Sławek: Marsz pokoleń44 min czytania

()

Wacek (rocznik 1925), to odrębny rozdział w historii moich nauczycieli i autorytetów. Poznałem go na wakacjach 1972 roku, kiedy pomagaliśmy przy żniwach. Wacek był dla mnie jednym z najbardziej utalentowanych studentów, a zarazem nauczycielem.

Człowiek nieco młodszy od moich rodziców był zwykłym gospodarzem na wsi. Wacek nie był rolnikiem. Był chłopem z krwi i kości rozumiejącym i kultywującym tradycję i kulturę chłopską, dzisiaj już prawie nieobecną. W uroczych okolicach wielkiego kompleksu leśnego na ziemi sieradzkiej prowadził niewielkie gospodarstwo rolne.

Od początku byłem pozytywnie zaskoczony Wackiem. Sytuacja osobista sprawiła, że jak to się przed wojną mawiało „wszystkiego może cztery zimy do szkoły chodził”, a mimo tego spotkałem człowieka światłego. Prenumerował gazety, słuchał radia i chłonął wszelką wiedzę, jaka docierała do niego ze świata. Moja przyszła żona, dzięki której go poznałem, przedstawiła mnie jako młodego, zdolnego człowieka z obiecującą przyszłością, co było o tyle prawdziwe, że właśnie wyrzucono mnie ze studiów.

Z Wackiem bardzo szybko przypadliśmy sobie do gustu. Był znakomitym gawędziarzem. Słuchałem z przyjemnością jego opowiadań o historii osadnictwa i chłopstwa, pańszczyzny i upodlenia XIX wiecznego, historii wojny i okupacji, zmagania z powojennymi próbami kolektywizacji, czy gomułkowskiego blokowania rozwoju wsi.

On z kolei chłonął tę wiedzę z moich studiów, które po drodze podjąłem ponownie, jaką był zainteresowany. Jeździliśmy na tę wieś corocznie na wakacje aż do 1991 roku, dopóki dzieci miały na to ochotę. Potem aż do śmierci Wacka w 1997 r. już tylko okazjonalnie, na grzyby. Kiedy zacząłem pracę na uniwersytecie Wacek czytał m.in. podręczniki z zakresu zarządzania, które zabierałem ze sobą na wakacje. Po każdej lekturze dużo rozmawialiśmy a Wacek zadawał tak ciekawe i dociekliwe pytania, jak mało który z moich najlepszych studentów. Zmuszał mnie w ten sposób bardzo często do uzupełniania i poszerzania wiedzy, bo niekiedy sam nie miałem pojęcia, jaka jest odpowiedź na jego wątpliwości.

Pamiętam jego zdumienie i niedowierzanie kiedy zwróciłem się do niego, żeby też mnie uczył. Młodsi może nie pamiętają, ale wielu mężczyzn w PRL było zmuszonych do majsterkowania, bo mnóstwa rzeczy nie dawało się kupić. Moje zainteresowania majsterkowaniem były jeszcze związane z dzieciństwem, kiedy w małym miasteczku po szkole, czekając kilka godzin na autobus do domu na wsi, godzinami wpatrywałem się w pracę mojego stryja, zawodowego stolarza, majstra przedwojennego, który mimo już dostępnych maszyn wszystko wolał robić ręcznie. Dodatkową atrakcją było to, że wspaniale gawędził.

Wacek był majsterkowiczem jak wielu chłopów. Robił stołki, ławeczki, orczyki, dyszle, miotły, baty, piszczałki, fujarki i deski kuchenne do krojenia m.in. chleba. Pamiętam jak wiele się od niego nauczyłem i jak on autentycznie był dumny, że może przekazać mi swoje umiejętności. Pamiętam jak nalegał, żebyśmy przeszli na „ty” a ja się migałem, bo gdzieś z dzieciństwa miałem zakodowany zbyt silny szacunek do starszych, aby sobie na to pozwolić. W końcu się zgodziłem, chociaż szło mi to słabo. Parę lat temu, kiedy życie dało mi szansę powrotu do korzeni, na wieś, wróciłem także do majsterkowania. Pierwszy stołeczek, który zrobiłem dla siebie, gdzieś w duchu dedykowałem Wackowi. W jednej z rozmów Wacek powiedział mi, że jego największym marzeniem jest, aby ktoś napisał o nim parę słów w książce lub w gazecie. Tym samym, z satysfakcją, spełniam jego marzenie.

Starał się mówić literacką polszczyzną, ale od czasu do czasu wtrącał powiedzonka czy zdania w gwarze lokalnej. Pamiętam dwa – kota, wielkiego, wypasionego i potężnego, prawie wielkości rysia, nazywał: „próźniak” – nie próżniak, a przez „ź” właśnie.

Wacek był niewierzący, ale dla świętego spokoju, od wielkiego dzwonu, dwa razy w roku szedł do kościoła. Bardzo nie podobało mu się zachowanie katabasów i otwarcie je krytykował. Lokalnego księdza nie darzył szacunkiem; ledwie go tolerował. To powiedzenie, które zapamiętałem „…ksiądz mi się nie sprzeciwi”, oznajmione w sposób kategoryczny brzmiało jak groźba czy wyrok i mogło mieć taki wymiar. Muszę zaznaczyć, że było to chłopisko wielkie pod 190 cm, o sile niedźwiedzia i napakowanej sylwetce atlety – jakieś 130 kg żywej wagi. Sąsiedzi i większość ludzi na kilku okolicznych wsiach bardzo go szanowali, nie dla jego wiedzy i pasji poznawczej, ale z powodu zwierzęcej siły i porywczego charakteru. Tam nikt mu się nie odważył sprzeciwić.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. Musz 25.12.2020
    • slawek 25.12.2020
  2. Andrzej Koraszewski 25.12.2020
    • slawek 25.12.2020
  3. z.szczypinski@chello.pl 26.12.2020
    • slawek 26.12.2020
  4. Arkadiusz Głuszek 26.12.2020
    • slawek 26.12.2020