No i jak Pan walczył z Niemcami?
Przede wszystkim chodziło o dodanie otuchy warszawiakom i przekazanie sygnału, że ruch oporu istnieje. Jedną z takich pierwszych akcji miała miejsce w Alei Szucha, gdzie powiewały ogromne flagi niemieckie ze swastykami. Któregoś dnia nadleciał na nie rój papierowych samolocików z namalowanymi znakami brytyjskiego Royal Air Force. Było o tym głośno w Warszawie. Ludzie się cieszyli, hitlerowcy wściekali.
Akcję zaś zaplanował i wykonał podchorąży Starostecki, demonstrując zacięcie do… obiektów latających ?
– Nie będę się wypierał…
Niebawem przestało to Panu wystarczać…
Przyznaję, taktyka głębokiej konspiracji i powstrzymywanie się od zdecydowanych akcji zbrojnych nie była tym, czego oczekiwało wielu młodych i dynamicznych ludzi z podziemia. Oni chcieli stawać przeciw Niemcom z bronią, a nie papierowymi samolocikami czy farbą i pędzlem. Chcieli dotrzeć do Francji, do naszego wojska. Ruszali tatrzańskimi szlakami przez Słowację, na Węgry, a potem dalej. Ruszyłem tą drogą zimą 1940 roku. W Dolinie Kościeliskiej spotkałem wtedy „kolegę z Kilińskiego” Jana Karskiego. Szliśmy z różnymi przewodnikami. Spędziliśmy noc w punkcie przerzutowym. Cofnięto nas z drogi, bo szlak przerzutowy został zdekonspirowany gdzieś na Słowacji. Oczywiście wtedy nic nie wiedzieliśmy ani o sobie, ani skąd pochodzimy. Zgadaliśmy się na temat tego epizodu dopiero w Ameryce w połowie lat 90.
Spróbował Pan innej drogi…
Tak. Tym razem przez, okupowany przez Sowietów, Lwów i przez Karpaty.
Wpadłem niedaleko granicy sowiecko-węgierskiej. Trafiłem w ręce NKWD, które uznało mnie za szpiega amerykańskiego i szybko dostałem osiem lat łagru.

Najpierw rąbałem lasy w bagnach nad Peczorą, potem przenieśli mnie do kopalni złota na Kołymę. Tam poznałem Aleksandra Swanidze. Inni więźniowie mówili, że to „przyjaciel Josifa Wissarionowicza”, ale mi to nic nie mówiło. Z zapartym tchem słuchałem jego opowiadań o Sowietach. Któregoś dnia wyznał mi, że jest… szwagrem Stalina. Zdębiałem i przestraszyłem się. Opowiadał mi m.in. że jego siostrę Stalin kazał zabić, a nie umarła na atak serca, jak podawano.
Do dziś nie potrafię pojąć, dlaczego tak mnie polubił i zaufał… Był dobrym, odważnym człowiekiem.

Do łagru trafiła także, czego pewnie nie wiedział, jego żona Maria („za prowadzenie rozmów antyradzieckich”). Swanidze pójdzie pod ścianę 20 sierpnia 1941 roku, a ona 3 marca 1942 roku. Swego syna z Jekatieriną Swanidze, Jakowa, którego Niemcy wezmą do niewoli, Stalin się wyrzeknie i odmówi wymiany na feldmarszałka von Paulusa. Tragiczna rodzina…
… z woli wżenionego w nią psychopatycznego zbrodniarza.
Podobno próbował Pan uciec z łagru…
Dwa razy. Miałem dość nieludzkiej pracy, a przede wszystkim poczucia beznadziei. Kiedy zwiałem z obozu nad Peczorą, złapano mnie szybko, skatowano i dołożono dwa lata odsiadki. Próbowałem uciekać z obozu nad Kołymą, ale po kilkunastu godzinach brodzenia przez bagna, pokąsany przez tysiące komarów sam wróciłem do obozu. Koledzy zdołali jeszcze ukrywać moja nieobecność i władze obozowe nie połapały się. Myślałem, że to już koniec. Okazało się jednak, że doszło do porozumienia polsko-sowieckiego, tworzona jest polska armia, a w łagrach pojawiły się komisje kwalifikujące do niej polskich więźniów. Dzięki temu udało mi się przeżyć…

Dziękuję za all 🙂
Żyłem w PRL nie miałem pojęcia o tych faktach. Trudno zrozumieć naszą historię. Nawet nie wiem co napisać. Albo wiem dlaczego nic o tym nie wiedzą młodzi ludzie….