Spowiedź patrioty

I trafił Pan do służby…

– Jak wielu innych. Znów mogłem nosić polski mundur. Byliśmy szkoleni w Kazachstanie i szykowani do walki u boku Armii Czerwonej. Sowietom zależało na jak najszybszym wprowadzeniu Polaków do walki, natomiast gen. Władysław Anders uważał, że bić się powinien żołnierz dobrze wyszkolony, bo inaczej będzie tylko mięsem armatnim. Na tym tle doszło do znanego konfliktu zakończonego ewakuacją armii do Iranu. Latem 1942 roku trafiłem do podchorążówki w Iraku.

Tam doszło do zaskakującego i miłego spotkania z generałem Karaszewiczem-Tokarzewskim, który pamiętał mnie z Warszawy. Tam poznałem też swoją przyszłą żonę Irenę, zesłaną wcześniej do Kazachstanu z polskich Kresów.

Był Pan już wtedy pancerniakiem?

Z podchorążówki trafiłem do 4 Pułku Pancernego „Skorpion”, który z 12 Pułkiem Ułanów Pancernych „Dzieci Lwowa”, tworzył Samodzielną Brygadę Pancerną z dowódcą gen. bryg. Gustawem Paszkiewiczem. W połowie 1943 roku jednostka została przeniesiona do obozu Kizil-Ribat, gdzie we wrześniu 1943 roku odebrała czołgi „Sherman” i „Valentine”, na których zaczęliśmy ćwiczyć ostrzał, manewry i współdziałanie z piechotą. W listopadzie brygadę przesunięto nas do Egiptu, a stamtąd w grudniu brygada przepłynęła do portu Capua na Sycylii. Stąd przeszliśmy do Neapolu. Nastąpiła też zmiana dowódcy, którym został gen. bryg. Bronisław Rakowski.

Zbliżała się wreszcie prawdziwa wojaczka…

Pod koniec marca 1944 roku trafiliśmy pod Monte Cassino obsadzone i bronione przez doborową niemiecka 1 Dywizję Spadochronową. Było to po załamaniu się kolejnych ataków na wzgórze, w tym ostatniego wykonaniu Ghurków. 11 maja do zdobywania przystąpiły oddziały II Korpusu Polskiego, w którego składzie był także nasz 4 Pułk Pancerny „Skorpion”. Zażarte walki o każdy dosłownie metr wzgórza toczyły się przez tydzień. Wreszcie 18 maja, o godzinie 10:30 żołnierze 12 Pułku Ułanów Podolski zatknęli na gruzach klasztoru biało-czerwoną flagę. W tym samym czasie nasza 3 Dywizja Strzelców Karpackich połączyła się z brytyjskim XIII Korpusem, co oznaczało przerwanie obrony na linii Gustawa, w efekcie otwarcie drogi na Rzym.

Dla powodzenia natarcia na Monte Cassino niezwykle ważne było oczyszczenie sąsiednich wzgórz ze stanowisk ogniowych wroga, które siały spustoszenie w szeregach polskich nacierających. Szczególnie ponurą sławę zyskało tzw. Widmo. Nie wspomina Pan, że je zdobył wraz ze swymi czołgami.

– Wiele lat musiałem toczyć walkę o prawdę na ten temat. U Melchiora Wańkowicza opisującego bitwę, Widmo zdobył 17 maja 1944 roku por. Jan Kochanowski ze szwadronem czołgów 4 Pułku Pancernego „Skorpion”, ruszając desperacko ze wsparciem dla ponoszącego śmiertelne strat 6 batalionu 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Tak on to zrelacjonował w szpitalu Wańkowiczowi. Prawda była inna. Nasze czołgi wspinały się wąską półką skalną, bez przerwy ostrzeliwane. Kochanowski zwątpił w powodzenie i zadecydował odwrót. Nie mogłem tego pojąć. Widziałem szanse zdobycia wzgórza i powiedziałem mu, ze w takim razie przejmuję dowództwo. Porucznik wyrwał mi mikrofon, żebym nie mógł komunikować się z pozostałymi maszynami. Bez wahania walnąłem go-go sierpowym. I… ucichł. Wzięliśmy wzgórze. Potem dotarli żołnierze 6 batalionu.

Widmo zostało utrzymane w naszych rękach do końca szturmu na Monte Cassino.

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Walter Chełstowski 2020-02-20
  2. Arko 2020-02-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com