7. 02
Taka wiadomość o znienawidzonej przez prawicę Antifie. Nawiasem mówiąc, to jest jakiś pomysł i na różne polskie Ku-Klux-Klany…
Izraelscy hakerzy identyfikujący się z ruchem Antifa zaatakowali stronę internetową organizacji afiliowanej przez Ku-Klux-Klan – Patriotic Brigade Knights. Podmienili treści na stronie na swoje. Zamieścili na witrynie transparent z napisem: „Szabat Shalom! Dobranoc białej dumie”.
Hakerzy w oświadczeniu dla The Jerusalem Post zidentyfikowali się jako antyfaszystowski kolektyw pod pseudonimem Hayalim Almonim – hebrajskie określenie Anonimowych Żołnierzy. „Naszym celem jest siać postrach w sercach wrogów ludzkości” – powiedzieli. Może nieco patetycznie, ale niech im będzie. Zrobili robotę.
Z kolei BBC wskazuje, że hakerzy oprócz podmiany treści na stronie zdobyli i opublikowali dane członków Brygady. Ujawnione informacje to nie tylko imię i nazwisko czy data urodzenia, ale również zdjęcia – niekiedy zdrowo kompromitujące – oraz wszelkie inne informacje, które udało im się – bez większego trudu, bo to naprawdę dość łatwe – wydobyć (głównie z mediów społecznościowych).
Koledzy informatycy izraelscy zidentyfikowali także jednego z potencjalnych przywódców Brygady. Opublikowano jego wizerunek, dane osobowe adres i numer telefonu, adresy e-mail, dowód opłacenia przez niego kosztów związanych z prowadzeniem witryny, a także informacje o przestępstwie seksualnym przez niego popełnionym – gwałcie na 14-letniej dziewczynce. Podobno już siedzi.
Hakerzy zapowiadają: ciąg dalszy nastąpi. Nie będziesz znał dnia ani godziny, faszysto.
Jak się chce i umie, to się robi… Tak w każdym razie uczył profesor Kotarbiński na swoim seminarium z prakseologii. Ponad pół wieku temu, ale aktualne.
6.02
Czy wiecie, co to jest PUNCS?
Pewno nie, ja też nie wiedziałem. Ale już wiem. To Powszechny Uniwersytet Nauczania Chrześcijańsko-Społecznego.
Ale – żeby zacytować pewnego klasyka, za którym nie przepadam – nie lękajcie się. Ten uniwersytet nie ma rektora, wydziałów, dziekanów ani studentów. Nie wydaje też dyplomów licencjata ani magistra, nie mówiąc już o stopniach naukowych.
Jeszcze nie.
Nie mówmy hop. Może i zacznie wydawać dyplomy i nadawać stopnie. W końcu to nie taki świeży pomysł: od lat w Internecie za mniej więcej 100 dolców można kupić pięknie wydrukowany dyplom doktora jakiejś pimpotutologii teoretycznej z nieistniejącego w realu uniwersytetu. A kto to w końcu sprawdzi, zwłaszcza jak to będzie chrześcijańskie…
Zacytuję (sformułowania i język nie mój, uporzedzam – to taki urzędowo-katolicki bełkocik) : PUNCS to inicjatywa Fundacji Instytutu Myśli Schumana w ramach prowadzenia pozaszkolnej działalności edukacyjnej. Zajęcia prowadzone są online. PUNCS nie jest uczelnią wyższą i nie działa w oparciu o ustawę o szkolnictwie wyższym. Jak wynika z informacji organizatorów, uczestnicy zgłębiają myśl chrześcijańską i jej potencjał, tak aby przyczyniali się do tworzenia dobrej jakości modelu społecznego i wysokiej efektywności gospodarczej.
Czyli – najpewniej jeszcze jedna chałtura dla kumpli p. Czarnka @ Co. Takie nowe narzędzie kleszej indoktrynacji w zamyśle. No i pamiętam, jak niektórzy w dawnych latach spytani o wykształcenie mówili: trzy akademie. Każda ku czci Józefa Wissarionowicza.
