motto:
„Musimy powiedzieć sobie wszystko, pod warunkiem że każdy będzie mówił o winach własnych. Bez tego ciężar przeszłości nie pozwoli wyjść nam we wspólną przyszłość„.
(jan józef lipski)
Nie mogę, na podobieństwo moich młodszych kolegów, skorzystać – jak to celnie określił Helmut Kohl – z przywileju późnego urodzenia. Z tego powodu, to o czym oni wiedzą z nauki historii, nawet pilnie i dociekliwie wchłanianej, rozgrywało się na moich oczach. Wypędzeni Niemcy nie są dla mnie bezkształtną masą. Obserwowałem ich na co dzień – żyłem wśród nich pół roku, może nawet nieco dłużej, nim zorganizowano kolejny transport, który zakończył nasze bliskie sąsiedztwo.
Kiedy po wojnie, spędzonej nie całkiem dobrowolnie w ZSRR, wróciłem do Polski, pojechałem do Gdańska, gdzie mieszkał już mój ojciec. Odbył kampanię wojenną, był ranny – niezbyt ciężko na szczęście –i gdy zdjął mundur, nie bardzo wiedział co ma z sobą począć. Nasze warszawskie mieszkanie na Chłodnej przestało istnieć razem z kamienicą, po której została kupa gruzu. Ktoś doradził ojcu, by pojechał do Łodzi, gdzie mieścił się nowopowstały Centralny Zarząd Przemysłu Odzieżowego – czy jak to się wówczas nazywało. Tata przyuczył się do zawodu swego ojca, a mojego dziadka, który był właścicielem dużego warsztatu, czy też niewielkiej fabryczki w branży dziewiarskiej. Po tych wyjaśnieniach ojcu memu zaproponowano z miejsca stanowisko majstra w dopiero co upaństwowionej fabryce trykotaży w Gdańsku i trzypokojowe przyfabryczne mieszkanie.
Mieściło się ono na Biskupiej Górze w dawnych koszarach z czasów wojen napoleońskich. Budynek miał kształt lekko zdeformowanej podkowy. W jednym skrzydle mieściła się niewielka fabryka, zatrudniająca kilkadziesiąt osób – już wówczas przeważnie kobiet. W pozostałych skrzydłach były mieszkania pracowników. Mieszkanie taty i jego powojennej narzeczonej, starszej ode mnie o kilka zaledwie lat, (mama, podobnie jak reszta rodziny z wyjątkiem jednego tylko z jej czterech braci, nie przeżyła wojny), mieściło się na parterze. W całym budynku. mieszkały tylko cztery polskie rodziny – łącznie z naszą. Znalazłem się więc w niemieckim otoczeniu i większość czasu, spędzanego w okolicy domu upływała mi na rozmowach po niemiecku. Język znałem było w dzieciństwie, bo w domu babci, pochodzącej z rodziny węgierskich i austriackich .Żydów, często mówiło się po niemiecku. Później język zardzewiał we mnie na jakieś dziesięć lat, a w Gdańsku rdza dość szybko zeszła. Po raz drugi zostałem dotknięty lingwistyczną amnezją, kiedy zacząłem przyswajać sobie duński i znów niemiecki zaczął we mnie odżywać, gdy w latach dziewięćdziesiątych spędziłem kilka tygodni w zaprzyjaźnionym polsko–niemieckim domu w Berlinie.
[box title=”UWAGA” border_width=”2″ border_color=”#dd3333″ border_style=”solid” align=”center”]Tekst podzielony na strony, numery stron poniżej są aktywnymi odnośnikami.[/box]Dawnym właścicielem Państwowej Fabryki Trykotaży (późniejszych Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego) był kulturalny i bardzo stateczny pan, dr Theodor Kuttenkeuler. Jak opowiadał memu tacie, w młodości studiował filozofię na uniwersytecie we Fryburgu. Ledwo zdołał skończyć studia kiedy stary pan Kuttenkeuler ciężko zaniemógł i pilnie wezwał syna do domu. Nie miał już sił do prowadzenia przedsiębiorstwa i nakazał synowi przejęcie obowiązków właściciela.
– Masz się ożenić i przejąć firmę, powiedział mu, Pomogę ci, ile tylko zdołam, ale czuję, że już długo nie pociągnę.
