do budowania – delikatnie mówiąc – niechęci, w tym przypadku do Ślązaków.
A co do dwujęzycznych tablic miejscowości, ciekawi mnie, że na drodze do Gdańska pomiędzy tablicami dwujęzycznymi trafia się tablica w języku polskim. W tej chwili nie pamiętam, czy jest to na drodze nr 6, czy na ciągu dróg 218/Koleczkowo – Witomino.
Nie do końca o takie „nagłaśnianie” mi chodzi. Raczej o to ze strony RAŚ, a ciekaw byłbym innych ich inicjatyw, szczególnie właśnie w zakresie urzędowego uznania języka.
Postępuję, jak @J.Luk. Nie wiem, więc pytam.
1. Czy rzeczywiście „…większość [Ślązaków] chciała niepodległego Śląska, lub szerokiej autonomii w ramach Niemiec, z dwoma językami oficjalnymi, tj. niemieckim i polskim”? Skąd wiadomo, że „większość”? I jaka „większość”? Dlaczego „większość” Ślązaków chciała języka polskiego jako języka oficjalnego, skoro Autor przekonuje w całym tekście, że Ślązacy mają swój odrębny język i skłaniali się raczej ku kulturze i państwowości niemieckiej? Po co im język polski skoro mówili po śląsku lub niemiecku? Chcieli obcego im języka polskiego za język oficjalny w państwie niemieckim? Nie ma to sensu żadnego.
2. Czy istniała/istnieje „większość/mniejszość” Ślązaków, która przy zachowaniu swej językowej i kulturowej odrębności od polskości łączy Śląsk z Rzeczpospolitą? Tak jak Koroniarzy i Litwinów (i może Kaszubów – ale to niech rozstrzygnie @J.Luk) – przy wszystkich różnicach – łączyła Rzeczpospolita (przynajmniej do poł. XIX w.)?
3. Jaki jest udział Ślązaków w powstaniach śląskich? Z tekstu wynika, że mały. Po czyjej stronie opowiedzieli się ci, którzy walczyli?
4. Czy Kazimierz Kutz w „Soli ziemi czarnej” kłamał? Czy rodzina Basistów to jego fantazja?
5. Czy powstania śląskie można, jak chce Autor, nazwać wojnami domowymi? Chyba nie, skoro walczyli w nich w większości najemnicy z Polski i Niemiec, jak twierdzi autor. Czyli Ślązacy pozostali obojętni na swoją przyszłość?
6. Czy powstanie wielkopolskie było nielegalne, więc prawnie bezskuteczne, bo wybuchło na terenie Niemiec?
Nadużyciem jest porównywanie dynamicznej sytuacji po IWŚ do 2018 roku.
Polska (rozumiana przede wszystkim jako rząd) zabrała godność nie tylko Ślązakom, ale też Warmiakom, Mazurom, Żydom, Ukraińcom, a często samym Polakom. Tak więc z wieloma tezami Autora się zgadzam. Ale nie dlatego, że mnie przekonał, a dlatego, że wiem o faktach skądinąd.
1. Większość mieszkańców Śląska (około 60%) była za pozostaniem tego obszaru w granicach Niemiec jako części państwa federalnego.
2. Ci którzy chcieli przyłączenia do Polski myśleli, że mówią po polsku i czuli się Polakami (taka była jedna z linii agitacji przedreferendalnej). Po przyłączeniu okazało się, że dla Polaków z Kongresówki są Niemcami i elementem niepewnym politycznie – los Korfantego jest dobrym przykładem traktowania przez wolną Polskę obywateli mówiących Wasserpolnisch, mimo że on sam posługiwał się nienaganną polszczyzną.
2. Większość potomków Ślązaków mieszkających w czasie plebiscytu na Śląsku mieszka obecnie w RFN w skutek procesów opisanych przez autora. Większość Ślązaków definiowanych jako mieszkańcy województwa Śląskiego i Opolskiego jest potomkami przesiedleńców ze wschodu po IIWŚ. Większość „autochtonów” pozostała tutaj tylko dzięki trzymaniu gęby na kłódkę i ew. potakiwaniu każdej bieżącej narracji historycznej z Warszawy. Ci którym się to z różnych względów nie podobało wywędrowali lub nadal wywędrowywują do RFN – vide tekst autora.
3. Ślązacy, definiowani jako mieszkańcy Śląska w czasach plebiscytu, brali masowo udział w powstaniach Śląskich i ich zwalczaniu, ale przynajmniej równie znaczącą część sił zbrojnych stanowili ochotnicy z Wielkopolski i Galicji oraz z Bawarii i innych landów niemieckich. Pytanie do Wejszyca: a co to w ogóle wnosi do dyskusji?
