Należy przeprosić Czytelników za to mało komfortowe słownictwo, istotne jest wszak, abyśmy uzmysłowili sobie, iż Dąbrowska w „Dziennikach” stąpała po bardzo grząskim gruncie i zdawała sobie z tego sprawę. Za powiedzenie dowcipu antyrządowego szło się na 5 lat więzienia. Za cytowane przez pisarkę „wierszyki” zsyłano tam, gdzie znalazł się poeta Mandelsztam.
Dąbrowska pisząc „Dzienniki” bała się. O siebie i najbliższych. Grozę zbliżającego się do Polski stalinizmu obrazuje następujące wydarzenie.
W Olsztynie dwaj Rosjanie z NKWD przyszli do szkoły podstawowej, żądając wydania trojga dzieci (rodzeństwa) aresztowanej przedtem nauczycielki. Gdy obecna nauczycielka nie chciała powołując się na brak rozkazu polskich władz, wykpili ją mówiąc: „Czy ty udajesz głupią (duraka odstawlajesz), czy nie wiesz, że my tu rządzimy…Okazało się, że sprawa jest „uzgodniona” przez „sprzymierzone czynniki najwyższe”. Dzieci zabrano i wywieziono. Były to dzieci matki aresztowanej za – rzekomo- działalność antysowiecką. Dawniej wywoziło się biskupów i panów, teraz w czasie demokracji – małe dzieci szkół powszechnych”.
Notatki Marii Dąbrowskiej o terrorze stalinowskim w Polsce są jednym z najcenniejszych świadectw epoki. Były to również czasy ciężkie i ważne w życiu osobistym autorki „Nocy i dni”. Kochała dwie osoby, poważnie schorowanego Stanisława Stempowskiego oraz Annę Kowalską. Zmagała się ze swoimi słabościami fizycznymi i moralnymi. Gdzie przebiegała granica, której nie wolno było przekroczyć w kontaktach z reżimem? O umiejętności i konieczności zachowania moralnej busoli pisał socjolog Jan Strzelecki (zginął w stanie wojennym, w wypadku samochodowym, w niejasnych okolicznościach,). Dąbrowska z pewnością busolę tę posiadała, może z jednym poważnym wyjątkiem i kilkoma mniejszej rangi.
31 grudnia 1944 r. Dąbrowska zanotowała: „Dziś odbyło się w Lublinie proklamowanie Komitetu Lubelskiego – jako tymczasowego rządu Polski. Rząd nowej Targowicy – siewca rozłamu i niezgody w narodzie. – Z 15 ministerstw wśród nich oczywiście Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego – polskie NKWD. – To wszystko też mnie szalenie zgryzło – Usankcjonowanie dawnych rozłamów Polski, a w każdym razie dawnych rozbiorów Rosji”.
W następnych dniach pisarka nie kryła radości życia, spotykała się z bliskimi, zapraszała, zachowywała się jakby chciała wszystkich, umęczonych hitlerowską okupacją, przygarnąć i wesprzeć. Zbliżał się dzień kapitulacji III Rzeszy. Jednak już w pierwszych dniach 1945 roku Dąbrowska nie miała złudzeń, w Moskalach widziała drugiego okupanta: „O w jakże rozpaczliwie smutnych okolicznościach przychodzi ta chwila, wyzwolenie od Niemców. Pomyśleć – dziś rano jeszcze byli tu Niemcy – a wieczorem jesteśmy już pod okupacją bolszewików…To co teraz zrobiono z Polską przechodzi wszystko, co znane jest w dziejach jako cynizm i narzucenie narodowi obcej woli przemocą – I pomyśleć, że ten nieszczęsny naród po pięciu latach tak straszliwych ofiar, takiej niezłomnej walki i pracy podziemnej – przeciwko Niemcom –niema nawet tej satysfakcji, żeby historję tę cudowną walki i pracy i ofiar i laurem uwieńczyć. Bo tę naszą krew i walkę – opluto, zbezczeszczono, przekreślono. Zaistniał cudowny fakt skupienia się całego narodu pod rządem londyńskim”.
Po Jałcie, gdzie prezydent USA Franklin D. Roosevelt i premier W. Brytanii sir Winston Churchill ulegając presji Stalina, oddali Polskę w strefę wpływów Rosji Sowieckiej, Dąbrowska nie kryła oburzenia: jak można było tak z Polską postąpić? Potem jednak próbowała dostrzec jaśniejsze punkty rodzącej się nowej rzeczywistości, można odnieść wrażenie jakby ich celowo szukała, jakby chciała się na siłę uspokoić. Gdy dostrzegła jakąś jaskółkę wiosny, unosiła ją chęć do życia. W maju 1945 r. notuje: „Na halach odkrywam zabawną rzecz – improwizowane uliczne restauracyjki. Kobiety w saganach doskonale opakowanych gałganami i papierem w rodzaju dogrzewaczy sprzedają „pyzy” (kluski ze surowych kartofli), fasolę z sosem, zupy, a na deser przecierany kompot rabarbarowy…Pyzy były świetne; okraszone i gorące. To będzie moja stołówka”.

Dzienniki Dąbrowskiej obecnie w nakładzie 300 egz. Dziennik Pepysa w 1954 r. w nakładzie 10 000 egz.
Jan Strzelecki nie zginął „w wypadku samochodowym”, owszem, w samochodzie, ale na postoju na Wisłostradzie, ciężko pobity przez jakiegoś łobuza, możliwe, że na polityczny obstalunek.