W przypadku Marii Dąbrowskiej do historii przeszły jej książki. Z satysfakcją odnotowywała zbliżanie się politycznej odwilży. Sygnałem płynącym z Moskwy była kara śmierci na głównym wykonawcy zbrodniczych decyzji Stalina, szefie NKWD Berii. Pisarka z radością odnotowała nadawanie w radiu kolęd w okresie świąt:
„Ostatnimi laty w wilię nadawano ostentacyjnie muzyką rosyjską i taneczną. Nawet mnie wzruszyło ułaskawienie kolend, jakby ktoś najbliższy wrócił z zesłania”.
Stalin umarł, ale stalinizm w Polsce trzymał się jeszcze przez dwa lata całkiem dobrze, nawet się nasilił. Prymas Tysiąclecia Stefan Wyszyński zaaresztowany został pół roku po śmierci Stalina. Odbył się pokazowy proces biskupa kieleckiego Czesława Karczmarka, którego oskarżono o zdradę. Odwilż zaczęła się dopiero po nagłej śmierci Bieruta w Moskwie, w 1956 r. Ruszyła młodzież akademicka, „Po prostu”…
Pisarka zaczęła dostrzegać oschłość przywódców partii do swych wiernych towarzyszy – pisarzy i kokietowanie dotychczasowych oponentów. Niektórzy pisarze – stalinowcy robili rachunek sumienia, oddawali legitymacje partyjne. Twórcy zawsze byli bardziej ulegli od narodu. Dąbrowska: „W narodzie, a zwłaszcza w prostym narodzie nic się nie zmieniło, jeśli idzie o stosunek do rządu. Inteligencja „współpracuje” pełna wewnętrznych albo jawnych zastrzeżeń, naród w olbrzymiej większości wciąż mówi i myśli – nie!”
Wielka pisarka tego „nie”, nie potrafiła powiedzieć. Niejako w zamian drukowano jej utwory, otrzymała nowe, przestronne mieszkanie, 22 lipca przyjęła Krzyż Komandorski z gwiazdą orderu Odrodzenia Polski. Kilka dni później, przy pisaniu „ Dzienników” wyrzuca z siebie całą gorycz i prawdę: „Powietrze w Polsce jest zatrute. Zatrute Rosją, tym bazyliszkiem narodów. Na kim spoczną oczy Rosji, na tym wyrok konania. Powietrze jest też zatrute nienawiścią, jaką żywi 95 % pracującego ludu Polski do Rosji i do ustroju. Przez blisko 10 lat nie spotkałam człowieka, co by był nie już zachwycony, ale choćby zadowolony. Nawet ci, co przyznają pozytywne znaczenie wielu dzisiejszych osiągnięć, czują że ceną ich jest obroża. I to deprymujące, duszne kłamstwo, przecież wszyscy kłamią, a ja sama nie wiem już, co się ze mną dzieje, co myślę, co czuję. Ja, prawdziwa, leżę zdeptana moimi własnymi stopami. I nigdzie nic, żadnej przeciwwagi – niema nigdzie świata, dla którego warto byłoby żyć. Doprowadzić do takiego stanu mnie, co tak uwielbiam życie, że zdawało się – nic nie może mi go obrzydzić – to coś mówi o naszej rzeczywistości”.
Kończymy wędrówkę po kilku zaledwie tomach „Dzienników” Marii Dąbrowskiej, przybliżyliśmy zaledwie jedną trzecią część, bogatego 13-tomowego zapisu. Ta jedna trzecia część „Dzienników” jest jednak nadzwyczaj cenna. Pisarka ukazała czas stalinizmu bez retuszu. Ukazała cierpienie swoje i innych. A także wiarę, siłę człowieka w jego walce ze złem, choć nie tylko w jej przypadku – o wiarę i moralną siłę – było bardzo trudno.
Jerzy Klechta
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914-1965 w 13 tomach, Polska Akademia Nauk, Wydział I Nauk Społecznych Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009
w cytatach fragmentów „Dzienników” zachowana została pisownia oryginalna


Dzienniki Dąbrowskiej obecnie w nakładzie 300 egz. Dziennik Pepysa w 1954 r. w nakładzie 10 000 egz.
Jan Strzelecki nie zginął „w wypadku samochodowym”, owszem, w samochodzie, ale na postoju na Wisłostradzie, ciężko pobity przez jakiegoś łobuza, możliwe, że na polityczny obstalunek.