Specjalnie piszę o tych rocznikach, bo wyróżnia je wspólnota losu. Mieli szczególne dzieciństwo i młodość, które przypadły na czasy wojny i okupacji, oraz na okres powojenny i czasy stalinowskie. Mimo tych przeżyć przenieśli na kolejne pokolenia najlepsze cechy postępowych, światłych, mądrych lub choćby tylko dobrych Polaków — uczciwość, rzetelność, pracowitość, społecznikostwo, ambicje, i marzenia o racjonalnej, wolnej Polsce. Także przyjaźń, miłość, serdeczność, uczynność, altruizm, poświęcenie i dobre życzenie innym. Ich marzeniom często towarzyszyła aura wolnej Polski, jaką wokół siebie tworzą lub tworzyli. To temu pokoleniu zawdzięczamy w dużym stopniu to, co już osiągnęliśmy, choć wszyscy uważamy, że to za mało, za słabo, za późno itd. W marszu pokoleń wypełnili swoją misję najlepiej jak potrafili a potrafili i nadal potrafią niemało.
Jasia (rocznik 1937) to była pierwsza moja nauczycielka. Dziewczyna z sąsiedniej wsi, wsi biednej jak mysz kościelna, ledwie po podstawówce, a zapamiętałem ją na całe życie. Jasia pracowała u moich dziadków jako pomoc domowa, wykonując wiele różnorodnych prac domowych, przede wszystkim kuchennych. Zajmowała się także praniem, sprzątaniem a jak trzeba konwojowaniem mnie do i z przedszkola, jakieś 3 kilometry. Była pełnoprawnym członkiem rodziny, a moi dziadkowie traktowali ją jak córkę lub wnuczkę. Jasia posługiwała się gwarą i czasami niemiłosiernie kaleczyła język polski, ale starała się mówić poprawną polszczyzną i moi dziadkowie jej w tym patronowali i pomagali. Była bardzo ambitna i starała się dorównać innym w różnych umiejętnościach. Nie było to dążenie snobistyczne czy na pokaz. Naprawdę rozumiała sens pracy nad sobą i podnoszenia swoich umiejętności jako drogę do poprawy jakości własnego życia, choć wtedy tak tego nie nazywała.
Ponieważ moi najbliżsi całe dnie pracowali, Jasia była często jedyną towarzyszką życia małego chłopca, a zapamiętałem ją jako 19-letnią dziewczynę, kiedy skończyłem 4 lata. Była bardzo radosną, otwartą, uśmiechniętą i optymistyczną osobą. Bardzo lubiła mówić, a opowiadała barwnie i dla mnie ciekawie. Dzięki niej poznałem zwyczaje mieszkańców wsi sieradzkiej z okresu lat 40. i 50. XX wieku tradycje, obrzędy, stroje i sposoby obchodzenia uroczystości. Umiała także słuchać, a moja wrodzona wada – gadulstwo, zupełnie jej nie przeszkadzała. Ponieważ u moich dziadków przez cały rok przebywało od kilku do kilkudziesięciu nawet gości, codziennie przy i po kolacji byłem świadkiem wielu rozmów i opowiadań. Ludzie byli w większości ciekawi, a niektórzy nawet fascynujący. Ponieważ moim obowiązkiem było siedzieć przy stole i odzywać się wyłącznie rozumnie, wobec tego bezpieczniejszym sposobem zachowania było milczenie. Dopiero w obecności Jasi mogłem opowiadać, komentować i oceniać mnóstwo informacji, które plastyczna pamięć dziecka utrwalała, a które często przekraczały zakres mojej percepcji. (Dziadkowie w nadleśnictwie mieli do dyspozycji ponad 600-metrowy (m2) dom mieszkalny i ponad 30-hektarowe gospodarstwo pomocnicze, wobec tego cały rok przebywali goście, jak mawiała moja babka – na dożywianiu. Mowa o okresie, który pamiętam 1956 -1961, kiedy w Polsce żyło się bardzo skromnie).
