Szarlatani
Pan Konwicki coraz niechętniej rozmawia o polityce. Kiedy próbuję chytrzyć, podejść go i wrzucić jakieś podchwytliwe pytanie, rzuca błyskawice zza okularów:
– A co to pani jest dzisiaj redaktorem Michnikiem, albo Gottesmanem juniorem? Żadnych sztuczek, proszę. Polityki nie będzie.
Ale polityka nie znikniknęła z naszego życia. Wciąż była obecna.
W „Czytadle”, książce nie bez powodu porównywanej z „Małą apokalipsą”, dał barwną galerię szarlatanów, niespełnionych przywódców i stukniętych ojców narodu.
W 1994 reżyserował w Ateneum „Jegora Bułyczowa” Maksyma Gorkiego.
– Jest to – mówił mi wtedy – sztuka o człowieku chorym na raka, którego otoczenie usiłuje wyleczyć z choroby. Może też być to sztuka o społeczeństwie chorym na raka, które to społeczeństwo usiłują uleczyć znachorzy. Znachorzy, różni samozwańczy lekarze, a także ludzie, którzy poczuli w sobie boskość i sądzą, że są w stanie ratować bliźnich z opresji. Okazuje się naraz, że ten utwór jest dość obszerny, pojemny i niezwykle odpowiadający chwili, w której żyjemy.
Minął rok. Zadzwoniłam do pana K. późną jesienią, gdzieś koło listopada, ale zapowiedział, że długo nie pogadamy, bo się zaraz udaje na policję. Oddać paszport i zrzec się polskiego obywatelstwa.
Ale chyba do tego nie doszło.
Kiedy przy kolejnym politycznym przesileniu popadam w lekką histerię, pan K. próbuje mnie jednak uspokoić:
– Nie ma stanu totalnego zagrożenia. To, co dziś obserwujemy, to są dość naturalne walki wewnętrzne. Nie budzą we mnie przerażenia. Może mały niepokój, grozy nie. Nie spodziewam się zresztą żadnych ponurych konsekwencji, bo wiem z doświadczenia życiowego, że Polska jest krajem żytnio-kartoflanym, w gruncie rzeczy bardzo łagodnym. Tu się wszystko kończy na pokrzykiwaniach, na małych intrygach.
Nie jestem pewna, czy podobnie pocieszałby mnie u progu roku 2016.
Elżbieta Sawicka

