Elżbieta Sawicka: Tadeusz Konwicki, nasz sąsiad19 min czytania

()

Decybele

Kiedy wprowadziłam się na Górskiego, rodzina Sawickich nie miała u pana K. szczególnie wysokich notowań. Istniały tak zwane zaszłości, jeszcze z lat 50. Moi teściowie: Konrad i Alina z domu Rymkiewiczówna oraz ich syn, małoletni Józio, mieszkali na pierwszym piętrze, bezpośrednio pod państwem Konwickimi. Teść zawsze był człowiekiem wybitnie towarzyskim, toteż imieniny bywały huczne, sylwestry szampańskie. Pan Konwicki, piszący właśnie w swojej słynnej nyży kolejną powieść, znosił to źle i czasami interweniował. Toteż obie rodziny wymieniały na schodach zaledwie chłodne ukłony.

Specjalistą od zatruwania życia pisarzowi był także Andrzej Wieczorek zwany Puckiem, syn sędziego Józefa Wieczorka i sędzi Niki Gorońskiej. Śliczny blondynek o niebieskich oczach w wieku lat sześciu potrafił wyprodukować kwas masłowy oraz zasnuć dymami całą klatkę schodową.

Józio był grzeczny i cichutki. Do czasu. Odziedziczona po ojcu żyłka bankietowa odezwała się już w końcowych klasach szkoły podstawowej, aby z całą mocą dać o sobie znać w czasach licealnych. Spokój pana K. był zagrożony bardziej niż kiedykolwiek. Ryczały Czerwone Gitary i Niemen, ryczeli Niebiesko–Czarni, Animalsi i Beatlesi. Najgłośniej ryczeli Rolling Stonesi oraz kawalerowie z liceum im. Jana Zamoyskiego. Zresztą koledzy z tej samej klasy Marysi Konwickiej, starszej córki pisarza.

Asceza

Przyszła bardzo długa i mroźna zima. Biedronki zasnęły w szczelinach parapetów, podkuliły czarne odnóża i udają nieżywe. Na latarni przysiadły dwie synogarlice, zadomowione na Górskiego od lat. Drzewko szczęścia kwitnie. Całe w kolorowych bombkach, obwieszone anielskim włosem, z godnością pełni u państwa Konwickich rolę choinki. Zbliża się Boże Narodzenie.

– Czy mogę pana zapytać o uczucia negatywne? O zawiść, zazdrość, pogardę? Doświadcza pan tego czasem?

– Tak. Wszyscy doświadczamy. Jeśli ktoś się zapiera, to kłamie.

Rozmawiamy o ascezie.

– Asceza daje lepszą wolność niż bogactwo. Ja mogę się zachowywać tak, jak się zachowywałem przez ostatnich trzydzieści parę lat, tzn. z pewną skromną nonszalancją, z pewnymi uporami i z pewnymi niewielkimi nieugiętościami, dlatego, że niczego nie potrzebowałem. Ludzie łaknący czegoś, starający się o coś, muszą iść na ugodę, posłużyć się jakimś tam konformizmem. Mnie nie było czego odebrać, ani czego odmówić. To mi dawało i do dziś daje pewną, oczywiście ograniczoną, ale wolność.

– Nie odczuwał pan nigdy pokusy, żeby wybudować duży dom z ogrodem i basenem?

– Za Słonimskim zacytuję przedwojenne powiedzenie starozakonnych kupców: „Wypluń, pani, to słowo!”. Nie, nie, nie! Na tę okoliczność mnie nie warto przepytywać.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.