Swoją drogą – słowo uniwersytet coś znaczy; a w każdym razie chyba powinno. Może by je jakoś spróbować chronić?
5.02
Dwie uwagi wstępne. Po pierwsze – cyrk u Gowina. Zdaniem Bielana – to on jest teraz (czyli Bielan) legalnym przywódcą partii, ale Gowin otrzymał list hołdowniczy od swoich członków, więc niekoniecznie. Podobno Gowin knuł najpierw z PSL a teraz z Hołownią, żeby rozwalić koalicję z Kaczorem i samemu zostać premierem „technicznego” rządu.
Może tak, może nie. Nic tu nie jest pewne poza tym, że dwie sfory buldogów odwinęły dywan i coraz wyraźniej szczerzą kły. Patrzę z prawdziwym zaciekawieniem.
PS. Robi się naprawdę gorąco. Zarzucają Gowinowi rozmowy z Tuskiem i Kamińskim (tym z senatu), pani Beata Mazurek na Twitterze rwie włosy z brody…
Nieźle. Naprawdę, śledźmy to, bo nie znamy dnia ani godziny.
Druga uwaga. Nie wypada mediom Karnowskich pominąć przemówienia Bidena (oczywiście: komentarz niby obiektywny, ale z wyraźnie zaciśniętymi zębami…), lecz bardzo mocne poparcie prezydenta USA dla społeczności LGBT i zapowiedź walki z dyskryminacją seksualną na całym świecie – to już za dużo. Nie zająknęli się na ten temat ani słowem. Jak się nijak nie da odwrócić kota ogonem, to najlepiej udawać, że kota nie ma, prawda? Taki polityczno-medialny paradoks Schroedingera: kot jest i go nie ma jednocześnie. Pikne.
4.02
Nie rozumiem, że wiele osób nie chce przyjąć do wiadomości, że są kobiety (a jeszcze częściej mężczyźni), dla których aborcja jest najzupełniej obojętną moralnie niewygodą, przykrym zabiegiem. Sam znałem takich naprawdę sporo.
A w czasach jeszcze dawniejszych, kiedy był to jedyny sposób uniknięcia jakiegoś masowego płodzenia dzieci, na co po prostu wielu rodzin nie było stać – chodziło się do „babki” mniej więcej tak samo, jak do kowala. Znam to z opowieści ludzi poprzedzających mnie o dwa pokolenia. I naprawdę, nigdy w życiu nie usłyszałem, że to był jakiś program psychologiczny.
Owszem, o strachu słyszałem. O dyskomforcie fizycznym też. O problemach moralno-religijnych – nigdy.
Być może, myślę, żyłem w specyficznym mocno ateistycznym środowisku; ale nie: różne ciocie zasuwały do kościółka truchcikiem, a jedna nawet była katechetką.
Więc chodzi mi tylko o to, byśmy uznali, że mogą w tej kwestii istnieć różne stanowiska. Krańcowo różne. I nikt nie ma prawa powiedzieć inaczej myślącemu, że myśli źle, jest złym człowiekiem albo coś w tym rodzaju. Każda taka sprawa jest indywidualna; i – naprawdę – wymagać na przykład od kobiety z podstawowym wykształceniem, by zastanawiała się, kiedy zaczyna się życie – czy na przykład cztery komórki to już życie, a dwie jeszcze nie – to absurd. Podobnie jak wymaganie od kogokolwiek, by brał pod uwagę to, co mówi jakiś jegomość w kiecce.
Możemy to wszystko. Ale nie musimy.