Młodemu pięknoduchowi zupełnie nie uśmiechała się kariera przedsiębiorcy, ale Kuttenkeuler senior zagroził jednak synowi, że puści go z torbami, jeżeli nie przejmie firmy. Powiedział, że zapisze mu cały swój dość pokaźny majątek, ale tylko pod warunkiem dalszego prowadzenia firmy. W przeciwnym przypadku, wszystkie pieniądze, dochód ze sprzedaży fabryki i zabudowań zostanie oddany na jakiś cel dobroczynny. Przed panem Theodorem stanęło widmo braku pieniędzy na podróże, kupowanie obrazów i poszerzanie księgozbioru. Obiecał ojcu, że fabryka pozostanie w rękach rodziny. Było to jeszcze w czasach Wolnego Miasta Gdańska.


Natan, bądź człowiekiem i powiedz, które to lata były.
Znam sporo takich opowieści Danzigerów i czasem tylko czas w nich jakoś się „chwieje”. Kiedyś chyba zresztą pisałem o Niemcach mieszkających po sąsiedzku do śmierci. Pamiętam tez mamę mojej przyjaciółki, która oburzała się, gdy sąsiedzi nazywali ją Niemką, a swe oburzenie wyrażała w tak kalecznym języku, że mieliśmy zawsze ubaw na tydzień. Z pewnych zachowań podobna była do mamy Twojej znajomej.
Jedna korekta: o przynależności Ratzingera do HJ mówiło się, przynajmniej u nas, głośno. Nikt nie uwierzył w jego dobrowolną przynależność.
M.in. na tym polegała podłość ob. Kurskiego w stosunku do dziadka Tuska.
Gdańsk rzeczywiście został spalony po zdobyciu. I nie tylko Gdańsk. Podobnie było z zamkiem w Malborku i in.
A tak w ogóle pięknie opowiadasz 🙂 Duża przyjemność czytać.
jurku, dziękję. to o czym napisałem rozgrywało się od wiosny do jesieni 1946.spisanie tych wspominków było strasznie pracochłonne przez ogrom emocji, związanych z tamtymi czasami. wystarczy wspomnieć o koszmarnej publicznej egzekucji jedenastki oprawców ze stutthofu na początku lipca,w asyscie dwustutysięcznego tłumu, który o mało co nie zlinczował skazańców.
od tamtego dnia stałem się zaprzysięgłym przeciwnikiem kary głównej, bo państwo, które ją praktykuje ściga się w okrucieństwie z degeneratami i sadystami, jakimy często są sprawcy morderstw z premedytacją.
musialem bardzo uważać, by to co piszę układało się jeszcze w ramki dobrego gustu i nie trąciło banałem, więc kastrowałem tekst bezlitośnie…
Dzięki.
Ja widziałem już tylko zdjęcia z tych egzekucji, ale też robiły wrażenie.
Twoje opowieści uzupełniają znane mi przypadki, kiedy więźniowie uwolnieni z Stutthofu … trafiali tam z powrotem po kilku tygodniach, a czasem i dalej bo na Syberię. Działania infiltracyjne wywiadu radzieckiego wśród członków „Gryfa”, to osobna historia.
O daty pytałem, bo obywatele gdańscy dzielili się na kilka kategorii. Osobną byli ci, którzy zostali Gdańszczanami tuż po I wojnie, bo nie chcieli mieszkać w państwie polskim. Ci jednak nie czekali na rok 1946, byli przezorni.
No i był „Gustloff”.
Piękny tekst.
Nie wiedziałem że Gdańsk zburzono już po zdobyciu.
@PIRS, całkiem sporo zniszczono po zdobyciu. Elbląg jeszcze bardziej, niż Gdańsk. A resztę wywieziono do Warszawy, by „cały kraj budował swoją stolicę”. „Stare warszawskie kamieniczki” mają frontowe elewacje przywiezione z Elbląga.
@J. Łukaszewski. Wiesz coś, czego ja nie wiem. A jeszcze pamiętam, że „cały naród buduje swoją stolicę”, mój Stary pracował w BOSie, a później dostał w Akwizgranie „H.C.” właśnie za odbudowę gdańskiej i wrocławskiej Starówki. Wiem, że do odbudowy stolicy przyczyniały się różne źródła. Np. Moja „zrekonstruowała” (w piaskowcu) takiego niedźwiedzia z herbową tarczą w łapie na dachu tych tam Radziwiłłów, bo panowie konserwatorzy uznali za źródło wiarygodne tego Bernardo, co go dodał, na chwałę zamawiających obrazek. Ale nie pamiętam, by z Elbląga przywożono elewacje. Całe pociągi cegieł – owszem.
„Wiesz coś, czego ja nie wiem.”
