Wigilijne róże
Znów minął rok i znów jest Boże Narodzenie. Przyniosłam na Górskiego wielką złotą bombkę z patriotycznym napisem firmowym „Rzeczpospolita”. Drzewko szczęścia raczej nie wytrzyma takiego ciężaru.
Sąsiad zachęcająco podsuwa w moją stronę talerz z mandarynkami. Za oknem pada coraz gęstszy śnieg. („Biały kurhan przywalił Paryż północy”).
Ciekawe, czy pan K. pamięta pewne zdarzenie sprzed lat. Nazywałam się już wtedy Sawicka i mieszkałam na Górskiego. W podziemiu wyszedł akurat „Kompleks polski”. Cała kamienica wyrywała sobie sfatygowany egzemplarz i czytała namiętnie po nocach. Króliczymi czerwonymi oczami, załzawionymi ze wzruszenia oraz z powodu drobnego, rozmazanego druku. Przeczytałam i ja. I w wigilijne popołudnie roku 1977, zanim zaświeciła pierwsza gwiazda, powiedziałam z mocą do męża:
– Co było, to było. Idziemy do pana Konwickiego z kwiatami.
Zakupiliśmy na Nowym Świecie czerwone róże i udaliśmy się z hołdem na drugie piętro. Drzwi otworzyła pani Danuta, nieco zaskoczona na widok naszej delegacji.
– Proszę wejść. Tadzio śpi po rybce w „‚Czytelniku”, ale zaraz go obudzę.
Po chwili wyłonił się wyrwany ze snu gospodarz. Więc my dziękujemy za tę piękną książkę, wręczamy kwiaty – a wszystko nieśmiało, bo przecież dobrze wiemy, ile w swoim czasie wyprodukowaliśmy decybeli. Pan Konwicki na to, że naprawdę jest mu przyjemnie. „Bardzo jestem zaszczycony” – mówi i całuje mnie w rękę. A zaraz potem, bach – mojego męża też! Józio szarpnął się jak koń dyszlowy, ale wyrwać się nie zdążył.
A już gospodarz uprzejmie zaprasza do salonu, gdzie bawi nas, jak gdyby nigdy nic, elegancką rozmową o awarii kaloryferów i pułapkach tego podłego świata.
