Chroniła „Dzienniki”, drżała o nie, także w PRL. Nie wiemy kogo wtajemniczyła w ich pisanie, prawdopodobnie Stanisława Stempowskiego i pisarkę Annę Kowalską. Wiadomo, że lękała się o nie, pisała je ręcznie, w zeszytach, nie na maszynie, z której korzystała przy innych pracach twórczych. Pisała w „Dziennikach” prawdę i tylko prawdę. Miała pełną jasność tego, co mogło ją czekać, gdyby dostały się w niepowołane ręce.
W spojrzeniu na 45 lat Polski Ludowej popełniany jest pewien błąd. Jest nim zrównywanie lat stalinowskich z innymi okresami. Stalinizm w Polsce obejmuje lata 1948-1955. Nigdy potem nie zapanował w Polsce tak nieludzki system. Towarzyszom radzieckim „dosyłano” na Syberię oficerów AK i armii gen. Andersa. Tysiące górników ze Śląska wywożono w głąb Rosji pod pretekstem ich sympatii proniemieckich. Warto przytoczyć głośne kiedyś na cały świat dramatyczne wydarzenie, nie z Polski co prawda, lecz stalinizm był wszędzie nieludzki. Poeta rosyjski Osip Mandelsztam (urodzony w Warszawie) napisał wiersz o Stalinie, nie był drukowany, skądże, jednak agenci NKWD krążyli w otoczeniu poety, wiersz znalazł się na biurku dyktatora. Oto jego fragment:
…A w półsłówkach, półrozmówkach naszych
Cień górala kremlowskiego straszy.
Palce, tłuste jak czerwie, w grubą pięść układa,
Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.
Śmieją się karalusze wąsiska
I cholewa jak słońce rozbłyska…
Mandelsztam nie został zabity kulą w tył głowy, to byłoby zbyt „humanitarne”. Stalin nadzorował, aby poeta umierał latami, wolno zamęczano go na śmierć. Dąbrowska podobnego wiersza nie napisała, lecz w „Dzienniku” nie kryła obrzydzenia i nienawiści do „chorążego pokoju” (takie było jedno z „pokojowych” określenie funkcji zbrodniarza). W „Dziennikach” przytoczyła następujący „ustępowy wierszyk”:
Sraj na trumnę Lenina,
sraj na trumnę Stalina,
sraj na cały ten rząd pieski,
ale nie sraj na te deski.
Polaku, sraj spokojnie, czuwa nad tobą wielki Stalin.

Dzienniki Dąbrowskiej obecnie w nakładzie 300 egz. Dziennik Pepysa w 1954 r. w nakładzie 10 000 egz.
Jan Strzelecki nie zginął „w wypadku samochodowym”, owszem, w samochodzie, ale na postoju na Wisłostradzie, ciężko pobity przez jakiegoś łobuza, możliwe, że na polityczny obstalunek.