Elżbieta Sawicka: Tadeusz Konwicki, nasz sąsiad19 min czytania

()

Partnerstwo

W sprawie kobiecej urody pan K. deklaruje się jako ogromny liberał estetyczny.

– Nie tam, żeby koniecznie blondynki albo brunetki. Nie. Podobają mi się ładne panie. Z jednym zastrzeżeniem i mówię to ogromnie zawstydzony, bo to dowodzi pewnego mojego ograniczenia. Nie pociągają mnie – mogę lubić, szanować, ale nie pociągają mnie – kobiety typu babochłop, czyli, jak pisał Witkacy, kobieton. Strasznie lubię kobiece kobiety.

Posągowe piękności? Niekoniecznie. Doskonałość mrozi w człowieku pociąg erotyczny.

– I dlatego mnie wzruszają drobne defekty. Nóżki tzw. fortepianowe, niedoskonały biuścik, ale miły, sympatyczny – wszystkie te rzeczy są ujmujące. W romansie potrzebny jest partner i nawet dobrze, jeżeli ten partner, czyli kobieta, trochę nas przewyższa. Ponieważ obcowanie z kobietą głupią, marną, powoduje w mężczyźnie lęk, że jest sodomitą. Że nadużywa ufności pozbawionego świadomości zwierzątka. Czyli w tym zdarzeniu, które trudno określić, a które jest naszym własnym dorobkiem jako gatunku ludzkiego, jest pięknie, kiedy sądzimy o partnerze, że nas przewyższa. I vice versa.

– Potrafił się pan przyjaźnić nieerotycznie z kobietami?

– Z trudem.

– A uznaje pan w ogóle istnienie takich związków? Bez podszewki erotycznej?

– To się staje powszechne w pewnym wieku; potem następują już uspokojenia. Ale w młodości – to cinżko mi uwierzyć w bezinteresowne przyjaźnie. Cinżko, jak mówią Ślązacy. Zimno, znów nie grzeją sukinsyny. Napije się pani herbaty?

Spowiedź

Pewnego dnia w naszym życiu pojawił się fiński dziennikarz Martti Puukko. Zażywny blondyn o oczach niebieskich jak Bałtyk. Zjawił się w redakcji „Rzeczpospolitej”, opowiedział o filmie, który już nakręcił i o tych, które ma zamiar zrobić w przyszłości. Ten pierwszy, zatytułowany „Nie ma już kraju mojego dzieciństwa”, pomyślany był jako podwójny portret: Wajdy i Konwickiego.

Obejrzałam i padłam do tyłu. Z zazdrości. Stanął mi nagle przed oczami Jan Parys na plakacie wyborczym z września 1993: „Czterdzieści trzy lata skromności”. Czterdzieści trzy lata skromności, beret na bakier, oczy spuszczone i nic. Przegrał, przepadł. Klapa.

Ze mną tak samo. Dwadzieścia pięć lat grzeczności (liczę od 1971, kiedy pierwszy raz minęliśmy się z panem Konwickim na pachnącej dentystą klatce schodowej). Ćwierć wieku powściągliwości. Takt, umiar, elegancja, żadnej dziennikarskiej obcesowości, same europejskie pytania. I klęska. Przychodzi ubrany w marynarską koszulkę Fin o wyglądzie bosmana i kalecząc lekko polską mowę wali prostu z mostu – proszę mi tu zaraz opowiedzieć o śmierci, o Bogu, o szczęściu i nieszczęściu! A pan Konwicki: w porządku! Nabiera powietrza w płuca i, proszę bardzo, odpowiada. Zwierza się Finowi z najstraszniejszych tajemnic swego życia.

– Co dla pana znaczy słowo „śmierć”? – pyta na przykład lekko Martti Puukko.

– Dla mnie osobiście, dla mnie jako Tadeusza Konwickiego, znaczy ulgę. Ja mam dziwne usposobienie i dziwną budowę wewnętrzną, psychiczną. Ja nie jestem zadowolony, że się znalazłem na świecie, że jestem uczestnikiem tej egzystencji. Przyjmuję to bardzo sceptycznie, ponieważ wydaje mi się, że dola człowieka jest strasznie uciążliwa. To jest jednak cały ciąg męczarni z krótkimi chwilami ulgi, samozadowolenia, czy nawet tego, co nazywamy szczęściem. Ale to jest bardzo delikatna okrasa tego ogólnego strasznego mozołu.

No, to już wiem.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.