3.02
Obserwuję sobie tę banieczkę, w której siedzę i martwię się trochę. Ja rozumiem, że ludzie są różni i co człowiek – to zdanie w wielu sprawach. Mamy prawo. Ale zaczyna być tego już troszkę za dużo, w każdym razie w kwestiach politycznych. Jak tak będzie dalej, to ci-co-nie-trzeba nie muszą nic robić: sami załatwimy wszystko, po ich myśli.
Owszem, niektórzy panowie i panie z naszej bańki bywają irytujący. Owszem, czasem jak palną – to się słabo robi. Ale czy nie warto czasami zmilczeć i nie zareagować?
Wiem, że to trudne. Mnie też czasem cholera ponosi i reagując na czyjąś wypowiedź napiszę coś… co po przeczytaniu starannie skreślam i nie używam klawisza ENTER. Czy warto spierać się o sprawy na przykład sprzed lat 30 albo 50? Było, minęło. Nawet jak ktoś robi obraźliwe aluzje i chciałoby się powiedzieć: nie, to nie tak, sytuacja miała swoje niuanse – nie warto. Nawet jak coś jest sprzeczne z całą naszą – za przeproszeniem – ideologią: nie warto
Może nawet: nie należy.
Nie warto dawać się podpuszczać i wszczynać kolejne gównoburze o jakieś rzeczy – nawet może i istotne, ale nie najważniejsze na dziś. Moja propozycja jest taka: splunąć (w myśli, bo szkoda własnej klawiatury) i trolla skasować. Nie ma co się popisywać tym, że i ja potrafię się odwinąć i sukinsynowi dokopać. Wystarczy, że wiem, że potrafię.
Jest bowiem dziś tylko jedna ważna sprawa: odsunąć ICH od żłoba.
Jak się to dokona, to będziemy mogli dyskutować ile wlezie. Jak się nie dokona, to może być tak, że wolno będzie tylko potakiwać.
Nie znaczy to, że nie wolno nam powiedzieć, że się z czymś nie zgadzamy. Albo, przeciwnie, udzielić poparcia czy wyrazić sympatię. Albo powiedzieć: ludzie, zastanówcie się, bo to, co robicie – jest przeciwskuteczne.
Ale nie sięgajmy od razu po spluwę ani pałę. O ileż lepiej brzmi (i o ile jest skuteczniejsze…) stwierdzenie JESTEM PRZECIWNEGO ZDANIA, niż JESTEŚ PALANT.
A przecież ten palant, to epitet bardzo delikatny w porównaniu z tymi, które tu nieraz fruwają.
Nie będę podawał konkretnych przykładów. Zauważcie, że o niektórych ludziach niebędących NIMI nie mówię w ogóle, choć każdy, kto mnie zna, nie może mieć wątpliwości, że mojego głosu nie dostaną (łagodnie mówiąc). Niektórych też bardzo nie lubię. Ale powtarzam: mamy JEDEN wspólny cel.
Nie to, żebym się mądrzył i podawał siebie za przykład, więc ci, którzy tak uznają, niech się nie fatygują: wiem, że pod tyloma względami można się do mnie przyczepić, że zdezawuowanie mojego moralizatorstwa byłoby dziecinną zabawką. Więc przyjmijcie, że to jest po prostu prośba starego człowieka. Kiedyś, kiedyś było takie hasło NIE MA WROGA NA LEWICY. Proponuję na dziś niezbyt zgrabną stylistycznie modyfikację: NIE MA WROGA WŚRÓD PRZECIWNIKÓW TEJ SITWY.
Proszę.
2.02
Mam klasyczne uczucia mieszane. Pamiętacie taki stary dość idiotyczny dowcip: takie uczucia mamy wtedy, gdy nasza teściowa naszym samochodem wpada do rzeki. Jest on dość idiotyczny, bo całkiem lubiłem wszystkie moje teściowe, a jeden z moich przyjaciół powiadał nawet, że jego małżeństwo w ogóle okazało się cokolwiek warte wyłącznie z powodu genialnej teściowej. Mniejsza o to; to tylko tak, tytułem wstępu do wstępu.