I to takie dziwne? Pierwszy raz spotykam kogoś, kto wie wszystko. I to dopiero jest dziwne.
@J.Łukaszewski. Jesteśmy świadkami naszego czasu. Ci z nas, co mieli dobry kontakt z rodzicami, nawet w pewien sposób poza swe urodziny, jako świadkowie subiektywnych, ale bezinteresownych relacji. Nie wiem czemu moje proste stwierdzenie, że wiesz o czymś, czego ja nie wiem, traktujesz jako pretensję, a nie zwykłą prośbę o informację. Pamiętam czasy tej odbudowy jako powiązane z bałaganem, „akcyjnością” i marnotrawstwem. Zabytkowych fasad spalonych budynków stojących i niszczejących latami. Na tym tle nie dotarła do mnie (byłem za młody, albo akurat nieobecny na tej lekcji)informacja o jakimś przetransportowaniu (koleją?) fragmentów elewacji elbląskich kamieniczek do Warszawy, albo chociażby odtworzenia ich inwentaryzacji, dla rekonstrukcji. (sam przytoczyłem ten przykład Canaletta).
Nie napisałem że się dziwię, że nie wiem. Choć rzeczywiście dorastałem w miejscu z dobrym widokiem na to, co w Warszawie.
Olsztyn spalono kilka tygodni po zajęciu przez Armię Czerwoną. Zajęcie przebiegło praktycznie bez walk i zniszczeń.
Potem oficjalne materiały propagandowe z lat sześćdziesiątych stwierdzały, że zniszczenia wojenne miasta to – jeśli dobrze pamiętam – 50 %.
Natan, jesteś wielki…
Nasi powojenni historycy z trudem radzą sobie ze zwyczajnym przyjęciem tego, co działo się na ziemiach wcielonych ( przypisanych, czy jak tam kto woli) do Polski. Okaleczano je z ludzi – wywożono do Niemiec, gdzie nie mieli korzeni, oburzając się, że czują się wypędzeni, wywożono do Związku Radzieckiego ( kilkadziesiąt tysięcy Ślązaków – mało który wrócił ) jako siłę roboczą do radzieckich kopalń czy wywiezionych z polskiego już Śląska fabryk i hut. Osadzano i wyniszczano tysiącami, całymi rodzinami, w byłych KL Łambinowice, Auschwitz – wtedy już Oświęcim? czy w Mysłowickiej Zgodzie. Poniemieckie „kamienie” – starówki Elbląga, Nysy, a nawet zwyczajne cegły z rynku mojego, zniszczonego w 94% miasteczka, w ramach reparacji wojennych odbudowywały stolicę. Było. Dawno.
Teoretycznie, nie powinnam znać problemu bycia dla nowszych mieszkańców mojej rodzinnej ziemi elementem nieco podejrzanym – niestety z dzieciństwa pamiętam, a i teraz bywam. Dziwny jest ten świat?…
Tekst czyta się znakomicie, osobiste wspominki inaczej się odbiera. Ale.. prawa wojny są prawami wojny..
Też mnie cholera ciskała kiedy na ziemiach zachodnich koleje posiadały jeden tor, bo drugi zwycięzcy „ukradli” dla siebie.
Cholera mnie ciskała że ruscy dali nam ziemie zachodnie dokładnie wyczyszczone z wszystkiego co miało być ich odszkodowaniem wojennym, maszyny z fabryk, pojazdy i niemal całą strukturę techniczną która mogła zostać odbudowana bez problemu w powojennej Polsce, co nie wywieźli to niszczyli. Prawie nic nie zostało, trzeba było zakasać rękawy i obudować, co ludziska robili z poświęceniem.
Warszawy nie było, ruiny i tylko ruiny. Odbudowywano ją z odzyskanych cegieł, Stare Miasto rekonstruowano pieczołowicie i nic nie słyszałem aby wykorzystywano do tego fragmenty starych budowli z dawnych terenów niemieckich, miast które obecnie należą do Polski. Mój szwagier, wiekowy pan, był tuzem przewodników warszawskich i o Warszawie wiedział wszystko.
Stare Miasto i Zamek Królewski to była rekonstrukcja, nic nie „kradziono” na rzecz tej odbudowy, wiedziałbym o tym..
Warszawa była zasypana cegłami a raczej gruzem który selekcjonowano i z niego wybudowano Stadion X-lecia który miał ograniczony okres używalności.
W załączeniu mapa ziem niemieckich na których ruscy mieli wolną rękę do poczynań.. związanych z każdą wojną.
