Sławek: Marsz pokoleń44 min czytania

()

Specjalnie piszę o tych rocznikach, bo wyróżnia je wspólnota losu. Mieli szczególne dzieciństwo i młodość, które przypadły na czasy wojny i okupacji, oraz na okres powojenny i czasy stalinowskie. Mimo tych przeżyć przenieśli na kolejne pokolenia najlepsze cechy postępowych, światłych, mądrych lub choćby tylko dobrych Polaków — uczciwość, rzetelność, pracowitość, społecznikostwo, ambicje, i marzenia o racjonalnej, wolnej Polsce. Także przyjaźń, miłość, serdeczność, uczynność, altruizm, poświęcenie i dobre życzenie innym. Ich marzeniom często towarzyszyła aura wolnej Polski, jaką wokół siebie tworzą lub tworzyli. To temu pokoleniu zawdzięczamy w dużym stopniu to, co już osiągnęliśmy, choć wszyscy uważamy, że to za mało, za słabo, za późno itd. W marszu pokoleń wypełnili swoją misję najlepiej jak potrafili a potrafili i nadal potrafią niemało.

Jasia (rocznik 1937) to była pierwsza moja nauczycielka. Dziewczyna z sąsiedniej wsi, wsi biednej jak mysz kościelna, ledwie po podstawówce, a zapamiętałem ją na całe życie. Jasia pracowała u moich dziadków jako pomoc domowa, wykonując wiele różnorodnych prac domowych, przede wszystkim kuchennych. Zajmowała się także praniem, sprzątaniem a jak trzeba konwojowaniem mnie do i z przedszkola, jakieś 3 kilometry. Była pełnoprawnym członkiem rodziny, a moi dziadkowie traktowali ją jak córkę lub wnuczkę. Jasia posługiwała się gwarą i czasami niemiłosiernie kaleczyła język polski, ale starała się mówić poprawną polszczyzną i moi dziadkowie jej w tym patronowali i pomagali. Była bardzo ambitna i starała się dorównać innym w różnych umiejętnościach. Nie było to dążenie snobistyczne czy na pokaz. Naprawdę rozumiała sens pracy nad sobą i podnoszenia swoich umiejętności jako drogę do poprawy jakości własnego życia, choć wtedy tak tego nie nazywała.

Ponieważ moi najbliżsi całe dnie pracowali, Jasia była często jedyną towarzyszką życia małego chłopca, a zapamiętałem ją jako 19-letnią dziewczynę, kiedy skończyłem 4 lata. Była bardzo radosną, otwartą, uśmiechniętą i optymistyczną osobą. Bardzo lubiła mówić, a opowiadała barwnie i dla mnie ciekawie. Dzięki niej poznałem zwyczaje mieszkańców wsi sieradzkiej z okresu lat 40. i 50. XX wieku tradycje, obrzędy, stroje i sposoby obchodzenia uroczystości. Umiała także słuchać, a moja wrodzona wada – gadulstwo, zupełnie jej nie przeszkadzała. Ponieważ u moich dziadków przez cały rok przebywało od kilku do kilkudziesięciu nawet gości, codziennie przy i po kolacji byłem świadkiem wielu rozmów i opowiadań. Ludzie byli w większości ciekawi, a niektórzy nawet fascynujący. Ponieważ moim obowiązkiem było siedzieć przy stole i odzywać się wyłącznie rozumnie, wobec tego bezpieczniejszym sposobem zachowania było milczenie. Dopiero w obecności Jasi mogłem opowiadać, komentować i oceniać mnóstwo informacji, które plastyczna pamięć dziecka utrwalała, a które często przekraczały zakres mojej percepcji. (Dziadkowie w nadleśnictwie mieli do dyspozycji ponad 600-metrowy (m2) dom mieszkalny i ponad 30-hektarowe gospodarstwo pomocnicze, wobec tego cały rok przebywali goście, jak mawiała moja babka – na dożywianiu. Mowa o okresie, który pamiętam 1956 -1961, kiedy w Polsce żyło się bardzo skromnie).

Jasia słuchała tego wszystkiego z uwagą, o czym świadczyły zadawane pytania i komentarze w trakcie opowiadania. Czasami także pomagała mi zrozumieć treści, które powtarzałem niekoniecznie ogarniając je rozumem. Główną zaletą Jasi była umiejętność rozmowy z dzieckiem i traktowania mnie poważnie. Mało kto mnie wtedy tak traktował. Rewanżowałem się jej wzajemnością. Nie zdarzyło mi się zlekceważyć, czy puścić mimo uszu jej opowiadań, czy uwag. Dochodziło do tego, że stawałem się samozwańczym rzecznikiem Jasi w kontaktach z moimi dziadkami. Ponieważ nie zawsze miała śmiałość czy okazję, a nawet czasami zwyczajnie wstydziła się poprosić ich o coś, zwykle mogła liczyć na mnie. Pamiętam ile radosnego śmiechu wywoływało u moich dziadków moje kategoryczne domaganie się od nich takich czy innych decyzji. Zwłaszcza dobroduszna mina mojego dziadka liczącego 2 metry wzrostu, kiedy stojący przed nim malec dyktował mu — tonem nieznoszącym sprzeciwu — warunki, była bezcenna.

Jasia miała w sobie tyle serdeczności, ciepła, radości życia, optymizmu i dobrych uczuć, że starczyłoby dla kilku osób. Kiedy tylko towarzyszyłem jej w obowiązkach domowych zawsze starałem się pomóc, czy było to sprzątanie, pranie czy ścielenie łóżek. Ta moja „pomoc” często dezorganizowała prace, ale Jasia nie użalała się na to. W jednej czynności starałem się towarzyszyć Jasi szczególnie, a ona odpłacała uczeniem mnie. To było gotowanie, smażenie i pieczenie. Od dziecka interesowała mnie kuchnia. To Jasia nauczyła mnie gotować rosół, także wspaniały rosół z perliczki, zalewajkę, grochówkę, kapuśniak koniecznie z prażuchami, barszcz ukraiński, ale także piec gęś, indyka, schab z czosnkiem w majeranku czy kaczkę z jabłkami. To z Jasią po raz pierwszy w życiu smażyłem pączki, racuchy drożdżowe i faworki nazywane regionalnie chrustem, robiłem makową struclę drożdżową w pergaminie.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. Musz 25.12.2020
    • slawek 25.12.2020
  2. Andrzej Koraszewski 25.12.2020
    • slawek 25.12.2020
  3. z.szczypinski@chello.pl 26.12.2020
    • slawek 26.12.2020
  4. Arkadiusz Głuszek 26.12.2020
    • slawek 26.12.2020