Friendly societies
Mimo to już w XVIII wieku robotnicy brytyjscy razem z rzemieślnikami, sklepikarzami, dzierżawcami i chłopami umieli własnymi siłami radzić sobie z przyszłością. Skoro nie wolno było się zrzeszać, tworzyli tajne, na pół masońskie, organizacje oddfellows, szczególnego braterstwa – pionierskie organizacje pomocy wzajemnej, oszczędności i zdrowotnych ubezpieczeń wzajemnych. I wynaleźli, oni właśnie – ubezpieczenia. Wzajemne, bo innych nie było, ubezpieczenia komercyjne miały dopiero wyrosnąć z wzajemnych.
W najgorszych czasach rodziły się – friendly societies, towarzystwa przyjacielskie, czyli towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych. Mądrzy filantropi z warstw wyższych przeforsowali w parlamencie sprzyjające, rozsądne przepisy, dzięki nim friendly societies stały się instytucjami oficjalnymi, akceptowanymi przez państwo – legalnymi już organizacjami ludowych ubezpieczeń wzajemnych! Członkowie mogli ubezpieczać się na wypadek choroby lub kalectwa, na wypadek śmierci kogoś z rodziny, lub jak mówiła mądra ustawa – ubezpieczyć się od wszelkich „podobnych klęsk, które dzięki rachunkowi prawdopodobieństwa da się przewidzieć i obliczyć”. Bo na tej podstawie można było obliczyć wysokość składek – choć w ubezpieczeniach wzajemnych można i obliczyć najpierw, ile kosztowało usunięcie skutków klęski, by podzielić sumę między wszystkich członków po równo.
Były owe „towarzystwa przyjacielskie” również kasami pomocy wzajemnej – miały prawo pożyczać członkom pieniądze. Mogli członkowie składać się na tańszy, bo hurtowy zakup opału, odzieży, żywności, narzędzi do pracy. Także – organizować się do wzajemnej pomocy w wychowywaniu dzieci! A nawet – do pomocy w emigracji! Tajemnica finansowa polegała na tychże ubezpieczeniach wzajemnych – zebrane pieniądze pozostawały ich pieniędzmi, w ich dyspozycji. Oni sami decydowali o losie nadwyżek po wypłaceniu odszkodowań.
To wszystko robili prości, ale umiejący się zorganizować ludzie. Co może pobudzi wyobraźnię dzisiejszych ludzi mniej prostych…
Bez New Lanark
Ci z klas wyższych też potrafili zrobić coś niespodziewanie pożytecznego. Engels nie opisał New Lanark, gdzie Robert Owen, pierwszy reformator zarządzania przedsiębiorstwami, z początkiem XIX wieku zrobił pracowników swoimi partnerami. Osiągał dzięki temu dla swej spółki zyski nieporównywalnie większe niż konkurenci. Zniósł kary cielesne, skrócił dzień pracy do 9 godzin, zorganizował stołówki, tanie kuchnie, kasy oszczędności, zalecane przez Adama Smitha, płacił więcej niż inni przedsiębiorcy i zamiast kar wprowadził nagrody za sumienność. Pobudował dla swych pracowników kolonie domków z ogródkami. I to wszystko opłaciło się bardziej niż system, w którym górnikom szkockim zakładano obroże na szyje.
W roku 1935 wielki historyk, George Macaulay Trevelyan, pisał, że gdyby współcześni zainteresowali się tym, co zdziałał Owen w New Lanark, „żylibyśmy dzisiaj w innym świecie”. To prawda.
Engels powinien był rozumieć znaczenie eksperymentu New Lanark. Zarządzał sam fabryką bawełnianą po ojcu i z jej dochodów, czyli „z nieopłaconej pracy robotnika”, utrzymywał Marksa. Podczas Wiosny Ludów z bronią w ręku stawał pod dowództwem Mierosławskiego w powstaniu badeńskim. Ale jako biznesmena powinien był zainteresować go system zatrudnienia – w kopalniach kornwalijskich. Opisany w dziele za jego czasów wielekroć wznawianym, Charles’a Babbage’a, wielkiego matematyka.
Otóż w tej Kornwalii rządcy jej kopalń angażowali nie pojedynczych górników, lecz ich samodzielne zespoły robocze, takie, ot, małe spółki – jak w dawnej polskiej królewskiej kopalni w Wieliczce. Znał kornwalijskie doświadczenie klasyk ekonomii politycznej, współczesny Engelsowi, na wskroś liberał, John Stuart Mill. Bardzo mu się podobało.

Pan redaktor opisuje anatomię sukcesu ludzi niezamożnych. Dudy i Kukizy przeminą a spółdzielczość i spółki pracownicze pozwolą na awans materialny i polityczny tysięcy mniej zamożnych ludzi. Tylko jak to zorganizować w Polsce A.D. 2015 i kolejnych?
„Tylko jak to zorganizować w Polsce A.D. 2015 i kolejnych?”
.
