Spowiedź patrioty

20.02.2020

Z gen.inż. ZDZISŁAWEM JULIANEM STAROSTECKIM, konstruktorem antyrakiety „Patriot”, rozmawia Waldemar Piasecki

Zdzisław Julian Starostecki. Foto: Archiwum

Minęła niedawno dziesiąta rocznica śmierci i sto pierwsza urodzin generała inżyniera Zdzisława Juliana Starosteckiego, współkonstruktora systemu antyrakietowego „Patriot”. Wielkiego polskiego i amerykańskiego patrioty. Sąsiada z tej samej łódzkiej ulicy Kilińskiego innego bohatera narodowego Jana Karskiego. Też – generała.

Wraz z podpisaniem umowy na udostępnienie Polsce przez Stany Zjednoczone systemu „Patriot” wypełnił się duchowy testament Starosteckiego. Trzeba było jednak na to czekać ładnych parę lat.

W 2007 roku udzielił on wywiadu, w którym zdawał relację ze swego pięknego i dumnego życia.

Publikacje tego tekstu, w mniej lub bardziej okrojonej formie, walnie przyczyniły się do przywrócenia polskiej pamięci narodowej tego wybitnego Rodaka, czego efektem było podniesienie Go w stopniu wojskowym do rangi generalskiej w 2009 roku przez ówczesnego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

Dziś publikujemy pełną wersję rozmowy ze Zdzisławem Julianem Starosteckim – salutując Jego Pamięci. Wraz z refleksją, że powszechna rozpoznawalność tej postaci jest zdecydowanie niedostateczna. Tak, jakby się Polska wstydziła, że system antyrakietowy, który ma jej bronić tworzył Polak.

Jak się Pan czuł w przeddzień Święta Wojska Polskiego, oglądając w telewizji parafowanie porozumienia polsko-amerykańskiego, na mocy którego polskiego nieba będzie bronić pocisk rakietowy Pańskiej konstrukcji?

– Byłem — co tu dużo gadać — wzruszony. Trudno mnie posądzić o jakąś skłonność do wzruszeń, ale łzy napływały do oczu. Spełnia się moje marzenie. Skoro „Patriot” zdawał egzamin na tylu frontach i w tylu krajach dobrze służy ich obronie, to, jako Polak, czułem żal, że nie pomaga mojej ojczyźnie, które jest przecież od 1998 roku sojusznikiem USA w NATO.

„Patriota” dostajemy w pakiecie wraz z systemem tarczy antyrakietowej, który nawet w samej Ameryce budzi kontrowersje.

– Nie oceniam samego systemu tarczy antyrakietowej, bo go nie znam dokładnie. Znam natomiast „Patriota” i o tym mogę mówić…

Nim tym się zajmiemy, porozmawiajmy o Panu. Skąd się wziął Zdzisław Julian Starostecki…

Nie widzę przeszkód. Przybyłem na świat 8 lutego 1919 roku przy ulicy Kilińskiego 13. Ojciec Leonard był komisarzem Policji Państwowej i kierował komisariatem przy tej samej ulicy. Co ciekawe, pod numerem 71 przy tej samej ulicy mieszkał starszy ode mnie o cztery lata Jan Kozielewski, późniejszy legendarny kurier Polski Podziemnej – Jan Karski. Jego o wiele starszy brat Marian tak jak mój ojciec, był oficerem policji. Po niespełna roku przenieśliśmy się do Grudziądza, w którego okolicy rodzina mamy miała majątek. Rodzina zdecydowała, że kiedyś przejmę to gospodarstwo, więc powinienem się do tego fachowo przygotować na studiach w Szkole Głównej Gospodarstwa Rolnego w Warszawie.

Ponieważ jednak byłem synem oficerskim, ojciec uznał, że najpierw przyda mi się Korpus Kadetów, gdzie spędziłem na trzy lata. Szkołę kadetów ukończyłem w Chełmie.

Chełm obdarzył swego kadeta (na archiwalnym zdjęciu z lewej) honorowym obywatelstwem w 2010 roku. Foto: Archiwum

Przyznaję jednak, że nie miałem typowo wojskowej duszy i kariera oficerska nie stała się nagle moim przeznaczeniem, na co być może po cichu liczył ojciec. W kadetach zastał mnie wrzesień 1939 roku.

Trafił Pan z nich na front?

Walka była oczywistym obowiązkiem, nawet dla zapamiętałego cywila. Nikt nie nazywał tego patriotyzmem, po prostu było jasne, że tak trzeba. Wyraziłem natychmiast chęć walki. Przydział dostałem jednak w końcu kampanii. Trafiłem do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” generała Franciszka Kleeebarga.

Był w niej, o czym mało kto pewnie wie, ostatni czynny polski samolot bojowy. Otrzymałem zadanie zaopatrywania tej maszyny w paliwo. Miałem motocykl, na którym dowoziłem je w kilku kanistrach. Samolot ten jednak się nie nawojował, bo wkrótce nie miał na czym latać. Brałem udział w ostatniej bitwie wojny obronnej pod Kockiem od 2 do 6 października 1939 roku. Do niewoli jednak iść ani mi było w głowie. Lasami i bocznymi drogami przedostałem się do Warszawy, gdzie byli już rodzice.

Tam, jak wielu w podobnej do Pańskiej sytuacji, zaczął Pan szukać kontaktu z konspiracją?

– Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy mieli za sobą przegraną kampanię wrześniową, pałali żądzą odwetu na Niemcach i szukali kontaktu z powstającą „armią podziemną”, jak nazywano potocznie Służbę Zwycięstwu Polski, pierwszą formację konspiracyjną organizowaną przez gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza. SZP przekształciła się potem w Związek Walki Zbrojnej, a później Armię Krajową. Trafiłem do niej dzięki kontaktom ojca. Podobnie, w końcu 1939 roku trafił tam też Janek Kozielewski, którego brat płk Marian Kozielewski, w dniu wybuchu wojny komendant stołeczny policji, z polecenia konspiracji pozostał na stanowisku, przyjmując ofertę niemiecką dalszego kierowania policją. To on pokierował do SZP swego młodszego brata.


Artykuł podzielony na strony.
Numery stron (na dole) są aktywnymi odnośnikami.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com