Krzysztof Bielejewski: Dom boży, czyli magazyn tajemnic i zepsutych sumień7 min czytania

()


17.02.2026

Wtorkowy poranek nie jest od tego, by być miłym. Wtorek jest jak rachunek za prąd. Otwierasz i już wiesz, że zaboli.

Wczoraj poczytałem raport o diecezji sosnowieckiej. Co najmniej 50 dzieci skrzywdzonych przez ludzi związanych z Kościołem. Pięćdziesiąt. Liczba jak z tabelki w Excelu. A przecież za każdą cyfrą stoi czyjeś dzieciństwo, które rozsypało się jak porcelana na kamiennej posadzce plebanii.

Raport mówi o bałaganie, braku procedur, milczeniu, bagatelizowaniu. To ładne słowa. Gładkie. Umyte. Pachną jak świeca z zakrystii. Tyle że pod nimi leży coś innego. Leży system. System, który przez lata działał jak dobrze naoliwiona maszyna do zamiatania pod dywan.

Kościół przez dekady chronił nie dzieci. Chronił siebie.

PIĘĆDZIESIĘCIORO DZIECI I JEDNO WIELKIE MILCZENIE

Pięćdziesiąt to tylko oficjalnie. Komisja sama przyznaje, że to fragment. Reszta czeka. Czeka jak list polecony, którego nikt nie chce odebrać.

Duchowni. Animator. Organista. Katecheta. Kleryk. I ogromna większość – księża. W siedmiu sprawach potwierdzono zarzuty. W innych – sprawcy już nie żyją. Część postępowań trwa. Część „niepotwierdzona”. To słowo brzmi jak parasol. Rozkładasz i nagle przestaje padać odpowiedzialność.

Biskup mówi: przepraszam. Przyznaje, że chroniono instytucję. Że ofiary były traktowane jak problem. Dobrze, że to mówi. Szkoda, że dopiero teraz. Szkoda, że po latach, gdy kolejne pokolenie zdążyło dorosnąć z traumą w środku.

Bo tu nie chodzi tylko o przestępców. Chodzi o tych, którzy wiedzieli. Którzy słyszeli plotki. Którzy „mieli wątpliwości”. I nic.

Nic jest w tej historii najgłośniejsze.

DOMY KSIĘŻY EMERYTÓW, CZYLI SANATORIUM BEZ WSTYDU

Oficjalnie to domy księży emerytów. W praktyce – przechowalnia problemów. Często młodych księży. Ukrytych. Odsuniętych. Wygaszonych jak świeca, której płomień stał się zbyt widoczny.

Człowiek czyta wspomnienia byłych kleryków i ma wrażenie, że opisują nie seminarium, lecz szkołę przetrwania. Posłuszeństwo. Dwulicowość. Lizusostwo. Nauka, jak się kłaniać wyżej postawionym. Jak nie wychylać się z prawdą. Jak przetrwać.

Psychologia? Teologia oderwana od życia? Wiedza o budżecie parafii? O relacjach? O seksualności? Nie. Za to jest przekaz: Duch Święty załatwi.

Nie załatwił.

Za to załatwiono dzieci.

CELIBAT, SPRĘŻYNA I HIPOKRYZJA

W teorii celibat ma uszlachetniać. W praktyce bywa sprężyną przyduszaną latami. A sprężyna, kiedy puszcza, nie pyta o zgodę. Uderza w najsłabszych.

Byli księża mówią wprost: tłumienie seksualności, brak relacji, samotność, atmosfera wzajemnej kontroli. Do tego system, w którym awans zależy od lojalności, nie od dojrzałości.

Popęd zamienia się w pęd do kariery. A jeśli nie w karierę, to w alkohol. W depresję. W podwójne życie.

I potem czytamy o księdzu, który po śmierci młodego człowieka w jego mieszkaniu nadal żyje wygodnie. O upomnieniach kanonicznych, które brzmią jak nagana w szkolnym dzienniku. O procesach toczących się latami, aż pamięć społeczna zdąży się zmęczyć. O narkotykach, które „znaleziono przypadkiem”. O prowokacjach dziennikarskich, które ujawniają więcej niż wewnętrzne komisje.

I w tym miejscu kończy się opowieść o „pojedynczych grzechach”, a zaczyna opowieść o przełożonych.

Bo ksiądz nie działa w próżni. Ma proboszcza. Ma kurię. Ma biskupa. Ma system raportów, wizytacji, rozmów, donosów i plotek. W Kościele nic nie ginie. Każdy wie o każdym wszystko. A jeśli nie wie – to dlatego, że nie chce wiedzieć.

Więc pytanie nie brzmi: jak to możliwe, że jeden duchowny zrobił coś potwornego.

Pytanie brzmi: kto go przeniósł. Kto go upomniał półgębkiem. Kto uznał, że „nie ma co robić afery”. Kto podpisał decyzję o wysłaniu go do domu księży emerytów zamiast do prokuratury.

