Spowiedź patrioty

Planowanie ataku na Widmo. Podporucznik Starostecki z prawej strony u góry. Obok, po szturmie za chwilę zostanie odznaczany przez generała Władysława Andersa. Poniżej po bitwie pod Monte Casino. Foto: Archiwum

Kiedy udzielił Pan na ten temat wywiadu Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm, opublikowanego na łamach „Zeszytów Historycznych” Jerzego Giedroycia, wybuchła prawdziwa burza. Jedni kombatanci zagrozili Giedroyciowi procesem, Pana odsądzając od czci i wiary. Inni trzymali Pańską stronę. Było to klasyczne słowo przeciwko słowu, bo wydawało się, że żaden świadek zdarzenia nie żyje…

– Okazało się jednak, że przeżył uczestnik tamtego wydarzenia Tadeusz Trejdosiewicz, który je dokładnie opisał, złożył stosowne oświadczenie i przekazał Jerzemu Giedroyciowi. Redaktor długo zwlekał, ale wreszcie je opublikował.

Nikt nie był w stanie świadczyć, że było inaczej.

Po co była Panu ta, latami się ciągnąca walka, często wykpiwana jako „Druga bitwa o Monte Cassino”?

To była kwestia honoru i prawdy. Kochanowski opowiadał swoją wersję nie tylko Wańkowiczowi, ale także wielu innym dziennikarzom. Puentując chętnie, że stracił wtedy dwa czołgi i jedną nogę, ale Widmo zdobył. Puszczałem to mimo uszu, ale tylko do pewnego czasu. Potem postanowiłem powiedzieć, jak było. Uważam, że w najnowszym wydaniu „Monte Cassino” powinien się ukazać przypis, mówiący prawdę o zdobyciu Widma, jeżeli np. z powodu praw autorskich nie jest możliwa korekta w oryginalnym tekście wańkowiczowskim.

Nie ukrywał Pan swego sceptycyzmu wobec epopei montecassińskiej Wańkowicza…

– Nie polemizowałem nigdy w warstwie generalnej faktografii czy polityki. Miałem natomiast zastrzeżenia do warstwy reportażowej w obszarze relacji samych żołnierzy. Nazbyt często Wańkowicz zbierał swoje materiały z dala od pierwszej linii frontu, opierając się na relacjach, które bywały ubarwiane.

Zbyt rzadko je weryfikował. Mylił nazwiska, bywał mało precyzyjny. Wszystko to nie zmienia jednak generalnego znaczenia jego książki i jej patriotycznego przesłania. Dla wielu jednak te „drobiazgi” były irytujące, bowiem diabeł tkwi w szczegółach.

– Pan także został ciężko ranny podczas kampanii włoskiej.

Tak, 19 kwietnia 1944 roku pod Bolonią. Amerykańscy lekarze ze szpitala wojskowego cudem ocalili mi zmasakrowaną prawą nogę przed amputacją. Leczenie trwało ponad rok.

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Walter Chełstowski 20.02.2020
  2. Arko 21.02.2020
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com