Polska kończyła się za Mławą.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/d/dd/EUROPE_1919-1929_POLITICAL_01.png
Pozdrawiam
@Magog. W wypowiedziach, po raz kolejny czytam – „Ja nie wiem, Szwagier nie wiedział” … wielu nie wiedziało i nie wie do dzisiaj. Brak wiedzy nie zmieni faktów. To nie kwestia sporu. Chyba już czas na uzupełnienie centralnie okrawanych wiadomości z tego trudnego okresu. Do dziś muzea walczą o zwrot zbiorów zabieranych bez dokumentów „w depozyt” Muzeum Narodowego. Wielu z nas dysponuje chociażby takim kuriozum, jak znaczki „na odbudowę stolicy” przyklejane do świadectw szkolnych, które wręczano nam dopiero po dokonaniu opłaty – czasem nawet po wakacjach. Bądźmy mądrzy, powyciągajmy drzazgi, podmuchajmy na rany, ale nie udawajmy, że ich nie było.
@Magog , no to mamy ciekawą zbitkę relacji 🙂
Stąd wywożono, a tam nie przywożono. Możliwe? Wtedy wszystko było możliwe.
Na dodatek nie chodzi tylko o tzw. Ziemie Odzyskane. W Gdyni nie wpuszczono Polaków do portu przez kilka tygodni, aż wyczyszczono go dokładnie ze wszystkiego. na wysokości Grabówka urządzono rodzaj stacji towarowej, gdzie zwożono z całego miasta łupy (starsi wspominają np. wagony pełne fortepianów).
Najweselsze w tym wszystkim, że teraz za odtworzenie starówek (np. w Elblągu) ludzie dostają medale. Winni chyba wdzięczność zwycięzcom, nie?
@Rotter-Płóciennikowa, poziom niewiedzy jest tak wielki, że czasem zdumiewa. Poświęciłem jeden rozdział książki o Pomorzu organizacji antykomunistycznej złożonej z młodzieży szkół średnich, m.in. Liceum oo. jezuitów. Po wsypie szkołę rozwiązano itd. Dziś w oficjalnej historii tego liceum wydanej przez jezuitów czytam, że „szkołę rozwiązano w ramach powojennej walki z Kościołem”. Ani słowa o ich własnych uczniach, którzy przesiedzieli się w więzieniach do ’56 roku.
I tak to wszystko gdzieś ginie. Tak jak pamięć o nalotach amerykańskich na Gdynię (tu była baza Kriegsmarine), które ani za jednym razem nie trafiły w port, za to miasto naruszyły więcej, niż Armia Czerwona.
Drobiazgi, wiem. Ale szkoda, że giną.
Mój Tata w roku 1967 przeczytał w gazecie o kolejnym socjalistycznym osiągnięciu – zelektryfikowaniu linii kolejowej Wrocław – Szklarska Poręba. Przeczytał i skomentował, przykazując abym to zapamiętał, że w latach 1945 i 46 jeździł na tej linii elektrycznymi pociągami, a w 1947 żołnierze sojuszniczej armii wszystkie urządzenia elektryczne, łącznie ze słupami, zdemontowali i wywieźli.
A wracając do tego o czym pisał Natan, to nic nie jest takie jakie się wydaje i każde uproszczenie jest zbrodnią historyczną. Koło Lęborka miała swą rodową siedzibę zasiedziała tu od wieków rodzina von dem Bach – Żelewskich.
W czasie II wojny jeden z nich został katem powstania warszawskiego, a jego rodzona kuzynka została zamordowana przez Niemców w Piaśnicy. Zrozumie to kto?
Panie Jerzy, z wiedzą historyczną to jest tak.
Każdy opowiada to co jego dotyczy, co usłyszał i co widział.
Jest pan historykiem i ma pan za zadanie to śmieciowisko opinii i poglądów uporządkować. Tak aby potomni mieli pojęcie jak toczyły się główne wydarzenia które miały wpływ na życie zwyczajnych ludzi. Te wydarzenia inaczej postrzega potomek Legionu Polskiego a inaczej potomek SDKPiL czy KPP.
Jeszcze inaczej widzą to zwyczajni ludzie którzy nie mieli wpływu na nic a byli świadkami otaczającej ich historii.
Na stare lata doszedłem do wniosku że Polacy którzy nigdy nie byli przyjaciółmi ZSRR, raptem mają pretensję że byliśmy i jesteśmy traktowani przez obecną Rosję jak wrogowie. Nawet w RWPG nie byliśmy z nikim w przyjaźni, może z Węgrami ale chyba dlatego że język całkowicie niezrozumiały.