Nie da się zorganizowac. Pan Redaktor przekonuje, ze ludzie muszą sie organizowac sami w opozycji do „gory”. Przy czym „gora” niekoniecznie oznacza władzę. „Gora” moze takze oznaczac inercję umysłową, konserwatyzm, i jakos-to-będzizm otoczenia.
.
Patrząc z oddali, sytuację psychologiczną w Polsce najkrocej podsumowałbym tak: Kosciół idzie po łupy. Skutkuje dwadziescia parę lat prania mózgów w szkołach. Bo to nieprawda, ze katecheci niczego na tych lekcjach religii nie nauczyli. Otoz nauczyli biernej zgody na absurd. Nauczyli posłuszenstwa. Nauczyli ukrywania swoich opinii. Nauczyli hierarchicznej wizji swiata. Utrwalili myslenie „my na dole, oni na gorze”. I teraz pokazały się owoce. Lud, zamiast się zorganizowac, idzie we wskazanym kierunku. I nawet nie zadaje pytania „dokąd idziemy”. Idziemy tam, gdzie nas prowadzą pasterze i przewodnicy w rodzaju Dudy, Kukiza, i biskupow. Skoro prowadzą, to wiedzą dokąd. Po co pytac o program? Marsz jest wartoscią samą w sobie. No, to maszerujemy. Przynaleznosc do stada jest wartoscią samą w sobie. No, to nalezymy.
.
Takie będą Rzeczpospolite, jakie będzie młodziezy chowanie. Te lekcję biskupi przerobili. Zas swiecka częsc społeczenstwa dała sie przerobic w posłuszny tłum. Dokładnie przeciwnie do nauczania Pana Redaktora.
Dużo w tym racji Narciarzu2… Lenistwo ludzkie powoduje, że zawsze łatwiej jest iść za przewodnikiem stada. Nawet jak przewodnik nie ma czterech klapek pod kopułą. Czasami „wystarczy być”.
To, czego sz.p . Redaktor nie wspomina, to, że na Wysp. Bryt.była reformacja. Biblię przetłumaczono na język angielski i wszystkich zmuszono do nauki czytania i pisania, aby sami Biblię czytali. W takiej Szkocji zniesiono całkowicie hierarchię kościelną, a każdy Szkot z Bogiem rozmawiał osobiście. Podstawą organizacji była parafia, samodzielna, zmuszona do zgodnego działania, musiała radzić sobie z przeciwnościami,z Biblią w ręku.
Kalwinizm był surowy; ciężka praca, purytanizm, oszczędność i miłość bliźniego.
Jeżeli Polska szczyci się tolerancją w swojej historii, pobłażliwością co do moralności, to niestety Brytyjczycy mieli wręcz przeciwnie. Tam było palenie na stosie i scinanie głów.
A Polacy analfabetyzm pokonali dopiero w XX wieku.
Gdyby nie bylo ministra Wilczka mozna by prowadzic takie dyskusje. Po nim pozostaje stwierdzic tylko jedno – nie przeszkadzac.
Szanowny Pan Redaktor jak zwykle zapomniał o fundamencie którym jest praworządne państwo przyjaznego prawa którego elementem jest pro rozwojowy system ekonomiczny. Dzisiejsza oligarchiczna, skorumpowana i skolonizowana III RP nie nastraja optymistycznie. Konkluzją anachronicznych wywodów Redaktora ma być stwierdzenie – „sami sobie jesteście winni nieudacznicy”.
Takie stwierdzenie pada gdy na czele „stada lwów stoi baran przebrany za lwa” liczący że całą robotę zrobi za niego „niewidzialna ręka rynku”.
Pan Redaktor Bratkowski jak zwykle błyszczy wiedza i erudycją. Rozwiązania przedłożone w pracy pozwalają na prawidłowe rozwiązanie t.zw. kiedyś „stosunków produkcji”.
Polska miała okazję przodować w takich przemianach w latach 90-tych,niestety zostało to zaprzepaszczone. Autor niniejszego próbował zainteresować obie zwalczające się strony problematyką akcjonariatu pracy. Została rozesłana „Odezwa…” do wielu środowisk, propagująca takie rozwiązania. Znajduje się na Twitterze o adresie UP72156@UP72156 w blogu pod nazwą „Odezwa”. Jan Paweł II w encyklice „Laborem excersens” ogłoszonej w tym samym roku (1989) zawarł pochwałę takich rozwiązań. Nikt się jednak wtedy tym nie interesował. Strony zajęte był walką o władzę.
UP72156
Bratkowski na Prezydenta!, a jezeli nie ty, to sprobuj wytrenowac jakiegos mlodego Bratkowskiego, moze zdazysz; z najszczerszym podziwem dla twego mozgu i energii, (wiedzialem to juz w roku 1981, gdy zaprosiles mnie z „wygnania” do Polski na zrobienie filmu, mam wciaz nakrecona rozmowe z toba, posle ja Misiowi jakims nocnikiem, przepraszam, nosnikiem,), big hugs, Marian
poslalem cos Stefanowi, nie pokazalo sie, mimo ze udalo mi sie zalogowac, zobaczmy czy to sie pokaze jako tet, naciskam na „wyslij komentarz”