Wacek (rocznik 1925), to odrębny rozdział w historii moich nauczycieli i autorytetów. Poznałem go na wakacjach 1972 roku, kiedy pomagaliśmy przy żniwach. Wacek był dla mnie jednym z najbardziej utalentowanych studentów, a zarazem nauczycielem.
Człowiek nieco młodszy od moich rodziców był zwykłym gospodarzem na wsi. Wacek nie był rolnikiem. Był chłopem z krwi i kości rozumiejącym i kultywującym tradycję i kulturę chłopską, dzisiaj już prawie nieobecną. W uroczych okolicach wielkiego kompleksu leśnego na ziemi sieradzkiej prowadził niewielkie gospodarstwo rolne.
Od początku byłem pozytywnie zaskoczony Wackiem. Sytuacja osobista sprawiła, że jak to się przed wojną mawiało „wszystkiego może cztery zimy do szkoły chodził”, a mimo tego spotkałem człowieka światłego. Prenumerował gazety, słuchał radia i chłonął wszelką wiedzę, jaka docierała do niego ze świata. Moja przyszła żona, dzięki której go poznałem, przedstawiła mnie jako młodego, zdolnego człowieka z obiecującą przyszłością, co było o tyle prawdziwe, że właśnie wyrzucono mnie ze studiów.
Z Wackiem bardzo szybko przypadliśmy sobie do gustu. Był znakomitym gawędziarzem. Słuchałem z przyjemnością jego opowiadań o historii osadnictwa i chłopstwa, pańszczyzny i upodlenia XIX wiecznego, historii wojny i okupacji, zmagania z powojennymi próbami kolektywizacji, czy gomułkowskiego blokowania rozwoju wsi.
On z kolei chłonął tę wiedzę z moich studiów, które po drodze podjąłem ponownie, jaką był zainteresowany. Jeździliśmy na tę wieś corocznie na wakacje aż do 1991 roku, dopóki dzieci miały na to ochotę. Potem aż do śmierci Wacka w 1997 r. już tylko okazjonalnie, na grzyby. Kiedy zacząłem pracę na uniwersytecie Wacek czytał m.in. podręczniki z zakresu zarządzania, które zabierałem ze sobą na wakacje. Po każdej lekturze dużo rozmawialiśmy a Wacek zadawał tak ciekawe i dociekliwe pytania, jak mało który z moich najlepszych studentów. Zmuszał mnie w ten sposób bardzo często do uzupełniania i poszerzania wiedzy, bo niekiedy sam nie miałem pojęcia, jaka jest odpowiedź na jego wątpliwości.
Pamiętam jego zdumienie i niedowierzanie kiedy zwróciłem się do niego, żeby też mnie uczył. Młodsi może nie pamiętają, ale wielu mężczyzn w PRL było zmuszonych do majsterkowania, bo mnóstwa rzeczy nie dawało się kupić. Moje zainteresowania majsterkowaniem były jeszcze związane z dzieciństwem, kiedy w małym miasteczku po szkole, czekając kilka godzin na autobus do domu na wsi, godzinami wpatrywałem się w pracę mojego stryja, zawodowego stolarza, majstra przedwojennego, który mimo już dostępnych maszyn wszystko wolał robić ręcznie. Dodatkową atrakcją było to, że wspaniale gawędził.
Wacek był majsterkowiczem jak wielu chłopów. Robił stołki, ławeczki, orczyki, dyszle, miotły, baty, piszczałki, fujarki i deski kuchenne do krojenia m.in. chleba. Pamiętam jak wiele się od niego nauczyłem i jak on autentycznie był dumny, że może przekazać mi swoje umiejętności. Pamiętam jak nalegał, żebyśmy przeszli na „ty” a ja się migałem, bo gdzieś z dzieciństwa miałem zakodowany zbyt silny szacunek do starszych, aby sobie na to pozwolić. W końcu się zgodziłem, chociaż szło mi to słabo. Parę lat temu, kiedy życie dało mi szansę powrotu do korzeni, na wieś, wróciłem także do majsterkowania. Pierwszy stołeczek, który zrobiłem dla siebie, gdzieś w duchu dedykowałem Wackowi. W jednej z rozmów Wacek powiedział mi, że jego największym marzeniem jest, aby ktoś napisał o nim parę słów w książce lub w gazecie. Tym samym, z satysfakcją, spełniam jego marzenie.