5. Ci którzy pozostali obojętni i znali odpowiedni język, albo optowali za opcją zwycięską na danym terenie opozostali na miejscu. Pozostali zostali zamordowani lub wygonieni w trakcie czystek etnicznych przeprowadzonych przez obie strony po ustaleniu granicy. Co to wnosi do dyskusji? Czy trzeba mieć poległego dziadka z powstania żeby być „prawdziwym” Polakiem lub Niemcem? Czy mając poległego w powstaniu dziadka nie można uważać, że Polska haniebnie poraktowała „autochtonów” i to beznadziejne traktowanie jest dla wszystkich tak oczywiste, że nie ma nawet śladu dyskusji na ten temat, bo przekracza to horyzont mentalny Polaków wychowanych w PRL-u? Czy to aby nie nasi dziarscy chłopcy z ONR-u wyznają takie poglądy?
6. Wszelkie powstania, a już szczególnie narodowe sa nielegalne, bo godzą w uznaną w prawie międzynarodowym zasadę suwerenności i niezależności państw. No chyba, żeby się udały, wtedy są legalne, bo pozwalają na realizację uznane w prawie międzynarodowym zasady samostanowienia. Pytanie do Wejszyca: czy „powstania” na Krymie i na wschodniej Ukrainie są legalne czy nie? Przepływ „ochotników” i przede wszystkim wojskowego know-how od bratniego sąsiada jest porównywalny z powstaniami Śląskimi, tyle że na Śląsku powstanie poszło wojskowo na tyle dobrze, że Polska nie musiała interweniować bezpośrednio jak Rosja pod Donieckiem (Korfanty przystał wbrew Grażyńskiemu na zawieszenie broni, co pozwoliło mu negocjować z lepszej pozycji – a zielone ludziki nie miały mandatu do podpisywania zawieszenia broni, więc musiały dostać wciry i zostać potem uratowane przez „ochotników z ciężkim sprzętem przedzierających się przez granicę”.
@Tuciu. Tekst artykułu i Pański komentarz sprawiły, że zweryfikowałem zdanie na temat Ślązaków.
W ramach edukacji o co chodzi tym całym Ślązakom link do strony Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej zdelegalizowanego decyzją Sądu Najwyższego Rzeczpospolitej Polskiej na podstawie doniesień prasowych i odczuć społecznych:
http://slonzoki.org/narodowosc-slaska/historia/
Decyzja delegalizująca SONŚ jest perełką polskiej myśli prawniczej będącej prekursorem dobrej zmiany, więc też załączam link:
http://www.sn.pl/sites/orzecznictwo/Orzeczenia2/III%20SK%2010-13-1.pdf
Przy okazji załączam wyrazy szacunku dla Dr. Kamuselli, który jest chyba człowiekiem tak wielkiej wiary, że nie zwątpił jeszcze w Polskie społeczeństwo i zbudowane przez nie państwo.
Jak niepodległa Polska potraktowała dawny zabór pruski to akurat wiem dobrze. Awantura o to była tak wielka, że powołano nawet specjalną komisję sejmową w tej sprawie.
„Sejm Rzeczypospolitej o Pomorzu w roku 1920. Sprawozdanie Komisji Pomorskiej, opr. J. Borzyszkowski i P. Hauser, Gdańsk 1985”
Warto poczytać.
Natomiast nie uzyskałem odpowiedzi na swoje pytanie: czy wystąpiono oficjalnie o uznanie języka śląskiego. Delegalizacja SONŚ nic mi w tym temacie nie daje, ponieważ, wbrew pozorom, dotyczy innego obszaru, a moim prywatnym zdaniem jest takim pójściem „na skróty” w całej sprawie. Dlatego przytoczyłem doświadczenie Kaszubów, którzy wykorzystali z powodzeniem istniejące możliwości. I nie dlatego, że nas jest mniej i „nie stanowimy zagrożenia”, ale dlatego, że mieszkamy w tak zurzędniczałym świecie, iż nigdy nie obejdzie się bez przepisów, procedur itd. A doświadczenia, właśnie pruskiego zaboru, uczą, że należy nauczyć się je wykorzystywać. Nasi dziadkowie tak wygrywali nawet z Hakatą.
Uznanie języka śląskiego mogłoby być fundamentem tego domu, o którego budowie już wspomniałem. Dlaczego tego się nie robi?