Jasia słuchała tego wszystkiego z uwagą, o czym świadczyły zadawane pytania i komentarze w trakcie opowiadania. Czasami także pomagała mi zrozumieć treści, które powtarzałem niekoniecznie ogarniając je rozumem. Główną zaletą Jasi była umiejętność rozmowy z dzieckiem i traktowania mnie poważnie. Mało kto mnie wtedy tak traktował. Rewanżowałem się jej wzajemnością. Nie zdarzyło mi się zlekceważyć, czy puścić mimo uszu jej opowiadań, czy uwag. Dochodziło do tego, że stawałem się samozwańczym rzecznikiem Jasi w kontaktach z moimi dziadkami. Ponieważ nie zawsze miała śmiałość czy okazję, a nawet czasami zwyczajnie wstydziła się poprosić ich o coś, zwykle mogła liczyć na mnie. Pamiętam ile radosnego śmiechu wywoływało u moich dziadków moje kategoryczne domaganie się od nich takich czy innych decyzji. Zwłaszcza dobroduszna mina mojego dziadka liczącego 2 metry wzrostu, kiedy stojący przed nim malec dyktował mu — tonem nieznoszącym sprzeciwu — warunki, była bezcenna.
Jasia miała w sobie tyle serdeczności, ciepła, radości życia, optymizmu i dobrych uczuć, że starczyłoby dla kilku osób. Kiedy tylko towarzyszyłem jej w obowiązkach domowych zawsze starałem się pomóc, czy było to sprzątanie, pranie czy ścielenie łóżek. Ta moja „pomoc” często dezorganizowała prace, ale Jasia nie użalała się na to. W jednej czynności starałem się towarzyszyć Jasi szczególnie, a ona odpłacała uczeniem mnie. To było gotowanie, smażenie i pieczenie. Od dziecka interesowała mnie kuchnia. To Jasia nauczyła mnie gotować rosół, także wspaniały rosół z perliczki, zalewajkę, grochówkę, kapuśniak koniecznie z prażuchami, barszcz ukraiński, ale także piec gęś, indyka, schab z czosnkiem w majeranku czy kaczkę z jabłkami. To z Jasią po raz pierwszy w życiu smażyłem pączki, racuchy drożdżowe i faworki nazywane regionalnie chrustem, robiłem makową struclę drożdżową w pergaminie.

Dzięki Panie Sławku, za ta opowieść wigilijną, za jej otwartość i bliskość, za wspomnienie tego co nam może dawać siłę na przyszłość – dziedzictwa polskich reformatorów, w tym za podziękowanie Redaktorom SO, do którego się przyłączam.
Dziękuję. Historia sprawia, że od ponad 250 lat polscy inteligenci chcąc, nie chcąc stają się reformatorami. Nie wszyscy i w daleko nierównym stopniu, ale to już wystarczy abyśmy zmieniali Polskę na lepsze. W kierunku, który inni osiagnęli wcześniej, dzięki czemu mamy punkty odniesienia. Nawet ci, którzy dzisiaj próbują zawracać Wisłę kijem przyczyniają się do reformowania kraju, choć pewnie wbrew swoim intencjom.
*
To wielki przywilej móc dziękować Redaktorom SO. My, czyli ci co z ich pracy, myśli, artykułów i książek czerpią pełnymi garściami, chyba najbardziej wiemy jaki to ma głęboki sens. Grzech i wstyd byłoby tego nie zrobić. Powiem wiecej – to byłby błąd.
Ciekawa sprawa, nigdy nie piszemy o nauczycielach, których zapomnieliśmy. Piszemy o tych, którzy jak kula bilardowa uderzyli nas powodując ruch. Pamiętamy tych kilku wspaniałych i pamiętamy potworów. Ci, których nazwisk nie pamiętamy zostali zapomniani nie bez powodu. Idąc szkolnym korytarzem podczas przerwy możemy zauważyć, tych, którzy będa zapamiętani, jedni mają kłopot z dotarciem do celu, bo dzieciaki mają do nich tysiące spraw. Inni powodują nagłą ciszę i kulenie się przed wzrokiem człowieka, który idzie jak lodołamacz, W rozmowach dorosłych o nauczycielach, każdy wyciąga tego, który był najważniejszy. Zdumiewające, bo ci nauczyciele są również w miejscach gdzie diabeł ma młode i w czasach koszmaru. Nauczyciel historii w szkole podstawowej, (głęboko w stalinowskich czasach), tak opowiadał o starożytności, że kojarzyła się z czasem teraźniejszym. Któregoś dnia zniknął i nigdy nie udało mi się dowiedzieć, co się z nim stało.
Widocznie miałem szczęście, bo w całym procesie kształcenia nie pamiętam nikogo, kto choćby trochę przypominał potwora. Pewnie bym taką osobę zapamiętał. Owszem, przypominam sobie osoby opryskliwe, niesympatyczne, mściwe czy jawnie niesprawiedliwe, lub kierujące się niezrozumiałymi pobudkami.
