Elżbieta Sawicka: Tadeusz Konwicki, nasz sąsiad19 min czytania

()

Wilno i Azja

Znów jest zima. Pan Konwicki, okutany w swetry i szlafroki, wychodzi do kuchni, strącając po drodze od niechcenia czepiającego się ściany rachitycznego pająka. Na zaśnieżonym balkonie ląduje lekko gołąb, stadko wróbli już wcześniej obsiadło donicę z czarnym kikutem pelargonii. Kiedyś nie do pomyślenia. Nie ma kota Iwana. Nie ma im kto kota popędzić.

– Co to były za sfery, w których ja wyrosłem? Na ogół zubożała szlachta. Niezbyt bogata, bo ziemia na Wileńszczyźnie była dość marna, a każde powstanie kończyło się jakąś konfiskatą. Po klęskach powstań następowała pauperyzacja szlachty, która po pewnym czasie chłopiała, albo zajmowała się jakimiś dzierżawami, albo drobnym rzemiosłem, jakimiś niewielkimi fabryczkami. Kiedy pojawiła się na Wileńszczyźnie ta gigantyczna zdobycz cywilizacji, jaką była kolej żelazna, dała ludziom trochę pracy. Zaczepiali się przy kolei, na poczcie, przy telegrafie… I cały czas starannie przechowywali swoje „patenta szlacheckie”, po to, żeby się uwolnić od dwudziestopięcioletniej służby w carskim wojsku i być powołanym tylko na jeden rok. To był główny powód troskliwego przechowywania papierów. A tak żyło się życiem ubogim, bardzo religijnym i niesłychanie prowincjonalnym.

– Jak wiadomo – ciągnie swoją opowieść pan K. – nie mieszkałem nigdy w samym Wilnie. Wilno dla mnie było przerażającą metropolią, zupełnie taką jak Nowy Jork. Jak pół godziny po nim pochodziłem, czułem się ogłuszony, nic nie rozumiałem i nie mogłem potem trafić na stację. A przecież pamiętam, że zabolało mnie, kiedy przeczytałem, co napisał w swojej książce generał Kirchmayer, który jako młody oficer, chyba w 1927 roku, przyjechał do Wilna, bo go tam przeniesiono służbowo. Pisze, że kiedy wysiadł z pociągu, to się przeraził: zobaczył wschodnie, azjatyckie miasto z drewnianymi chodnikami. Czytałem to niezbyt zadowolony. Ale później generał strasznie się przywiązał do Wilna i swoją winę jakby umorzył…

Prolongata

Azja w Wilnie. No, proszę. Nika Gorońska, nasza sąsiadka z Górskiego, opowiadała inną historię.

– Jadę kiedyś autobusem linii 144. Obok mnie siedzą bardzo nobliwi, eleganccy starsi państwo z dziewczynką, może dziesięcioletnią, pewnie wnuczką. Dziewczynka jak z obrazów Renoira, ubrana w sukienkę z marynarskim kołnierzem i duży słomkowy kapelusz. Najwidoczniej nie zna Warszawy, bo po drodze ci państwo stale ją objaśniają: „To jest plac Unii Lubelskiej, a to aleja Szucha, przejeżdżamy koło Urzędu Rady Ministrów”. I tak dalej. Autobus dojeżdża do placu Na Rozdrożu i wtedy starsza dama mówi:

– Teraz widać Zamek Ujazdowski. A tam dalej, dalej, w dole – widzisz? Wisła. A za Wisłą – dodaje grobowym głosem – już Azja.

Tu Nika nie wytrzymała i wtrąciła się do rozmowy:

– Przepraszam panią bardzo, ale moi krewni z Wielkopolski utrzymywali, że Europa kończy się w Strzałkowie.

–  I słusznie, proszę pani. Jak najbardziej. Bo w Strzałkowie przebiegała granica zaboru pruskiego i rosyjskiego. Ale ja już prolonguję do Wisły!

Nasz sąsiad wilnianin przepadał za tą historyjką.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.