Starał się mówić literacką polszczyzną, ale od czasu do czasu wtrącał powiedzonka czy zdania w gwarze lokalnej. Pamiętam dwa – kota, wielkiego, wypasionego i potężnego, prawie wielkości rysia, nazywał: „próźniak” – nie próżniak, a przez „ź” właśnie.
Wacek był niewierzący, ale dla świętego spokoju, od wielkiego dzwonu, dwa razy w roku szedł do kościoła. Bardzo nie podobało mu się zachowanie katabasów i otwarcie je krytykował. Lokalnego księdza nie darzył szacunkiem; ledwie go tolerował. To powiedzenie, które zapamiętałem „…ksiądz mi się nie sprzeciwi”, oznajmione w sposób kategoryczny brzmiało jak groźba czy wyrok i mogło mieć taki wymiar. Muszę zaznaczyć, że było to chłopisko wielkie pod 190 cm, o sile niedźwiedzia i napakowanej sylwetce atlety – jakieś 130 kg żywej wagi. Sąsiedzi i większość ludzi na kilku okolicznych wsiach bardzo go szanowali, nie dla jego wiedzy i pasji poznawczej, ale z powodu zwierzęcej siły i porywczego charakteru. Tam nikt mu się nie odważył sprzeciwić.

Dzięki Panie Sławku, za ta opowieść wigilijną, za jej otwartość i bliskość, za wspomnienie tego co nam może dawać siłę na przyszłość – dziedzictwa polskich reformatorów, w tym za podziękowanie Redaktorom SO, do którego się przyłączam.
Dziękuję. Historia sprawia, że od ponad 250 lat polscy inteligenci chcąc, nie chcąc stają się reformatorami. Nie wszyscy i w daleko nierównym stopniu, ale to już wystarczy abyśmy zmieniali Polskę na lepsze. W kierunku, który inni osiagnęli wcześniej, dzięki czemu mamy punkty odniesienia. Nawet ci, którzy dzisiaj próbują zawracać Wisłę kijem przyczyniają się do reformowania kraju, choć pewnie wbrew swoim intencjom.
*
To wielki przywilej móc dziękować Redaktorom SO. My, czyli ci co z ich pracy, myśli, artykułów i książek czerpią pełnymi garściami, chyba najbardziej wiemy jaki to ma głęboki sens. Grzech i wstyd byłoby tego nie zrobić. Powiem wiecej – to byłby błąd.
Ciekawa sprawa, nigdy nie piszemy o nauczycielach, których zapomnieliśmy. Piszemy o tych, którzy jak kula bilardowa uderzyli nas powodując ruch. Pamiętamy tych kilku wspaniałych i pamiętamy potworów. Ci, których nazwisk nie pamiętamy zostali zapomniani nie bez powodu. Idąc szkolnym korytarzem podczas przerwy możemy zauważyć, tych, którzy będa zapamiętani, jedni mają kłopot z dotarciem do celu, bo dzieciaki mają do nich tysiące spraw. Inni powodują nagłą ciszę i kulenie się przed wzrokiem człowieka, który idzie jak lodołamacz, W rozmowach dorosłych o nauczycielach, każdy wyciąga tego, który był najważniejszy. Zdumiewające, bo ci nauczyciele są również w miejscach gdzie diabeł ma młode i w czasach koszmaru. Nauczyciel historii w szkole podstawowej, (głęboko w stalinowskich czasach), tak opowiadał o starożytności, że kojarzyła się z czasem teraźniejszym. Któregoś dnia zniknął i nigdy nie udało mi się dowiedzieć, co się z nim stało.
Widocznie miałem szczęście, bo w całym procesie kształcenia nie pamiętam nikogo, kto choćby trochę przypominał potwora. Pewnie bym taką osobę zapamiętał. Owszem, przypominam sobie osoby opryskliwe, niesympatyczne, mściwe czy jawnie niesprawiedliwe, lub kierujące się niezrozumiałymi pobudkami.
*
Jedyny potwór jakiego kojarzę, to nie był mój nauczyciel a Tusk nazywa go potworem ciasteczkowym. Towarzyszą mu – kieszonkowy potwór zerro, i oczywiście czarnek polskiej edukacji, a także pewien nieustannie kłamiący pinokio.
