Co było potem?
Kończyłem wojnę i odchodziłem do cywila w stopniu porucznika, z Krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych, ze zrabowaną mi przez komunistów ojczyzną. Osiadłem z żoną w Londynie. Wkrótce urodził się mój pierwszy syn Ryszard. Nie bardzo wiedziałem, co robić dalej. Poszedłem więc na studia handlu zagranicznego, równocześnie pracując. W 1949 roku urodził się mój drugi syn Andrzej. W 1952 roku wyemigrowaliśmy do Stanów Zjednoczonych. Szukaliśmy szans na lepsze życie, ale także – przyznaję z goryczą – doskwierała duszna atmosfera polonijnego Londynu, pełnego kłótni, intryg i polskiego piekła.
I tak trafiliście do metropolii nowojorskiej?
– Zamieszkaliśmy w podnowojorskim Harrison. Wykształcenie z Anglii było do niczego nie przydatne, a żyć było trzeba. Zacząłem pracować jako tokarz. Po jakimś czasie otrzymałem pracę kreślarza Edison Laboratories. Stąd poszedłem na studia wieczorowe w znanej politechnice Stevens Institute of Technology. Skończyłem je w siedem lat, uzyskując tytuł inżynierski. To były lata ciężkich wyrzeczeń całej rodziny.
Jak trafił Pan do Centrum Badań Obronnych Armii USA w Dover? Chyba nie z ulicy?
– Był rok 1960, szczyt zimnej wojny. Oczywiście do takiej pracy nie trafiało się łatwo. Zatrudniano ludzi wszechstronnie sprawdzanych i absolutnie pewnych. Sprawdzanie trwało długo. W moim przypadku decydowała zapewne bardzo dobra opinia z Edison Laboratories, wykształcenie inżynierskie oraz przeszłość wojenna. Zostałem przyjęty.


Zdzisław Julian Starostecki w latach siedemdziesiątych. Foto: Archiwum
Podobna robił Pan tam szybka karierę?
– Najpierw pracowałem nad pociskami do działa 275 mm, zdolnymi do przenoszenia głowic jądrowych. Potem trafiłem do działu rakiet przeciwpancernych. Wiązało się to z koniecznością odbycia dalszych studiów, tym razem w dziedzinie balistyki. Te doświadczenia okazały się przydatne w zespole pracującym nad rakietą SAM/D, przeznaczoną do zestrzeliwania samolotów lecących na dużych wysokościach, rzędu 30-40 km, czyli takich, na których zdolne były latać ówczesne wersje radzieckich MiG-ów
Jak pojawił się „Patriot”?
– To fascynująca historia. Na początku lat 80. zostałem szefem 40-osobowej grupy projektującej radar i głowicę rakiety przeznaczonej, podobnie jak rakieta SAM/D, do zwalczania samolotów. Miała ona służyć jako broń przeciwlotnicza na szybkie radzieckie MiG-i. Wkrótce projekt ten przeszedł najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że można jej użyć do niszczenia rakiet dużego i średniego zasięgu z ładunkiem jądrowym. W naszych rękach powstawał pierwsza broń „umiejąca” takie rzeczy. Uczestniczyłem w pracach nad pierwszą rakietą – antyrakietą.
Skąd się wzięła nazwa?
– Wbrew pozorom, tu nie chodzi o proste skojarzenie rakiety z jej patriotyczną funkcją obronną, a nieco bardziej wyrafinowane. PATRIOT to akronim od: Phased Array TRacking to Intercept Of Target, czyli matrycowo fazowane śledzenie przechwytujące cel.

Dziękuję za all 🙂
Żyłem w PRL nie miałem pojęcia o tych faktach. Trudno zrozumieć naszą historię. Nawet nie wiem co napisać. Albo wiem dlaczego nic o tym nie wiedzą młodzi ludzie….