Biskupi przez lata zachowywali się jak prezesi korporacji w kryzysie wizerunkowym. Najpierw minimalizować. Potem przeczekać. Potem wydać oświadczenie. A jeśli trzeba – po cichu przejść na emeryturę z pełnym pakietem przywilejów.

Jeśli w diecezji przez dekady istniał klimat bezkarności, to nie stworzył go wikary z pierwszego roku po święceniach. Stworzyła go kultura zarządzania. Hierarchia. Cisza wymuszana autorytetem.

Jeżeli biskup przez dwadzieścia lat nie wiedział, co dzieje się w jego diecezji, to znaczy, że nie panował nad własnym domem. A jeśli wiedział i milczał – to współuczestniczył w systemie ochrony sprawców.

Nie ma trzeciej drogi.

Odpowiedzialność biskupów nie może kończyć się na słowie „przepraszam”. Jeśli zwykły ksiądz odpowiada przed sądem, to hierarcha, który tuszował, powinien odpowiadać przed wiernymi i przed państwem. Bez sutanny jako tarczy. Bez purpury jako kamizelki kuloodpornej.

Bo dziś największym skandalem nie jest już sam czyn.

Największym skandalem jest bezkarność tych, którzy mieli stać na straży, a stali na straży reputacji instytucji.

OBŁUDA JAK KATEDRA

Najbardziej boli nie sama zbrodnia. Boli kazanie po zbrodni.

Boli, gdy instytucja, która potrafi rozliczać kobiety z długości spódnicy i młodzież z liczby mszy, nie potrafi rozliczyć własnych hierarchów.

Boli, gdy słyszymy o „ataku na Kościół”, gdy ktoś mówi o skrzywdzonych dzieciach.

Boli, gdy ofiary przez lata słyszały, że przesadzają, że kłamią, że niszczą dobre imię księdza.

Dobre imię. Jak porcelanowa figurka w salonie. Tylko że ta figurka stała na krzywdzie.

WIELKI OKRĘT I GÓRA LODOWA

Ktoś powiedział, że Kościół jest jak ogromny okręt, którego sternik budzi się za późno. Tyle że tu nie chodzi o jedną górę lodową. Tu są całe archipelagi.

Seminaria, które uczą wyższości nad świeckimi. Plebanie, gdzie księża żyją obok siebie jak wrogowie. Biskupi, którzy reagują dopiero, gdy wybucha skandal medialny.

I wierni. Część wciąż wierzy, że to pojedyncze przypadki. Część już szydzi. Część odchodzi po cichu, jak z domu, w którym przestało być bezpiecznie.

Wtorek nie jest od pocieszania. Wtorek jest od prawdy.

Prawda jest brutalna: jeśli instytucja przez lata chroniła sprawców, przenosiła ich z parafii do parafii jak kłopotliwą teczkę, wysyłała do „domów emerytów”, milczała, groziła ofiarom i zasłaniała się autorytetem sutanny – to nie mówimy o wypadku przy pracy. Mówimy o mechanizmie.

Nie wystarczy raport. Nie wystarczy konferencja prasowa. Nie wystarczy słowo „przepraszam”, wypowiedziane głosem łagodnym jak niedzielna homilia.

Potrzebne są nazwiska. Potrzebne są realne kary. Potrzebne są pieniądze na terapię, wypłacone bez upokarzających negocjacji. Potrzebne jest rozliczenie tych, którzy tuszowali, a nie tylko tych, którzy dotykali.

Bo jeśli biskup przez lata „nie wiedział”, to znaczy, że nie powinien być biskupem. A jeśli wiedział i milczał, to tym bardziej.

Nie chcę już słuchać o „ataku na Kościół”. Kościół nie jest atakowany, gdy ktoś domaga się sprawiedliwości dla dziecka. Atakowane jest tylko poczucie bezkarności.

Największą herezją naszych czasów nie jest brak wiary. Największą herezją jest przekonanie, że sutanna daje immunitet moralny.

Jeżeli ten system nie zostanie rozebrany do fundamentów, jeśli nie zostanie przewietrzony jak zatęchła plebania, to każde kolejne kazanie o czystości, rodzinie i wartościach będzie brzmiało jak szyderstwo.

A wtedy nie będzie już tylko szyderstwa wiernych. Będzie pustka.

Pusty kościół jest cichszy niż skandal. Ale jest groźniejszy. Bo oznacza, że ludzie nie krzyczą. Oni po prostu przestają przychodzić.

Wtorek jest chłodny. Powietrze szczypie w płuca. I dobrze.

Bo jeśli po lekturze takich raportów kogoś nie szczypie w sumienie, to znaczy, że problem nie jest już tylko w instytucji.

Problem jest w nas.

A z ciemnością nie walczy się kadzidłem.

Z ciemnością walczy się prawdą. Nawet jeśli pachnie mniej przyjemnie niż kościelne kadzidło i bardziej przypomina dym z pogorzeliska.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo