Kamienica
Po raz pierwszy zobaczyłam pana Konwickiego w kamienicy przy ulicy Górskiego w maju 1971 roku. W okropnie nerwowym momencie: pomiędzy pisemnymi a ustnymi egzaminami maturalnymi. Staliśmy z Józefem, moim wówczas narzeczonym a dziś mężem, na klatce schodowej czekając na windę. Pamiętam niewiele: intensywny zapach mieszczącego się na parterze gabinetu dentystycznego, czarną skórzaną kurtkę pana K. oraz to, że przesłał mi niewyraźny, mdły uśmiech.
Po jakimś czasie zamieszkałam w tym domu. Zostaliśmy sąsiadami.
„O sąsiadach nic szczególnego nie mogę powiedzieć. Oni o mnie też, kłaniamy się sobie grzecznie przy windzie albo na schodach.”
„Kalendarz i klepsydra”.
Każda kolejna książka Tadeusza Konwickiego stawała się bestsellerem i wydarzeniem w polskim życiu literackim, ale dla mieszkańców domu przy Górskiego była przede wszystkim długo wyczekiwanym wydarzeniem towarzyskim. Pisał także o nas! Trafialiśmy na karty literatury.
„Sąsiedzi zaczynają ożywać. Już ktoś kogoś dusi, ktoś włączył krajzegę. Ktoś przewraca kredens.
Nasza kamienica jest duża i solidna. Zbudowano ją u schyłku epoki zwanej MDM-owską. Dlatego ma trochę dziwaczne kształty i do tych zewnętrznych kształtów dostosowano wewnętrzne podziały mieszkań. Dlatego też przez środek mojego lokalu przechodzi potężna ściana grubości 80 cm, a od sąsiadów dzielą mnie przepierzenia na jedną czwartą cegły”.
Pan Konwicki uchodzi w kamienicy za Strażnika Ciszy, postrach balangowiczów i amatorów głośnego słuchania Wolnej Europy. Pogromca porykujących pijaczków i wojska odchodzącego do rezerwy. Kat kataryniarzy i Orkiestry z Chmielnej.
– Co to za straszny człowiek! – użalała mi się słowiczym głosem sąsiadka z trzeciego piętra, pani Karolina Lubieńska. Przedwojenne „Książątko”, Ewa Pobratyńska w „Dziejach grzechu” z 1933 roku i matka Ewy Pobratyńskiej u Waleriana Borowczyka wzniosła do nieba jasne oczy: – Nie pozwala nam słuchać radia, boję się chodzić po domu w szpilkach, przeszkadza mu nawet, jak papużki śpiewają!
Za zakłócanie ciszy nocnej pan Konwicki mścił się straszliwie. Oczywiście literacko:
„Jeszcze tylko jakiś sąsiad przewróci mebel od niechcenia, inny wbije młotem szlagborek w ścianę, jeszcze gdzieś zakrzyczy na którymś piętrze czyjaś duszona żona i przyjdzie krótka cisza, chwila spokoju przemęczonego miasta”.