No więc w sprawie moich dzisiejszych uczuć mieszanych. Postaram się wyłożyć, o co mi chodzi możliwie delikatnie, bo i sprawa jest delikatna. Dotyczy mianowicie słów i ich znaczenia oraz w pewnej mierze poprawności politycznej.
Okazuje się, że zdaniem sporej grupy osób pewnych słów nie należy używać w charakterze określeń negatywnych, jeśli oznaczają także (zazwyczaj: pierwotnie) kogoś, komu mogłoby to sprawić przykrość. Bo to może dyskryminować.
I – niby racja. Ale z drugiej to szalenie zubaża ekspresję i zmusza mówiącego/piszącego do ciągłego uważania na wypowiedź. Która tym samym staje się sztuczna i nieszczera; czy to dobrze? A poza tym natychmiast pojawia się problem jakichś wyjątków od tej reguły i granic stosowalności: czy możemy mówić na przykład o kimś drań, jeśli to jest tylko zwykły łobuz? Czy nie urażamy niewinnie kogoś, kto tylko sąsiadowi wybił piłką szybę?
Słowa zmieniają znaczenie z biegiem lat, czasem zupełnie niespodziewanie. Kto by przypuszczał, że „kobieta” była niegdyś słowem mocno nacechowanym negatywnie, „sklep” to było tylko sklepienie, a nie miejsce handlu, i tak dalej. Pojawiają się też nowe słowa.
Dlatego właśnie mam uczucia mieszane. Prawdę mówiąc, nie umiem sobie niektórych rzeczy zracjonalizować. Pewno to (uwaga: nowe słowo) dziaderstwo z mojej strony. Prawda?
I druga sprawa, która budzi moje uczucia mieszane, choć już tym razem nieco mniejsze. Otóż panna (och, przepraszam – ujawniam stan cywilny, a to może być przecież dyskryminacja…) Iga Świątek podpisała kontrakt reklamowy z PZU. Czyli wzięła coś z kasy państwowej; czy to dopuszczalne? Powiecie: przed laty cały sport był w gruncie rzeczy utrzymywany przez państwo; w dodatku państwo „komusze”…
Znów: niby sprawa czysta. Nic nowego. Tylko co daje sponsorowi taka reklama? Że niby w Australii zaczną się zaraz ubezpieczać w PZU właśnie? Wolne żarty! Chodzi wyłącznie właśnie o to, by kibice panny (och, znowu, przepraszam) Igi tu w Polsce zobaczyli jak państwo – TO państwo – dba o swoich…
A zainteresowana osoba mogłaby rozwiać te wątpliwości jednym ruchem: wziąć wsparcie i powiedzieć bardzo głośno coś, co się Władcy nie spodoba. Pękłbym wtedy ze śmiechu i uczuć mieszanych by nie było. Taka ze mnie wredota i paskuda.
1.02
Dwie drobnostki ze świata dziennikarskiego. Dla mnie – dość zabawne. I znamienne.
Jedna to ta, że p. prof. A. Rzepliński do tej pory był po prawej stronie sceny co najwyżej nazywany „Rzeplińskim”, na ogół bez imienia, ale za to z paroma epitetami. No i otóż odzyskał tytuł, znów o nim piszą per „profesor”. Bo był łaskaw coś mało pochlebnego powiedzieć publicznie o Strajku Kobiet…
I druga. Pewien pan, pokazujący się często w wiadomej telewizji w ogórkowym sosie załapał się na kolejne oskarżenie typu #metoo. Pewno będą następne, taka lawina rzadko się zatrzymuje; ale nie o to chodzi. Otóż pan ów jest przez media wszelakie już bez względu na podział prawo/lewo nazywany „gwiazdorem”…
Bogdan Miś

Brawo, Bis!