Wielkie dzięki za tekst, wyrazam najwyższy podziw dla pamięci o ludziach i sprawach sprzed wielu lat. Te moje podziekowania są tak wielkie jako, ze i ja byłem proszony przez młodzież, taką co to najpierw na pięciu sesjach po 2 godziny kazda kazała mi mówić do mikrofonu o swoim zyciu, o czasach w których żyć i pracować mi przyszło poprosiła o napisanie takiej piguły, takiej esencji tego co na taśmie zostalo zarejestrowane. Napisałem ale porównując to z Pana tekstem to mało, wyszlo mi 22 strony i bez takich perełek jak opis kolejnych nauczycieli. Moze się poprawię.
Chciałbym jednak, na zakończenie, powtórzyc takie trzy prawdy które, moim zdaniem, młodzieży zwlaszcza przydać się mogą.
– Wiedzieć jest zawsze lepiej niż nie wiedzieć
– Lepiej być dzialaczem niż przezuwaczem będąc na publicznej scenie. Zwalaszcza gdy ma się zawód uprawniający do refleksji na rzeczywistością spoleczną zwłaszcza.
– mieć kilku przyjaciół, kilku, nie armię a kilku.To wystarczy
Dziękuję. Na pomysł tego tekstu wpadłem po jednym z komentarzy na SO, gdzie autor (słusznie) wskazywał na róznice miedzy nami. Te różnice kiedyś a najbardziej dzisiaj zostały sprowadzone do wojenki plemiennej, zupełnie nie oddającej istoty podziałów. Polska kiedys nie dzieliła sie na komuchów i solidaruchów, tak jak dzisiaj nie dzieli sie na prawaków i lewaków, czy jeszcze gorzej patriotów i prawdziwych POlaków z PiSu, oraz zdrajców, zaprzańców, kanalie z drugiej strony.
*
Polska dzieliła sie i dzieli na ludzi którzy mieli ambicje, cele, coś chcieli nie tylko dla siebie ale także dla innych, oraz na ludzi, którym jest wszystko jedno,innych maja w nosie a najbardziej ich cieszy, kiedy sąsiadowi zdechnie krowa.
Polska dzieli sie na ludzi porządnych, uczciwych i prawych, oraz takich którzy te wartości maja za nic, uwazając że przyzwoitość to słabość, a uczciwość to frajerstwo.
Polska dzieli sie na ludzi myslących, z otwartą głową, światłych i tolerancyjnych, oraz na ludzi, którzy takich postaw nie akceptują i wolą powtarzać slogany i anachroniczne stereotypy , nie rozwijać się i nienawidzić wszelkich odmienności.
*
Wspomnienie o moich nauczycielach, autorytetach, ludziach mądrych i dobrych, w tym o środowisku załozycieli, współpracowników a także komentatorów SO to narracja o ludziach, którym takie podziały przeszkadzały i przeszkadzają i którzy zmieniali i zmieniaja Polske bo wiedzieli i wiedzą, że zmiany w kierunku otwartości, tolerancji, edukacji oraz demokracji dają nadzieję na przezwycieżenie destrukcyjnych podziałów, które same w sobie nie tylko nie rozwiazują żadnego z naszych problemów, ale są wprost odpowiedzialne za tworzenie nowych, destrukcyjnych róznic miedzy ludźmi. To opowiadanie o nadziejach i szansach, zamiast o maraźmie i wykluczeniu.
Wspaniały tekst . Teraz widzę to jasno: te pokolenia nauczyły nas chcieć więcej, nie zadawalać się tym co mamy. Jeżeli istnieje gdzieś esencja polskości, która się pragnie nieść w sercu, to jest właśnie ten przekaz tak pięknie opowiedziany przez pana Sławka.
Dziekuję.
„Esencja polskości” – piękne określenie. Jeżeli istnieje, to właśnie dzięki pracy setek tysiecy a może i milionów ludzi podobnych do osób, które wspominam. Jest ich znacznie więcej niż myslimy, tyle że nie narzucają siebie nikomu, ani nie działają na pokaz. To dzięki nim jeszcze nie zwariowaliśmy z nadmiaru „upojenia szczęściem PiSu i ePiSkopatu”. I to oni – w tym także my wszyscy, w końcu przezwyciężymy dwie zarazy – pisowską i covidową.