Były próby uznania języka śląskiego ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Etnolekt_%C5%9Bl%C4%85ski ), ale PO nie chciało drażnić prawicy i narodowców, a prezydent Komorowski jako zadeklarowany spadkobierca idei piłsudczykowskiej ujrzał w tych ruchach zagrożenie dla integralności państwa Polskiego. W utrąceniu sprawy pomogła opinia prof Markowskiego (https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=7&cad=rja&uact=8&ved=2ahUKEwid0ISertrcAhVEbVAKHcI6DfAQFjAGegQIBBAC&url=http%3A%2F%2Forka.sejm.gov.pl%2FRexDomk7.nsf%2F0%2FC5D62FDD70A8B604C1257A7000338B13%2F%24file%2Fi2207-12A.rtf&usg=AOvVaw3Ge397LnpAEb5R7lI7FF5g) wspierana przez Radę Języka Polskiego PAN z skądinąd przesympatycznymi prof. prof. Miodkiem i Bralczykiem w składzie, która uznała, że Śląski jest dialektem Polskiego (http://wyborcza.pl/1,76842,9401235,Prof__Bralczyk__Slaski_jest_piekny__ale_to_dialekt.html http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/384010,jan-miodek-dyskusja-o-jezyku-slaskim-w-pismie-jest-zenujaca,id,t.html ), a nie odrębnym językiem. Pytanie czy do bycia mniejszością etniczną potrzebny jest unikalny w sensie językoznawczym język czy też znacząca populacja osób poczuwająca się do prznależności do tej mniejszości. Jeszcze ważniejsze pytanie, to czy ludzie czujący prznależność do takiej choćby całkowicie wydumanej mniejszości (np. rycerze Jedi, wyznawcy słońca) mają prawo się zrzeszać aby kultywować to swoje dziwne hobby. Według organów Państwa Polskiego, tj. prokuratury w Opolu i Sądu Najwyższego nie mają takiego prawa. Teraz czekamy jak na ten temat wypowie się najsensowniejsza część polskiego systemu prawnego czyli trybunał w Strasubrgu. Reakcja ludzi nie siedzących głeboko w temacie jest taka jak tu na forum: o co Wam w ogóle chodzi, precz z kryptoniemieckim separatyzmem i poprzewracało się Wam w wiadomym miejscu szyszkowniku. Tak więc szanse na załatwienie sprawy są raczej nikłe, bo jak skądinąd słusznie zauważył Sąd Najwyższy, w społecznym odbiorze mniejszość śląska nie istnieje i w Polsce to załatwia sprawę.
Bardziej wyczerpujący opis starań o uznanie języka Śląskiego i mniejszości etnicznej w akapicie III (strona 108 orginału lub 10 pdfa) http://marszalek.com.pl/przegladprawakonstytucyjnego/ppk15/05.pdf
Dzięki, teraz wiem więcej. Bardzo pomocny tekst.
Jedna uwaga praktyczna.
„Podczas toczącej się wówczas dyskusji zauważono, że problem kodyfikacji śląskiego etnolektu to co prawda zadanie dla językoznawców, lecz nadanie mu statusu języka regionalnego to – w obowiązujących realiach ustrojowych – zadanie dla polskich parlamentarzystów.”
To prawda, nie zauważono jednak, że PRZED uznaniem kaszubszczyzny za język etniczny zakończono prace nad jego kodyfikacją. A było nad czym pracować, sam znam trzy odmiany kaszubskiego, choć używam jednej 🙂
Nad kodyfikacją jęz. śląskiego, jak czytam, prace wciąż trwają.
Może więc poczekać spokojnie, aż się zakończą i wtedy mając twardy argument w ręce rozpocząć starania. Prace w obrębie kaszubszczyzny trwały ok. 8 lat o ile dobrze pamiętam. Tu czytam o roku 2007, a więc już ponad dekadę. Czyli można mniemać, że nie jest daleko do ich ukończenia.
Zapewniając o mojej szczerej życzliwości dla sprawy proponowałbym więc odrobinę cierpliwości i konsekwencji w działaniu, bo jak widać wkraczanie na ścieżkę polityczną u progu starań zawsze prowadzi do politycznych polemik, czyli do … niczego .
Bardzo chciałbym wierzyć, że zakończenie kodyfikacji języka rozwiąże ten problem, ale patrząc z jednej strony na emocje jakie język śląski budzi po prawej stronie polskiej sceny politycznej i jej bolszewickie podejście do norm prawnych a z drugiej na strachliwość i nieudolność partii centrum i lewicy sądzę, że doczekam tego nie prędzej niż na emeryturze, czyli za jakieś 30 lat. Kto wie, może w takim horyzoncie czasowym uda się nawet uchwalić w Polsce jakieś związki partnerskie, albo ucywilizować stosunki pracy i chociaż zrobić jakieś kroki w kierunku bezpłatnej służby zdrowia. Trzeba myśleć pozytywnie i robić swoje, więc dziękuję za słowa wsparcia. W końcu w latach 80-tych też nikt nie wierzył, że dożyje upadku najlepszego możliwego ustroju.
Jestem o tyle optymistą, że kodyfikacja dałaby do ręki argument merytoryczny trudny do zakwestionowania. Statystykami można żonglować, tym nie. Nawet w świetle obecnych przepisów, także europejskich, politykom trudno byłoby wówczas uzasadnić odmowę.
Wszëtczégò bëlnégò 🙂