Jest u nas zwyczaj, że jak ktoś przyłoży jakiejś partii to natychmiast staje się ulubieńcem strony przeciwnej i zapomina mu się wszystkie grzechy. Razi mnie, kiedy politycy którym coś nie wyszło w jednej partii zaraz potem przechodzą do konkurencji i tam wypowiadają się krytycznie o wczorajszych kolegach. Tak już było z paroma politykami PiS i akolitów, którzy przeszli do PO. Podobnie jest z innymi znanymi osobami.
Prof. Rzeplińskiemu pamiętam działania jeszcze z czasów gdy nie rządził PiS.
To pan Rzepliński współtworzył ustawę o IPN-ie. Także on, jako przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego, zaklepał ustawę o odpowiedzialności zbiorowej osób, które kiedykolwiek były w służbach PRL. Również on w Trybunale Konstytucyjnym uznał, że lekarz może odmówić świadczenia medycznego i nie jest zobowiązany wskazać pacjentowi innego lekarza, który by takie świadczenie wykonał. I to on, przewodniczący TK, zaklepał ustawę Gowina „o bestiach”.
Nie jest to może takie zszarganie etosu prawnika jak pani prof. Pawłowicz, ale pan R. nie będzie moim bohaterem i nie zapłaczę z powodu dąsów na niego prawicy.
A propos sprzed pięćdziesięciu to nie wiem, ale sprzed trzydziestu warto, ja sobie policzyłem sprzed dwudziestu sześciu, i tak se siedzę i czekam, z packą na muchy, gdyż u mnie się nie przedawnia.
Nie mam fb więc dopiero teraz sobie przeczytałem. Bardzo dobrze się czyta. Co gorsza ze wszystkim sie zgadzam, więc na razie nie polemizuje tylko czekam na cd.
Nie wiem czy nie ma w tym czegoś więcej niż przypadek. Nie dalej jak dwa dni temu, moja młodzież aktywowała moje konto na facebooku, kiedyś je sobie założyłem ale leżało nieużywane. Aż to nagle na stronie SO mój Redaktor wiesza swoje notki, bardzo smaczne.
Jak tylko zostanę przeszkolony przez moją młodzież to może wezmę przykład z redaktora Misia.
Czekam na dalsze wpisy na stronie bo nadal nie wiem jak postępować z tym facebookiem
Autorowi życzę wytrwałości i konsekwencji w publikowaniu zapisków. Czyta się świetnie, także jako komentarz do wielu współczesnych absurdów. Na SO wyraźnie brakowało takiej refleksji o aktualnościach.
*
Wydawałoby się, że o teściowych opowiedziano już wszystko. Kilka dni temu na youtube odsłuchałem strarego dowcipu opowiadanego przez Aloszę Awdiejewa: Teściowa zwraca się do zięcia z prośbą-życzeniem, że miałaby ochotę zostać pochowana na Wawelu i prosi go aby ten jej to załatwił. Zięcia zatkało i próbuje tłumaczyć, że Wawel zarezerwowany jest dla krółów i wielkich Polaków i kudy takim szarakom do królewskiego pochówku. Teściowa jednak prosi go aby nie odpuszczał… Po paru dniach zięć wraca z pracy i mówi: „Mama załatwiłem ci miejsce na Wawelu – pogrzeb jutro!”
*
A propos sytuacji w partyjce Gowina & Bielana – sytuacja jest dobra, chociaż nie beznadziejna…
Pięknie dziękuje za miłe słowa. Ale PIRS ze swoim działem „Telewizja pokazała” robi mniej więcej to samo – i świetnie. Od lat.
Tak, to prawda – PIRS komentuje aktualności pokazywane w telewizji i to robi znakomicie. Pańskie zapiski przynoszą inny punkt widzenia. Właśnie dlatego są refleksją dotąd nieobecną.
