Mrówki
Przy całym swoim ekumenizmie etnicznym i ogólnie znanej tolerancji pan Konwicki nie wszystkich jednakowo przyciska do serca. Usłyszawszy, że pochodzę z niemieckiej rodziny, wyszeptał pobladły: „Nie może być!” i dyskretnie się przeżegnał.
No, i jest jeszcze historia z mrówkami faraona na Górskiego. Kamienica generalnie była przeciw. Zhardziały. W biały dzień przemieszczały swoje wojska między kuchnią i pokojami, bez pardonu wyżerały cukier i przyprawy korzenne. Właziły w wedlowskie torciki. Pan K. tymczasem przywiązał się do tych rudych liliputów, podejrzewał je nawet o grzeczność i kurtuazję w stosunkach wzajemnych i postanowił traktować łaskawie.
„Ale moja okrutna rodzina kazała mi się pozbyć egzotycznych sublokatorów. Więc rad nierad kupiłem, oczywiście niemieckie, urządzenie, pewnie z jakimś gazem, i zawiesiłem pod sufitem w łazience i w kuchni” – pisał w „Pamflecie na siebie”.
Niemieckie urządzenie z gazem. Mein Gott. I czym ja – wnuczka Adolfa i prawnuczka Ferdynanda – mogę się teraz pocieszyć? Tym samym, czym się zawsze ratowałam w chwilach załamań. Cytatem z Konwickiego.
„Zniemczeni Polacy to samo dno. Militaryści, agresorzy, mordercy. Spolszczeni Niemcy to sama zacność. Czcigodni uczeni, nieskazitelni patrioci, męczennicy postępu”.
„Kalendarz i klepsydra”
Kolorowa mapa Wilna
Ciągnę czasem przez pół Europy jakieś flaszki, gałęzie z liśćmi bobkowymi, wyroby z muszli albo z czekolady. Gościniec z podróży dla naszego sąsiada. Pan K. mówi z uznaniem, że jest to wschodni obyczaj, wileński.
Kiedyś w Wilnie dostrzegłam w księgarni uniwersyteckiej „Littera” pewną mapę. Kazałam ją sobie natychmiast starannie zapakować. W samolocie wiozłam wielką tekturową tubę ze czcią, na kolanach, aby się przypadkiem nie zagięła i nie straciła urody. Po powrocie stawiłam się z moim trofeum na Górskiego.
I tak mapa z księgarnii „Littera” weszła do literatury.
„Nad swoim wezgłowiem (mocno powiedziane) rozpiąłem plastyczną mapę Wilna. Otrzymałem ją w prezencie, więc trzeba było z nią coś zrobić. Bo ja nie jestem sentymentalny i nie chowam zasuszonych kwiatów, znaczących liścików ani pamiątek po szczęśliwych wydarzeniach. Wszystkie odpady życiowe unosi ze sobą wiatr historii, a właściwie raptowny podmuch mojej niecierpliwej histerii.
Ale tę mapę, na której są wyrysowane wszystkie domy wileńskie, kościoły i skwery, przypiąłem pinezkami do sfatygowanej ściany i popatruję na litewski obraz mojego miasta.
I widzi mi się ono jak Strasburg albo Norymberga, bo nie odczuwam ani bicia serca, ani podpływającej skądś rzewnej słodyczy. Po prostu spoglądam na jakieś miasto podobne do innych.
Moje Wilno zastygło na zawsze w szklanej kuli wypełnionej słonecznym płynem młodzieńczego wigoru i tylko nad nim w tej jarmarcznej kuli, płyną przezroczyste obłoki niewidzialnego czasu”.
„Pamflet na siebie”