Nasi sąsiedzi.. za miedzą..
Dawne NRD nie było przyjazne dla nielicznych polskich turystów.
Często jeździłem tranzytem przez te „zaprzyjaźnione” Niemcy i słyszałem co myślą o Polakach. Czesi i Słowacy nas tolerowali tako jako.. a pozostałe socjalistyczne republiki zachowywały życzliwość powściągliwą. Bawi mnie teraz pretensja do Rosji o wszystko co było, bo tak na chłopski rozum, czemu Rosja ma być naszym przyjacielem jak my sobie tego od wieków nie życzmy?
Pretensje do wroga że nie chce nic od nas kupić, że nas napadał, ograbiał? Byliśmy wrogami od momentu powstania II RP.
Było jak było, robimy wszystko aby zostało bez zmian..
Ostatecznie, każdy musi mieć własnego wroga bo życie bez adrenaliny jest nudne.
W kontaktach personalnych każdy ma przyjaciół rozsianych po kraju i świecie. W stosunkach polskiej polityki zagranicznej zadaję sobie żydowskie pytanie. Czy ktoś kiedykolwiek nas kochał i kocha?
@Magog, problem w tym, że my się też sami nie zanadto kochamy.
A z grabieżami to jest taka sprawa, że choć Rosjanie sami nalegali na taki, a nie inny przebieg granic, po wkroczeniu zachowywali się jak we wrogim państwie. I ta właśnie „dwutorowość” zniechęcała do nich ludzi u nas. Od wejścia, bo potem doszły jeszcze inne sprawy.
Magog napisał:
„czemu Rosja ma być naszym przyjacielem jak my sobie tego od wieków nie życzmy?”
*
No właśnie. Trudno, żeby nas lubili, bo przecież pamiętają choćby zabory i zsyłki na nasze zachodnie rubieże.
17 września 39 też pozostał im przykrą zadrą w pamięci, nie mówiąc o naszej zbrodni katyńskiej. A potem, czy było lepiej? Skąd. Zdrada Andersa i celowe, podstępne ociąganie się I Armii WP z forsowaniem Wału Pomorskiego opóźniające zwycięstwo w Berlinie. Albo reakcyjny, głupi i naiwny opór przed wprowadzeniem ustroju sprawiedliwości społecznej i nowej ludowej władzy.
Po 1945 ciągle jakieś fochy, dąsy, bunty i ruchawki, najcierpliwszy by się zniechęcił.
@jmp eip, a nie sądzi pan, że ta potrzeba bycia lubianym to jakiś chory, narodowy narcyzm? Narody nie żyją po to, by ktoś je lubił.
A ludzie, którzy wierzą we własną wartość, nie potrzebują jej ciągłego potwierdzania przez innych.
Tak, myślę, że to słuszna diagnoza. Mnie też wydaje się, że jesteśmy wyjątkowo czuli na punkcie tego, jak nas odbierają inni. Ba, to przesłania nierzadko racjonalny ogląd rzeczywistości i siebie samych. Kompleksy.
@Jerzy Łukaszewski
*
Nie sądzę. Widzę sprawę zupełnie odwrotnie. Są u nas całe zastępy, które z „małą pomocą swoich przyjaciół” nie robią niczego innego jak tylko wywoływanie poczucia winy, samooskarżanie się i wmawianie nam ciemnoty, zaściankowości, poczucia niższości wobec zagranicznych społeczeństw naprawdę cywilizowanych i „postępowych”.
*
Są narody, które stanowczo żądają, żeby je lubić. Każda próba okazania im nielubienia czy choćby tylko obojętności stanowi dla nich działanie nienawistne i całkowicie bezpodstawne, wręcz ścigane z mocy prawa.
*
Magogowi napisałem o czymś innym.
„…Są u nas całe zastępy, które z „małą pomocą swoich przyjaciół” nie robią niczego innego jak tylko wywoływanie poczucia winy”
A nie jest to po prostu drugi biegun tych samych kompleksów?
W USA ma pan podobnie, politycy wmawiają ludziom, że ich „styl życia” jest ideałem, a kto się z nimi nie zgadza ten jest wrogiem pana Boga, demokracji i kisielu.
Piękne to..
serdeczności
P
wspanialy tekst,bardzo dziekuje za zwykla opowiesc o czasach kiedy nie obowiazywaly zadne zasady moralne czy tez spoleczne a jedyna religia byla nienawisc do czlowieka lub do calych narodow.Raz jeszcze dziekuje.