*
Jedyny potwór jakiego kojarzę, to nie był mój nauczyciel a Tusk nazywa go potworem ciasteczkowym. Towarzyszą mu – kieszonkowy potwór zerro, i oczywiście czarnek polskiej edukacji, a także pewien nieustannie kłamiący pinokio.
Wielkie dzięki za tekst, wyrazam najwyższy podziw dla pamięci o ludziach i sprawach sprzed wielu lat. Te moje podziekowania są tak wielkie jako, ze i ja byłem proszony przez młodzież, taką co to najpierw na pięciu sesjach po 2 godziny kazda kazała mi mówić do mikrofonu o swoim zyciu, o czasach w których żyć i pracować mi przyszło poprosiła o napisanie takiej piguły, takiej esencji tego co na taśmie zostalo zarejestrowane. Napisałem ale porównując to z Pana tekstem to mało, wyszlo mi 22 strony i bez takich perełek jak opis kolejnych nauczycieli. Moze się poprawię.
Chciałbym jednak, na zakończenie, powtórzyc takie trzy prawdy które, moim zdaniem, młodzieży zwlaszcza przydać się mogą.
– Wiedzieć jest zawsze lepiej niż nie wiedzieć
– Lepiej być dzialaczem niż przezuwaczem będąc na publicznej scenie. Zwalaszcza gdy ma się zawód uprawniający do refleksji na rzeczywistością spoleczną zwłaszcza.
– mieć kilku przyjaciół, kilku, nie armię a kilku.To wystarczy
Dziękuję. Na pomysł tego tekstu wpadłem po jednym z komentarzy na SO, gdzie autor (słusznie) wskazywał na róznice miedzy nami. Te różnice kiedyś a najbardziej dzisiaj zostały sprowadzone do wojenki plemiennej, zupełnie nie oddającej istoty podziałów. Polska kiedys nie dzieliła sie na komuchów i solidaruchów, tak jak dzisiaj nie dzieli sie na prawaków i lewaków, czy jeszcze gorzej patriotów i prawdziwych POlaków z PiSu, oraz zdrajców, zaprzańców, kanalie z drugiej strony.
*
Polska dzieliła sie i dzieli na ludzi którzy mieli ambicje, cele, coś chcieli nie tylko dla siebie ale także dla innych, oraz na ludzi, którym jest wszystko jedno,innych maja w nosie a najbardziej ich cieszy, kiedy sąsiadowi zdechnie krowa.
Polska dzieli sie na ludzi porządnych, uczciwych i prawych, oraz takich którzy te wartości maja za nic, uwazając że przyzwoitość to słabość, a uczciwość to frajerstwo.
Polska dzieli sie na ludzi myslących, z otwartą głową, światłych i tolerancyjnych, oraz na ludzi, którzy takich postaw nie akceptują i wolą powtarzać slogany i anachroniczne stereotypy , nie rozwijać się i nienawidzić wszelkich odmienności.
*
Wspomnienie o moich nauczycielach, autorytetach, ludziach mądrych i dobrych, w tym o środowisku załozycieli, współpracowników a także komentatorów SO to narracja o ludziach, którym takie podziały przeszkadzały i przeszkadzają i którzy zmieniali i zmieniaja Polske bo wiedzieli i wiedzą, że zmiany w kierunku otwartości, tolerancji, edukacji oraz demokracji dają nadzieję na przezwycieżenie destrukcyjnych podziałów, które same w sobie nie tylko nie rozwiazują żadnego z naszych problemów, ale są wprost odpowiedzialne za tworzenie nowych, destrukcyjnych róznic miedzy ludźmi. To opowiadanie o nadziejach i szansach, zamiast o maraźmie i wykluczeniu.
Wspaniały tekst . Teraz widzę to jasno: te pokolenia nauczyły nas chcieć więcej, nie zadawalać się tym co mamy. Jeżeli istnieje gdzieś esencja polskości, która się pragnie nieść w sercu, to jest właśnie ten przekaz tak pięknie opowiedziany przez pana Sławka.
Dziekuję.
„Esencja polskości” – piękne określenie. Jeżeli istnieje, to właśnie dzięki pracy setek tysiecy a może i milionów ludzi podobnych do osób, które wspominam. Jest ich znacznie więcej niż myslimy, tyle że nie narzucają siebie nikomu, ani nie działają na pokaz. To dzięki nim jeszcze nie zwariowaliśmy z nadmiaru „upojenia szczęściem PiSu i ePiSkopatu”. I to oni – w tym także my wszyscy, w końcu przezwyciężymy dwie zarazy – pisowską i covidową.