Panie Bogdanie, znalazłem Pana profil na Facebooku i chętnie bym Pana poobserwował, ale:
1. Ostatni post publiczny jest z 20.12. Czy następne są poufne, tylko dla wybranych?
2. Zablokowana jest możliwość automatycznej obserwacji, a to bardzo ułatwia śledzenie. Czy są przeciwwskazania, aby taką funkcjonalność uruchomić?
https://www.facebook.com/bogmis1936
Tak. Publicznie wypowiadam się na FB rzadko i absolutnie nie do wszystkich. Wycofałem się i dostępny jestem tylko dla wybranych. Na przykład nie dyskutuję z takimi, co sobie umieszczają na obrazku wiodącym jakąś bozię, orzełka, sztandary itp.
Dziwię się niemocy polityków tzw. Koalicji Obywatelskiej. Przecież próby narzucenia haraczu medialnego przez PiS powinny być wodą na młyn dla skutecznych działań opozycji, tymczasem nic się nie dzieje, żadnych inicjatyw. Wypadałoby zasugerować na przykład zmianę prawa prasowego (skoro wg PiS Konstytucja jest przestarzała i należy ją zmienić to dlaczego nie robić tego z przepisem uchwalony za komuny?) w którym znalazłoby się zdanie, że media elektroniczne i prasa zobowiązana jest do publikowanie wyłącznie FAKTÓW. Za propagowanie kłamstw, fałszerstw i bredni obowiązywałyby konsekwencje karne.
Dwa: to samo dotyczyłoby telewizji państwowej oraz prywatnej. Polityk przyłapany na kłamstwie miałby szlaban na występy w telewizyjnym studio na miesiąc.
Trzy: idioci z Wiejskiej i ci w sutannach mieliby w ciągu tygodnia godzinę czasu na występy w mediach.
Tylko czym wtedy zajmowaliby się panowie dziennikarze? :)))
Pamiętasz telewizyjny „Klub prof. Tutki”? Wchodząc w Twoje notatki czuję się podobnie 🙂 Schodzi się regularnie paru znajomych, jest kilka tematów i fajna, luźna rozmowa. Szkoda, że nie ma tego w realu.
Bywało. Gdyby nie ten cholerny wirus…
Uwaga techniczna – czy byłoby mozliwe odwrócenie kolejności?
Tak, żeby najnowsze wpisy pojawiały sie na górze na pierwszych stronach.
.
Jeśli ktoś dopiero zaczyna czytanie „upustów” to pewnie czytanie od pierwszej strony – od najstarszego – jest wskazane.
Natomiast temat wisi juz dwa tygodnie więc stali czytelnicy zapewne sie już zapoznali z pierwsza częścią i łatwiej byłoby mieć najnowszy wpis na „dzień dobry” – zwłaszcza dla regularnych czytelników.
Dałoby się. To słuszna uwaga. Tak zrobiłem. Czy przywrócić podział na strony (tygodnie)?
@28.02 Mnie się nasila sam przymus, ale bez zespołu i bez syndromu, a może ja też mam zespół.. łojezu… Z tym, że u mnie taki przymus występuje jedynie kiedy patrzę przez balkon, gdyby ktoś mi ten przymus nagrywał.. . Ale leczyć tego nie trzeba. Ja mam taką, fachową oczywiście także, teorię wentylka: że wentylek jest zawsze potrzebny. Może niech Prezes kupi sobie balkon.
Wszystko można rozdrobnić, tyle, że co będzie dalej. Spółka publiczna z zakazem skupowania akcji powyżej dwóch procent, w zasadzie także można tyle, że drogo wyjdzie wynajem stadionu pod walne. I dlaczego dwa ?
To nie zespół Tourette’a, a kompulsywnego chamstwa, charakterystyczny dla członków pewnej partii.
Koprolalia… tak, ale członkowie „partii wewnętrznej” (1984- Orwell) cierpią jeszcze (albo i nie cierpią) na Koprofagię.
Czyje odchody konsumować muszą, nie muszę mówić, sapienti sat.